Страница 6 из 60
– Skąd pan wiedział, gdzie mnie znaleźć? – zdumiał się Springs.
– Czytałem wczoraj w naszej frontowej gazecie, że pańscy ludzie pomagali gasić pożar laboratorium dentystycznego przy Sadowastrasse. Szukałem więc pana w tych okolicach – wyjaśnił Mock. – Muszę skorzystać z pańskiej znajomości podziemnego Breslau. No co cię tak zdziwiło, Franz? – zwrócił się do brata.
– Na Viktoriastrasse możemy dostać się tylko kanałami i piwnicami. Od wczoraj albo przedwczoraj ulica jest pod okupacją. – pochylił się do zarośniętego ucha Franza i tłumiąc wstręt przed wonią przetrawionej wódki, szepnął: – Pamiętasz to zdanie z kartki „Śpiesz się, dopóki nie weszli tam Rosjanie”? Napisano je najpóźniej przedwczoraj. Ktoś nie miał aktualnych danych z linii frontu. Tak, Franz, idziemy na front.
BRESLAU, CZWARTEK 15 MARCA 1945 ROKU,
KWADRANS NA DZIEWIĄTĄ RANO
Jeden z chłopców Springsa szedł przodem i oświetlał drogę latarką.
W podziemne korytarze weszli przy parowozowni i po dziesięciu minutach marszu – najpierw przez szereg niewielkich hal fabrycznych, a potem długim, prostym tunelem, oświetlonym brudnożółtymi żarówkami oplecionymi kagańcami drutu – dotarli do potężnych drzwi.
Ich przewodnik nacisnął dzwonek, rozsunęła się zasuwa i w betonie drzwi pojawiło się za zakratowanym okienkiem nieufne oko wartownika. Oko stało się bardziej ufne pod wpływem stałej przepustki. Druk z podpisem nowego komendanta twierdzy Niehoffa otwierał wejście do podziemnego świata Breslau.
Był mroczny i pełen kurzu, wzbijanego butami żołnierzy i kołami motocykli, które jeździły szerokimi tunelami i znikały w bocznych ulicach podziemia. Przewodnik od Springsa chłonął to wszystko z najwyższą ciekawością poszukiwacza przygód, lecz wkrótce zwyciężyła obowiązkowość żołnierza Volkssturmu i chłopak, poprawiając przestarzałe włoskie caracano, wrócił do swych naziemnych obowiązków.
Wartownik zostawił ich samych, by po chwili zjawić się w towarzystwie nieogolonego porucznika Wehrmachtu w przysypanym tynkiem mundurze, obok niego dreptał gruby adiutant z lampą naftową.
– Nazwisko? – porucznik był nieufny, podobnie jak przed chwilą jego podwładny.
– Kapitan Eberhard Mock – usłyszał w odpowiedzi i zobaczył legitymację policyjną. – A to mój brat Franz Mock.
Porucznik kazał adiutantowi wysoko podnieść lampę. Przez długą chwilę lustrował elegancki strój Eberharda: wypastowane lakierki, nienaga
Spod kapelusza patrzyły na niego wyłupiaste oczy, które były jedynymi żywymi punktami w wypalonych martwych fałach skóry.
– Porucznik Georg Lehnert – przedstawił się oficer. – Czytałem o panu, panie kapitanie. Te blizny to straszne pamiątki po pańskim bohaterskim wyczynie w Dreźnie, czy tak?
– Niezupełnie. Poparzyła mnie papa podczas bombardowania Hamburga – odpowiedział zmęczonym głosem Eberhard.
Tylko w tym tygodniu kilkunastu jego rozmówców zwróciło uwagę na poparzenia. A bywało ich więcej.
– Natomiast zdarzenie, o którym pan mówi, rzeczywiście nastąpiło przed miesiącem podczas bombardowania Drezna.
– Dlaczego jest pan bez munduru, kapitanie? – zapytał wprost Lehnert, którego mocno irytowała diamentowa szpilka w krawacie Mocka.
– Pozwoli mi pan przejść, poruczniku, czy będzie mnie pan jeszcze pytał o moją sztuczną szczękę? – Mock wyjął papierośnicę i z uśmiechem poczęstował Lehnerta.
– Mam do spełnienia ważną misję na Viktoriastrasse. Zostawiłem tam coś bardzo ważnego, co w żadnym wypadku nie może wpaść w ręce wroga. Jestem oficerem policji.
– Ponieważ ma pan ważną przepustkę, może pan poruszać się swobodnie po obszarze będącym pod moim dowództwem – Lehnert udał, że nie dostrzega pojednawczego gestu Mocka, i nie wziął papierosa.
