Страница 31 из 59
– Gdzie to się stało? – zapytał Mock.
– Na Marthastrasse. Prawdopodobnie skoczyła z dachu kamienicy.
– Ile miała lat?
– Z wyglądu – grubo po trzydziestce.
Od oddechu ulgi, jaki wydostał się z ust Mocka, drgnęły liście palmy stojącej w kącie gabinetu Illsheimera. Pęd powietrza poruszył nimi powtórnie, kiedy Mock zamykał za sobą drzwi.
– Jedziemy – powiedział Mock do Wirtha i Zupitzy. – Na Marthastrasse.
– Nie na Gartenstrasse, jak jest na wizytówce? – zapytał Wirth.
– Nie – powiedział Mock z irytacją. – Von Gallasen jest bardzo młody. Dla niego zniszczona przez życie dwudziestoparoletnia prostytutka może wyglądać na czterdzieści lat.
Wirth nic nie rozumiał, ale nie zadawał już więcej pytań.
Wrocław, piątek 5 września 1919 roku, godzina pierwsza po południu
Mock siedział obok Wirtha w horchu i przeklinał wrześniowy upał. Drażnił go kurz unoszący się z bruku, woń koni i ich odchodów oraz nitki babiego lata przyklejające się do jego źle ogolonych policzków. W chwilach irytacji i wzburzenia zwykle przywoływał passusy pisarzy starożytnych, które analizował przed laty jako student i gimnazjalista. Powtarzał wyuczone niegdyś na pamięć patetyczne i zwięzłe frazy Seneki, lotne heksametry Homera i dźwięczne zakończenia okresów Cycerońskich.
Zacisnął powieki i zobaczył siebie w mundurze gimnazjalnym, siedzącego w pierwszej ławce i wsłuchującego się w proste, klarowne i krystaliczne dźwięki mowy starożytnych Rzymian. W uliczny gwar wdarł się potężny głos jego nauczyciela łaciny, Ottona Morawjetza, deklamujący trafny aż do bólu passus z dzieła Seneki O pocieszeniu: Quid est enim noui hominem mori, cuius tota uita nihil aliud, quam ad mortem iter est.
Mock otworzył oczy. Nie chciał słyszeć niczego o śmierci. W obwieszonym reklamami kiosku na rogu Feldstrasse i Am Ohlauufer mały chłopiec podał kioskarzowi stosik banknotów i w zamian otrzymał „Die Woche” wraz z dziecięcym dodatkiem.
Dziesięcioletni Eberhard Mock biegnie do kiosku na wałbrzyskim dworcu kolejowym, ściskając w ręku monetę jednomarkową na niedzielny dodatek dziecięcy do „Die Woche”. Zaraz przeczyta o przygodach Billy’ego Kida na Dzikim Zachodzie, zaraz się dowie, co się stało z podróżnikiem, doktorem Volkmerem – czy uniknie kotła ludożerców? Sprzedawca kręci głową. „Nie ma, już wykupiono, poszukaj gdzie indziej”. Mały Ebi biegnie z nadzieją do kiosku koło swojej szkoły, zaraz kupi, przeczyta, a tu znów przepraszający uśmiech, kręcenie głową. Ebi wraca do domu noga za nogą. Już wie, że należy myśleć negatywnie. Należy sobie z uporem powtarzać: to się nie uda, to skończy się fiaskiem, nie przeczytam przygód Billy’ego Kida, nie dowiem się, co się stanie z podróżnikiem doktorem Volkmerem.
