Страница 37 из 59
Wrocław, sobota 6 września 1919 roku, godzina trzecia po południu
Na zalaną upalnym wrześniowym słońcem Schuhbrücke wyszedł wolno Eberhard Mock. Rozejrzał się dokoła i ruszył noga za nogą chodnikiem w stronę wielkiej bryły gimnazjum św. Macieja. Kasztany koło pomnika św. Jana Nepomucena nabierały nowej jesie
– Dzisiaj kościół jest nieczy
Starsza dama aż wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia. Po chwili doszła do siebie i powiedziała protekcjonalnym tonem:
– Mój dobry człowieku, przecież to nie sklep, by był czy
– Zmiatasz stąd sama, paniusiu, czy mam cię kopnąć w dupę? – zapytał równie uprzejmie kościelny cerber.
– Ty chamie! – wrzasnęła paniusia i obejrzała się dookoła. Nie widząc znikąd pomocy, odwróciła się i pomaszerowała w stronę Ursulinenstrasse, gniewnie zarzucając swym sporych rozmiarów zadem.
Podobny strażnik stał przy drzwiach zakrystii kościoła wychodzących do ogrodu gimnazjum. Nagle drzwi się otworzyły. Pilnujący ich człowiek ujrzał Mocka i proboszcza podających sobie dłonie. Po chwili Mock stanął obok strażnika.
– Nikogo? – zapytał.
– Nikogo – usłyszał.
– Duksch stoi koło głównego wejścia do kościoła. Powiedz mu, że jest wolny. Ty też możesz odejść.
Mock wyszedł wąską uliczką na Burgstrasse. Gimnazjalny pedel zamknął za nim bramę. Mock miał za plecami gmach gimnazjum, przed oczami – murek, za którym płynęła wolno mętna Odra. Patrzył przez chwilę na ruch uliczny na Burgstrasse. Po chwili przebiegł przez jezdnię, poszedł wzdłuż murka, obserwując na równi nurt Odry, jak i ludzi, którzy szli ulicą. Przy wejściu na most Piaskowy przystanął, oparł się o słup ogłoszeniowy zalepiony plakatami informującymi o seansach bezdotykowej telepatii Lo Kittaya i nieruchomo stał około dwudziestu minut. Wszyscy ludzie, których widział na Burgstrasse, zdołali już zniknąć, a Mock tkwił i lustrował wciąż wzrokiem ruchliwą ulicę. Nagle ruszył szybkim krokiem przez most Piaskowy. Minął kilka domów, młyn wodny Phönix i znalazł się na Wyspie Bielarskiej. Nie zwracając uwagi na tłumy gimnazjalistów od św. Macieja, odreagowujących w papierosowym dymie stresy wynikające z lichej wiedzy o równaniu elipsy i o funkcjach łacińskiego koniunktiwu, minął gorzelnię He
Wrocław, sobota 6 września 1919 roku, godzina piała po południu
Frenzlowi zdjęto kaptur z głowy. Zaczerpnął głęboko tchu i rozejrzał się dokoła. Był w półokrągłym pomieszczeniu, którego ceglane, nieotynkowane ściany oświetlone były przez dwa okienka. Siedział na prostym taborecie – jedynym sprzęcie w tym wnętrzu. W pierwszej chwili jego nieprzyzwyczajone do ciemności oczy wyłowiły dwa i
– Niech obejrzy sobie panoramę miasta – odezwał się cicho drugi mężczyzna i wykonał kilka zagadkowych ruchów dłonią.
Frenzel podszedł do okna i zaparło mu dech w piersi. Jesie
– Jestem z policji – elegant rozwiał zachrypniętym głosem wątpliwości Frenzla. – Nie pytaj, dlaczego tutaj cię przesłuchuję, bo ci odpowiem, że to nie twoja sprawa. Nie pytaj o nic. Tylko odpowiadaj, dobrze?
– Tak jest – odparł służbiście feldfebel.
– Stój w tym świetle, żebym mógł cię dobrze widzieć. – Policjant usiadł na stołku, sapnął, rozpiął marynarkę, zdjął melonik i założył go sobie na kolano. Jego klatka piersiowa tworzyła z brzuchem jednolitą masywną bryłę. Na twarzy widać było zapowiedzi otyłości.
– Nazwisko?
– Erich Frenzel.
– Zawód?
– Dozorca.
– Miejsce pracy?
– Nadzoruję podwórko przy Gartenstrasse, za sklepem meblowym Hirscha.
– Znasz ich? – elegant podsunął Frenzlowi pod nos zdjęcie.
– Tak, tak – powtarzał Frenzel, wpatrując się w stężone rysy „czterech marynarzy”. – O cholera, to dlatego ich nie ma od tygodnia… Wiedziałem, że tak skończą…
– Kim byli ci ludzie? Nazwiska?
– Nie znam ich prawdziwych nazwisk. Mieszkali w oficynie przy Gartenstrasse. Dokładnie Gartenstrasse czterdzieści sześć, mieszkania dwadzieścia. Na samej górze. Najtańsze mieszkanie…
– Jak to nie znasz ich nazwisk? Musieli się jakoś zameldować. U kogo się meldują? U właściciela kamienicy? Kto jest tym właścicielem? – Frenzla zalewał deszcz pytań.
– Właścicielem jest pan Rosenthal, Karlsstrasse dwadzieścia osiem. W tej kamienicy jestem jego prawą ręką. Mieszkanie stało puste. Pana Rosenthala to martwiło. W czerwcu przyszło tych czterech. Banda łazików – jak i
– Nie zażądałeś ich nazwisk?
– Zażądałem. I odpowiedzieli: Joha
– I zaryzykowałeś dla kilku marnych groszy, meldując nie wiadomo kogo, może jakichś bandytów?