– Muszę jednak pana ostrzec, że niektóre korytarze prowadzące do piwnic po drugiej stronie frontu zostały przez nas zasypane, i
O ile pamiętam, przejście na Viktoriastrasse jest obsadzone przez pluton spadochroniarzy z 26. pułku, uzbrojonych w sturmgewehry. Proszę ustalić z nimi hasło, żeby pana nie zabili podczas powrotu.
– Jak tam dojść, panie poruczniku? – to pytanie zadał Franz. Mrużył oczy od kurzu, a na języku czuł kamie
– Podziemne korytarze są dokładnie pod ulicami. – W Lehnercie większą podejrzliwość niż elegancja Eberharda wzbudzało niechlujstwo Franza. – Zna pan Wrocław, trafi pan wszędzie – wskazał głową na tabliczkę z napisem „Sadowastr.”, umocowaną na środku ściany korytarza. – Takie tablice są wszędzie. Gorzej będzie z trafieniem do właściwej piwnicy. Ale na razie podziemne miasto jest całkowicie w naszym władaniu. Wszędzie są nasi ludzie. Oni panom wskażą drogę do właściwej piwnicy.
Nad nimi zadudniło i mężczyźni na podziemnej ulicy odnieśli wrażenie, że zatrząsł się sufit. Eberhard zaciągnął się mocno papierosem i sam już nie wiedział, czy wciąga do płuc tytoniowy dym, czy też cementowy pył. Ze zgrozą zauważył, że warstwa takiego pyłu pokrywa jego garnitur. Przejechał dłonią po materiale i z wściekłością stwierdził, że wtarł kurz w strukturę wełny.
– Pozwoli pan zauważyć, kapitanie – uśmiechnął się kwaśno Lehnert – że pana strój nie jest najodpowiedniejszy do poruszania się po podziemiach Breslau.
Dlatego zapytałem o mundur.
Eberhard pojrzał na swój zakurzony garnitur i noski butów od Andritschkego, które przed sekundą straciły swój blask. Nie wiadomo dlaczego przypomniał sobie lata gimnazjalne i słowa nauczyciela gimnastyki, byłego atlety Dietera Czypionki. Kiedy po lekcji chłopcy rzucali się na siebie, aby wyrównać sportowe rachunki, Czypionka, sam nienaga
Eberhard powtórzył Lehnertowi słowa Czypionki, zamieniając słowo „panowie” na „panie Poruczniku”, a „smród” na „piekło”.
Zły z powodu zabrudzonego garnituru, nawet nie zauważył, że do grona dżentelmenów zaliczył jedynie siebie.
Franz, wyraźnie poirytowany próżną – według niego – gadaniną, nawet tego nie zauważył, a porucznik Lehnert skrzywił się tylko i powiedział coś szybko wartownikowi, czego obaj bracia nie dosłyszeli z powodu ostrzegawczych okrzyków sanitariuszy, którzy nieśli kogoś na noszach.
Wartownik zazgrzytał wielkim kołem, odcinając wejście, przez które się tutaj przedostali.
Lehnert wskazał na stojący kilka kroków od nich motocykl zündapp z bocznym wózkiem:
– Mogę panu pożyczyć mój motor, kapitanie. – Lehnert konsekwentnie używał stopnia wojskowego, nie policyjnego. – Szybciej pan dojedzie.
– Dziękuję, panie poruczniku. – Mockowi nie dawało spokoju słowo „dżentelmen” i postać Czypionki.
Zobaczył swojego nauczyciela gimnastyki: jego sterczące wąsy, łysą głowę, zmiażdżone małżowiny uszne i maniery angielskiego lorda. Powiedział w zamyśleniu: – Profesor Czypionka rzekłby: „Przepraszam za swoją arogancję”.
– Nie rozumiem, kto by to powiedział?
– Ktoś nie z tego świata. – Mock usiadł na kanapie motocykla, przekręcił kluczyk na baku i kopnięciem uruchomił silnik. – Ktoś ze świata zmarłych. Z Pól Elizejskich. Wie pan, dlaczego zawsze poza domem chodzę w garniturze? Po prostu okazuję cześć temu miastu. Tak jak do obiadu zawsze siadam w krawacie, okazując cześć Temu, który mi daje pożywienie. Głupi nawyk. Tutaj powi
Franz z trudem wgramolił się do wózka i podziękował Lehnertowi, zdejmując na chwilę kolejarską czapkę z kanciastej głowy.