Trzydziestosześcioletni Eberhard Mock z trudem oddycha wrocławskim kurzem i zdumiewa się głębią swych dzieci
Mock – pokrzepiony na duchu – patrzył na blokujący wjazd na Marthastrasse furgon ko
Znaleźli się w cichej uliczce Marthastrasse zabudowanej wysokimi kamienicami. Mock dotknął ramienia Wirtha, a ten zatrzymał samochód w odległości jakichś stu metrów od tłumu kłębiącego się na chodniku, pod numerem dziesiątym, pod gospodą Justa, do której – jak Mock wiedział doskonale – wchodziło się przez podwórze. Asystent kryminalny wysiadł z horcha, a Wirth i Zupitza – zgodnie z jego wyraźnym poleceniem – zostali w środku. Wszedł do bramy, pokazał jednemu z mundurowych swoją legitymację i zaczął się wspinać po stopniach. Po obu stronach klatki schodowej były duże prostokątne nisze, w których trzy pary drzwi prowadziły do trzech mieszkań. W tych swoistych wspólnych przedpokojach znajdowały się okna prowadzące do studni wentylacyjnej. Oprócz nich na studnię wychodziły okna ze wszystkich kuchni. Tak ostatnio budowano mieszkania dla niezamożnych lokatorów – tanio, oszczędnie i bardzo ciasno. Na parterze budynku przy oknie do studni wentylacyjnej stało dwóch mężczyzn. Jeden z nich, umundurowany policjant, na którego wielkiej czaszce tkwiło opatrzone gwiazdą czako, odpowiadał na pytania młodego, elegancko ubranego mężczyzny. Mock podał rękę jednemu i drugiemu. Znał obu bardzo dobrze. Mundurowego widział po raz ostatni kilka miesięcy temu, cywila – dziś rano. Pierwszy nazywał się Robert Stieg i był rewirowym w tej dzielnicy, drugi – Gerhard von Gallasen, asystent Mühlhausa. Mock spojrzał do studni, na której dnie leżało drobne zawiniątko przykryte prześcieradłem. Było ono niegdyś kobietą – myślał intensywnie – miało małe dziecko i suczkę bokserkę.
– Już pan wie, jak się ona nazywała? – zapytał Mock, odpowiadając sobie w myślach: Na pewno na imię miała Joha
– Nie wiemy, jak się nazywała – odparł von Gallasen zdziwiony tym, że Mock podał przed chwilą rękę zwykłemu rewirowemu. – Nikt z gapiów jej nie znał. Pański kolega Domagalla wyszukał adres pewnego stręczyciela, który tu mieszka w okolicy…
– Właśnie go prowadzą – rewirowy Stieg wskazał na dwóch mundurowych, obok których dreptał niewysoki, wyliniały blondyn w cylindrze. Wszyscy wspinali się po stromych schodach.
– Zapytałem panów, czy miała wykłute oczy. – Mock odpowiadał sobie w myślach: Tak, włożył jej w oczodół bagnet i kilka razy przekręcił.
– Nie… Skąd… Z oczami wszystko w porządku – mruknął rewirowy Stieg. – Tieske, niech ten w cylindrze się jej przyjrzy, a potem dawaj go tutaj! Migiem! – krzyknął do mundurowych.
– Stieg, proszę mi opowiedzieć wszystko ab ovo – polecił Mock ku irytacji von Gallasena, który nad Stiegiem dominował stopniem, wzrostem i urodzeniem, toteż uważał, że zgodnie ze starszeństwem rangi on powinien być zapytany pierwszy.
– Że co? – Stieg nie wiedział, czego od niego żądają.
– Od początku – wyjaśnił mu Mock. – Nie uczyliście się w szkole łaciny?
– Dziś rano Christia
Mock pokręcił przecząco głową i wyobraził sobie, że widzi ciało Joha
– Znasz ją, Hoyer? – zapytał Mock i usłyszał w myślach odpowiedź alfonsa: „Tak, na imię ma Joha
– Nie, panie komisarzu – odpowiedział alfons Hoyer.
– Nie była z naszej dzielnicy. Raz ją widziałem w gospodzie na podwórzu, lecz moje dziewczynki szybko ją przepędziły. Nie lubimy konkurencji.
– Co, taka była ładna? – zapytał Mock.
– Była niezła – Hoyer uśmiechnął się do swoich wilgotnych wspomnień. – Prawdę mówiąc, można by na niej zbić niezły interes… Chciałem ją zwerbować, ale moje dziewczynki jej nie lubiły. Dokuczały jej – Hoyer znów się uśmiechnął, tym razem do Mocka. – Mam sześć dziewczyn pod opieką. Czasami im ustępuję. Z sześcioma nie można się kłócić równocześnie…