Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 26 из 60

– A co jest na tych mundurach? To, co się świeci.

– To cekiny – odpowiedziała dziewczyna. – Hauptscharführer Heide lubi dziewczyny w mundurach z cekinami.

BRESLAU, ŚRODA 21 MARCA 1945 ROKU,

JEDENASTA WIECZÓR

Klara Mesletzky była bardzo rozczarowana dzisiejszym zachowaniem kapitana. Już myślała, że wrócą dawne czasy, kiedy ulubiony klient prawił jej komplementy i uczył ją gry w szachy.

Spędzali wtedy ze sobą całe wieczory i noce, a Klara chwilami łapała się na myśli, że chyba jest zakochana w tym starszym dżentelmenie o kanciastej twarzy i nienaga

Robiła to, co umiała najlepiej, bo została hojnie opłacona przez swojego kapitana. Na jego to rozkaz kwadrans temu podeszła do wygodnie rozpartego na sofie miłośnika mundurów z cekinami i oznajmiła mu, że jest gotowa dla niego zrobić wszystko i że właściciel puffu już za to wszystko zapłacił. Hauptscharführer Hans Heine znał dobrze majora Ottona von Schebitza i jego zasadę, że najlepsi stali klienci powi

Klara na wyraźne polecenie swojego kapitana w masce nie zamknęła na klucz drzwi odsepare. Nie sądziła, że jej stały klient będzie się przyglądał przez szparę w drzwiach. On nie był taki. Coś tu nie grało.

Esesman nawet nie zauważył, że dziewczyna nie przekręciła klucza w zamku. Zrzucił spodnie i wychwalając w duchu niezłomne pryncypia majora, trzymał teraz mocno nieco odstające uszy dziewczyny i przyśpieszał jej ruchy. To, co nagle poczuł w oczach, tonie był pył rajskich kwiatów. Łzy, które wytrysnęły mu na policzki, nie były łzami wywołanymi orgazmem, a paraliż, który go ogarnął i rzucił o podłogę, nie był miłosnym spazmem. Heide podrygiwał na podłodze, jakby wykonywał ruchy frykcyjne, a jego rozdęte płuca już nie chwytały powietrza.

Przerażona dziewczyna patrzyła, jak jej kapitan zawija esesmana w dywan. Przedtem wbił strzykawkę w owłosione udo esesmana, a potem usiadł na osobliwym pakunku, otrzepał rękaw z białych kryształków i uśmiechnął się do Klary.

– Byłaś bardzo dzielna – powiedział. – A jeszcze dzielniejsza będziesz, jeśli nie powiesz nikomu o tym, co się tu zdarzyło.

Twoje koleżanki zajmują się już i

Kapitan wziął ją na ręce i położył na sofie, otulił kocemi pogłaskał po policzku. Jego dwukolorowe oczy były bardzo dobrotliwe.

– Byłaś bardzo dzielna – powiedział. – Jak się obudzisz, zajrzyj pod poduszkę. Tam będzie coś dla dziecka. Od świętego Mikołaja.

BRESLAU, ŚRODA 21 MARCA 1945 ROKU,

PÓŁNOC

Dwaj strażnicy puffu w podziemiach Neumarkt, Drieschner i Jagode, smakowali amerykańską whisky, którą im zapłacił mały staruszek o wąskiej, lisiej twarzy.

Zapłata była bardzo hojna, ale zdecydowanie uzasadniona. Strażnicy mocno naraziliby się swojemu szefowi, majorowi von Schebitzowi, gdyby dokonał on dzisiaj inspekcji w swoim lokalu i odkrył, że przebywa w nim ktoś, kto nie jest oficerem, lecz przemytnikiem.

Bo właśnie tak obaj strażnicy określili profesję człowieka o lisiej twarzy, kiedy spojrzeli na jego nienaga

– Każdy by chciał je poznać, co, Jagode? – zarechotał Drieschner i otworzył butelkę. – No to po całym!

Strażnicy wypili z jednej szklanki, odmierzywszy wcześniej pudełkiem zapałek poziom płynu. Staruszek o lisiej twarzy zniknął wraz ze swoim kolegą w dalszych salach puffu.

