Страница 7 из 64
– Nigdy więcej – powiedział dobitnie. – Przebacz.
– Nigdy więcej czego? – Sophie powoli przesunęła palcem wskazującym w górę i w dół po uszku mlecznika. – Nigdy więcej czego? Alkoholu? Przemocy? Próby gwałtu? Udawania przed bratem prawdziwego mężczyzny, który swą kobietę trzyma pod butem?
– Tak. Nigdy więcej tego wszystkiego – Mock, by nie patrzeć na Sophie, obserwował obraz, prezent, który podarował na jej dwudzieste czwarte urodziny. Był to dyskretny pejzaż pędzla Eugena Spiro, z dedykacją artysty „Wszystkiego najlepszego dla melancholijnej Sophie”.
– Masz czterdzieści cztery lata. Myślisz, że jesteś w stanie się zmienić? – w spojrzeniu Sophie nie było ani cienia melancholii.
– Nie zmienimy się nigdy, jeżeli będziemy dalej sami, we dwójkę – Mock był szczęśliwy, że Sophie w ogóle z nim rozmawia. Nalał sobie mięty i sięgnął do kredensu, wyjął stamtąd pudełko z drewna sandałowego. Metaliczny odgłos szczypczyków do obcinania cygar i zgrzyt zapałki. Mock usiłował miętą i wybornym aromatem cygara od Przedeckiego wypędzić ostatnie opary kaca. – Zmienimy się obydwoje, kiedy będziemy we trójkę, kiedy w końcu urodzisz dziecko.
– Od początku naszego małżeństwa marzę o dziecku – Sophie przesunęła palcem po dzióbku mlecznika. Potem wstała i z lekkim westchnieniem przytuliła się do pieca. Mock podszedł do niej i opadł na kolana. Przycisnął głowę do jej brzucha i wyszeptał: – Będziesz mi się oddawała co noc i poczniesz. Zobaczysz, co noc. – Sophie nie oddała mu uścisku. Mock poczuł, że jej brzuch faluje. Wstał i spojrzał w oczy Sophie, które pod wpływem śmiechu stały się jeszcze mniejsze niż zwykle.
– Choćbyś pił cysterny mięty, nie będziesz mógł mnie posiąść codzie
– A co, mięta dobrze działa na męskie siły? – zapytał.
– Podobno – Sophie wciąż się śmiała.
Mock powrócił do palenia cygara. Wielkie koło dymu opadło na puszysty dywan.
– Skąd wiesz? – zapytał nagle.
– Gdzieś czytałam – Sophie przestała się śmiać.
– Gdzie?
– W jakiejś książce z twojej biblioteki.
– Może u Galena? – Mock, jako niedoszły filolog klasyczny, miał prawie wszystkie wydania autorów starożytnych.
– Nie pamiętam.
– To musiało być u Galena.
– Możliwe – Sophie usiadła i kręciła filiżanką po spodku. W jej oczach błysnął gniew. – Co ty sobie wyobrażasz? Nie dość, że mnie maltretujesz fizycznie, to jeszcze próbujesz znęcać się nade mną psychicznie?
– Przepraszam – Mock spokorniał. – Po prostu chcę oczyścić atmosfery z wszelkich niejasności. Gdzie dzisiaj byłaś?
– Nie chcę żadnych pytań, żadnych podejrzeń – Sophie wkręciła papierosa w kryształową lufkę i przyjęła od Mocka ogień. – Dlatego opowiem ci o moim dniu jako mężowi, który wstępuje na drogę poprawy i który jest ciekaw, jak minął dzień jego ukochanej żonie, a nie jako wściekłemu z zazdrości śledczemu. Jak wiesz, niedługo występuję wraz z Elisabeth na koncercie adwentowym. Przyszła do mnie rano, niedługo po tym, jak przysłałeś mi róże. Pojechałyśmy dorożką na Eichenallee do barona von Hagenstahla, fundatora i organizatora tego koncertu. Musiałyśmy wziąć od niego plenipotencje, potrzebne do wynajęcia Domu Koncertowego na Gartenstrasse. Jadąc do niego, zboczyłyśmy z drogi, a ja zostawiłam róże w kościele Bożego Ciała. Byłam na ciebie wściekła i nie chciałam kwiatów. Potem ćwiczyłyśmy z Elisabeth. Obiad zjadłam u niej. To wszystko. A teraz przepraszam na chwilę. Jestem zmęczona, a Marta przygotowała mi kąpiel. Za kilka chwil będę z powrotem.
Sophie dopiła kawę i wyszła z salonu. Mock wyjrzał do przedpokoju i zobaczył, jak zamykała za sobą drzwi łazienki. Podszedł szybko do telefonu i wykręcił numer Smolorza. Rzucił do słuchawki krótką komendę.
Sophie siedziała nago na brzegu wa
– To była tylko zemsta – szepnęła do wędrowca. – Gdybym się nie zemściła, nie mogłabym mu wybaczyć. A tak zaczynamy dziś od nowa. Co noc będziemy razem.
Argos się rozszczekał. Sophie usłyszała szmer krzątaniny w przedpokoju, jakiś znajomy męski głos, a potem trzaśnięcie drzwiami. Drżąc ze zdenerwowania, wyszła z wa
– Marto, kto to przyszedł? – zawołała przez drzwi.
– Pan wyszedł z wachmistrzem kryminalnym Smolorzem – odkrzyknęła służąca. Sophie ze złością zmyła makijaż.
WROCŁAW, PONIEDZIAŁEK 28 LISTOPADA, GODZINA SIÓDMA WIECZOREM
Mock i Smolorz siedzieli w adlerze zaparkowanym na Rehdigerplatz, pod domem Mocka. Szyby i dach samochodu szybko pokrywały się dywanem śniegu. Mock milczał z powodu zalewającej go zazdrości, Smolorz – zgodnie ze swą naturą.
– Czego się dowiedzieliście? – zapytał w końcu Mock.
– Stróż był pijany. Nie znał Gelfrerta. Gelfrert był nazistą…
– Nie mówię o Gelfrercie – Mock rozjarzył mocno końcówkę papierosa. – Mówię o kościele.
– Nikt nie przynosił dziś kwiatów do kościoła.
Mock przyjrzał się oknom swojej sypialni, w których właśnie przed chwilą zgasło światło.
– Smolorz, dostajesz nową sprawę – w chwilach wzburzenia Mock mówił do swojego podwładnego na „ty”. – Chcę wiedzieć wszystko o niejakim baronie von Hagenstahlu, Eichenallee. Zostawiasz sprawę Gelfrerta. Ja sam się nią zajmę. Poza tym nie odstąpisz na krok mojej żony. Nie musisz się specjalnie kryć. Ona zna ciebie tylko z nazwiska i z głosu. Codzie
Smolorz patrzył osłupiały na swojego szefa, nie rozumiejąc, o czym on mówi. Nie zadał jednak żadnego pytania. I za to Mock najbardziej go cenił.
WROCŁAW, WTOREK 29 LISTOPADA, GODZINA SIÓDMA RANO
Mock przełknął ślinę i po raz pierwszy od wielu dni nie poczuł palenia w przełyku i poalkoholowych protestów żołądka. Jedynie lekkie pragnienie przypominało mu, że nie wszystkie spożyte wczoraj płyny były równie niewi
– Myślisz, że codzie
Sophie nawet na niego nie spojrzała. Mock opanował się i chrząknął, wiedząc, że w ten sposób przywróci swojemu głosowi ten tembr, który jego żona lubiła: miękki, lecz zdecydowany, przyjazny, lecz nie sentymentalny.