Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 17 из 59

– Musisz się tak tłuc, do jasnej cholery? – Ojciec otworzył oczy i natychmiast je zamknął. Przewrócił się na drugi bok i zachrapał.

Mock skulił się, aby ukryć swe podniecenie, okrył się na powrót koszulą nocną i – idąc na palcach – podszedł do klapy. Wiedział, jak ją otwierać, żeby nie skrzypiała. Tyle razy to robił, kiedy wracał pijany i nie chciał wysłuchiwać ojcowskiego: „chlejesz i chlejesz”. Uchylił klapę i spojrzał w czeluść rzeźniczego sklepu. Lekkie kroki na schodach. Z czarnego kwadratu wyłoniła się głowa i szyja. Resztki wypomadowanych włosów ułożone były w misterny lok. Szyję oplatała łuskowata egzema. Głowa odchyliła się do tyłu, aby ukazać zastygłą czerwoną lawę, która wypłynęła z oczu. Usta otworzyły się i wypluły bańkę krwi. Za nią pojawiły się i

– Ebi, obudź się do cholery! – Ojciec potrząsał jego ramieniem. – Patrz, co zrobiłeś!

Eberhard rozejrzał się dokoła. Siedział wśród skorup rozbitej butli. Na nogach i pośladkach czuł pieczenie kilku ranek. Na powierzchni nafty wiły się nitki jego krwi. Klapa była zamknięta.

– Chyba jestem lunatykiem, ojcze – wychrypiał, wyrzucając z siebie woń czterech setek wódki.

– Chleje i chleje. – Stary machnął ręką i poczłapał do łóżka. – Posprzątaj to, bo śmierdzi i nie da mi spać. Trzeba będzie wietrzyć. – Otworzył okno i spojrzał w niebo. – Jesteś pijakiem, a nie lunatykiem. Dzisiaj nie ma księżyca, idioto. – Ziewnął i wlazł w ciepły schron kołdry.

Mock wstał, zdjął wiszącą na ścianie apteczkę, którą jego ojciec własnoręcznie skonstruował, wprowadzając się do tego mieszkania. „Żeby nie przyczepił się żaden inspektor – argumentował wtedy stary. – Każdy warsztat powinien mieć apteczkę. Tak mówi prawo pracy”. Wbijając gwoździki w jasne deski, nie chciał nawet słyszeć, że to mieszkanie nie jest warsztatem rzemieślniczym, a on sam już dawno nie jest szewcem.

Mock pozbierał odłamki butli, zdjął koszulę nocną i wytarł nią podłogę. Nagle poczuł przenikliwe zimno. Nic dziwnego – pomyślał – przecież jestem nagi. Narzucił na siebie stary płaszcz, który mu służył podczas zimowych wyjść do wychodka, z kuchni wziął świecę wtopioną w żelazny lichtarz i otworzył klapę. Poczuł mrowienie na plecach. W słabej poświacie stojącej przed sklepem latarni widział stopnie schodów. Pusto i ciemno. Przeklinając pod nosem własną bojaźliwość, oświetlał sobie drogę świeczką. Na dole nie było ani wiadra, ani śladu rozlanej wody. Mock ukucnął i przyjrzał się kratce odpływowej w podłodze. Nasłuchiwał szczurzych pisków. Nic. Cicho. Po ścianie przesunął się cień. Mock poczuł przypływ adrenaliny, zjeżyły mu się włosy i zaczął się pocić. Przez Plesserstrasse przeszedł listonosz Dosche ze swoim psem o rozregulowanych kiszkach. Mock poczuł podmuch zimnego wiatru. Nagle przypomniał sobie własną babkę Hildegardę, która w puchowej pierzynie upatrywała remedium na wszystko. W wypucowanej kuchni w Wałbrzychu otulała pierzyną małego Franza i małego Eberharda, mówiąc: „Schowajcie głowy pod pierzynę. W pokoju zimno. A tam, gdzie zimno, są złe duchy. To znak od nich”.

Mock usiadł na ladzie i otworzył apteczkę. Zwilżył kawałek waty wodą utlenioną i przy wątłym świetle świecy wytarł nią trzy ranki na swym udzie i pośladku. Potem wstał i zbliżył się do kratki odpływowej. Podważył paznokciem jedną z płytek i przesunął ją, odsłaniając kwadratową dziurę. Mock znał remedium na wszystko – na złe duchy i na zimno. To remedium chował pod płytką. Poczuł w dłoni znajomy kształt płaskiej butelki. Wyciągnął ją, nie używając świecy, która dopalała się na ladzie. Tę czy

Wrocław, czwartek 4 września 1919 roku, godzina czwarta rano

Mock siedział obok Smolorza w dwuosobowym, zadaszonym gigu, zrobionym przed laty na zamówienie policji w fabryce powozów Herma

W ciągu tych dwóch nocnych godzin Mock nie miał czasu, by jeszcze raz przeczytać list, który znalazł w kanalizacji swego domu. Ręce miał albo zajęte roztrzęsionym brzuchem, albo kierownicą bicykla. Teraz, kiedy Smolorz bardzo umiejętnie powoził po zroszonych ciepłym deszczem kostkach bruku, Mock mógł jeszcze raz przeczytać osobliwy tekst.

„Do Eleonore Wohsedt, Schenkendorfstrasse 3. Ta świnia ma na głowie kaptur kata” – Mock podniósł kartkę do oczu i trudem odczytywał pośpieszne bazgroły. Zadania nie ułatwiały mu pasy światła i cienia przesuwające się po kartce, kiedy powóz mijał latarnie stojące wokół Kaiser-Wilhelm-Platz. „Nie poznałbym go. Torturował mnie. Zmusił, abym się przyznał, że jestem cudzołożnikiem. To nieprawda, moja droga żono, Eleonoro. List, który od niego dostaniesz, był wymuszony. Nie mam i nigdy nie miałem kochanki. Kocham tylko Ciebie. Julius Wohsedt”.

Zbliżali się do skrzyżowania z Kürassierstrasse. Po obu jej stronach biegły szerokie jezdnie, a między nimi był chodnik obsadzony z obu stron klonami i platanami. Ten rodzaj arteryj komunikacyjnych wylągł się w zmilitaryzowanych umysłach niemieckich architektów, którzy ów pas zieleni zaprojektowali z myślą o ko