Wieczór toczył się wolno, jak zwykle w dzień powszedni. Czasami zadrżał sufit, jak zwykle w tych czasach. Mijały godziny. Do puffu wszedł jakiś oficer i kupił jak większość klientów bilet na jedną godzinę. Drieschner, wpisując sumę do raportu kasowego, zauważył, że cyfry zjeżdżają w dół, przekraczają granicę rubryki, a potem powiększają się i dziwnie pęcznieją. Drieschner pochylił głowę i zobaczył, jak Jagode wlewa kolejkę do szklanki i pyta:

– No to co, Helmut, po całym?

Ostatnie, co strażnik Drieschner zapamiętał z tego wieczoru, to była szyjka butelki, z której wylewał się złoty płyn. Jagode nie mógł trafić do szklanki. Lał po blacie stołu i po raporcie kasowym.

BRESLAU, CZWARTEK 22 MARCA 1945 ROKU,

TRZECIA W NOCY

W ogołoconym mieszkaniu na Viktoriastrasse blask palonego przez Rosjan ogniska pełzał po ścianach i po suficie. Mock stał przyklejony do ściany przy oknie i uważnie przyglądał się sześciu rosyjskim żołnierzom, którzy rozgrzewali się śpiewem i gorzałką popijaną z menażek. Tęskne i słodkie melodie płynęły w germańskiej przestrzeni, wlatywały do niemieckich mieszkań i snuły się po niemieckich ulicach. Mock spojrzał na trzymaną w ręku czapkę kolejarską swojego brata, którą znalazł w piwnicy. Rosyjskie dumki były requiem dla jego brata, kiedy tydzień temu uniósł się do Walhalli.

Mock dał znak swoim ludziom. Wirth i Zupitza ułożyli Heidego na podłodze pokoju, w którym zgwałcono Bertę Flogner. Wirth wyciągnął kajdanki. Szczęknęły kluczyki.

Lewy przegub Heidego i rama okna, które straciło w wyniku przeciągu szybę, zostały połączone. Ciało gestapowca wisiało tylko na przykutym do okna ramieniu.

Jego stawy zareagowały bólem. Najpierw ogarnął on nadgarstek, a potem obojczyk.

Heide obudził się i mrugał powiekami, chcąc wytworzyć choćby cień podmuchu, który by zmiótł z jego powiek drobinki pyłu. W końcu otworzył oczy i spojrzał na swoich prześladowców. Mock, Wirth i Zupitza, ci dwaj uzbrojeni w schmeissery, kucali pod ścianą i byli niewidoczni z ulicy. Mock zbliżył się do Heidego na czworakach i uśmiechnął się do niego.

– Powiedz mi, Hans – szepnął – co robisz, żeby ci było całkiem dobrze?

Wystarcza ci zwykłe ruchanie?

Heide chciał coś powiedzieć, ale uniemożliwił mu to bandaż. Chciał go zerwać z ust, ale jego ręka tkwiła w żelaznym uścisku Zupitzy. Patrzył z przerażeniem, jak Mock podsuwa mu pod nos szyjkę stłuczonej butelki.

– Wsadzasz wtedy dziewczynie butelkę – szeptał Mock. – I wtedy jest ci całkiem dobrze, co, świński ryju? Wtedy jest już mokro, co?

Heide rzucił się gwałtownie. Jego ręka trzasnęła ostrzegawczo. Zamknął oczy i osunął się na podłogę. Przed upadkiem uchronił go łańcuch kajdanek. Rama okna również zareagowała na zmianę pozycji esesmana i uderzyła o ścianę, czyniąc spory huk.

Rosjanie na zewnątrz przestali śpiewać. Zapadła cisza.

Mock dał znać Zupitzy i ten chlasnął Heidego po twarzy otwartą dłonią. Mock wyszeptał coś, co zwerbalizowało ponure przeczucia gestapowca:

– To nie jest sąd, skurwysynu, to jest wykonanie wyroku! Nazywam się Eberhard Mock. Nie zapomnij mojego nazwiska w piekle!

Rosjanie, zaalarmowani hukiem okie