Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 62 из 64

– Kurwa mać! – westchnął Smolorz. – Porzygał się, skurwysyn jeden. Teraz się jeszcze udusi…

Smolorz wrzucił strzykawki do kuferka i wyrwał Hockerma

– Zamknij drzwi – krzyknął do Smolorza, nie chcąc widzieć utkwionych w sobie oczu Sophie.

Smolorz zrobił, co mu kazano, i podbiegł do Mocka. Ten usiłował wcisnąć więźniowi w usta własny portfel, by nie dopuścić do przegryzienia języka. Nagle Hockerma

– Właśnie dokonuje się ostatni mord przed nadejściem proroka – powiedział cicho do Mocka. – Tam, to tam! On nadchodzi! – wrzasnął i rzucił się nagle całym ciałem w stronę drzwi do kamienicy.

– O żesz ty – sapnął Smolorz i wcisnął knebel do ust Hockerma

Przez sypki lekki śnieg doszedł znany wszystkim dźwięk. Zegar na ratuszu uderzył dwukrotnie. Mock, słysząc to, zastygł.

– Wpół do ósmej! – krzyknął do Smolorza. – Wtedy kupiec zabił! Idziemy! Sprawdzamy wszystkie mieszkania! Zaczynamy od góry.

Policjanci wpadli do kamienicy i zapalili światło na korytarzu. Ich ciężkie, oblepione śniegiem kamasze uderzały o drewniane stopnie schodów. Zza mijanych drzwi dochodziły mniej lub bardziej wesołe odgłosy. Odgłosy życia. Mock przykładał ucho do każdych i oddychał z ulgą. Stanęli na ostatnim piętrze.

– A tam już tylko strych – Smolorz wskazał ręką ku górze.

Mock zaczął powoli wchodzić. Światło załamywało się na piętrach i półpiętrach. Do poddasza docierały jego marne resztki. Mock poruszał się bardzo powoli, uważnie macając butem każdy stopień. Tam, gdzie doszedł, było całkiem ciemno. Podniósł stopę i poruszał nią w powietrzu, szukając kolejnego schodka. Nagle usłyszał stłumiony jęk. Z jednej kieszeni płaszcza wyjął rewolwer, z drugiej – zapalniczkę. Spojrzał w dół i zobaczył, że nogę trzyma na czyimś brzuchu. Pochylił się i w migotliwym świetle gazowego płomyka ujrzał bladą twarz Meinerera. Przestąpił przez niego i podszedł do drzwi. Z mieszkania nie dochodził żaden dźwięk.

– Oni tam są – usłyszał głos Meinerera. – Ona i jej kochanek.

Mock chwycił za klamkę. Drzwi były zamknięte. Cofnął się i oparł o chybotliwą poręcz. Odbił się od niej i runął na drzwi. W całej kamienicy rozległ się głośny trzask. Mock poczuł, jak gips i kawałki gruzu wpadają mu za pęknięty gorset Kiwnął głową Smolorzowi. Ten ponowił natarcie barkiem. Gruz posypał się po deskach. Gdzieś niżej ktoś wyszedł na klatkę schodową i nie odchodził. Smolorz jeszcze raz uderzył i wpadł z drzwiami i kawałkami cegieł do środka. Mock wsunął ramię do mieszkania i przeciągnął ręką po ścianie obok framugi. Natrafił na wyłącznik światła. Przesunął w dół małą dźwigienkę i uskoczył na bok w silnym błysku elektryczności. Nic się nie stało. Smolorz na podłodze nie ruszał się, Mock stał na korytarzu obok leżącego Meinerera. Obaj lustrowali wnętrze mieszkania. Ich oczom ukazał się jeden wielki pokój, którego centralny punkt stanowiło pianino. Stały na nim dwie butelki wina i wpółopróżnione talerze. Pod ścianami i koło tapczanu rozłożone były szerokie stojaki. Mock poczuł ucisk gorsetu. Deski te miały swoją nazwę, której nie mógł sobie przypomnieć. Róg pokoju oddzielony był dwoma parawanami. Mock widział gdzieś niedawno takie parawany… Pamięć najwyraźniej odmawiała mu posłuszeństwa. Smolorz podniósł się, ukucnął i rzucił się na ścianę. Nic się nie stało, nikt nie strzelił. Mock wszedł wolnym krokiem do pomieszczenia i skierował się ku parawanom. Chwycił jeden z nich i złożył go jak harmonijkę. Za parawanami był półokrągły zlew. Pod nim leżały dwa nagie ciała. Kobieta i mężczyzna. Na ciałach widniały małe okrągłe rany, z których wypływały strużki krwi. Głowy trupów ukryte były w cieniu zlewu. Mock nie zbliżał się do ciał, usiadł na tapczanie i zamknął oczy. Właśnie przypomniał sobie, jak nazywają się takie stojaki. Zaciskał mocno napuchnięte czerwone powieki i nie pozwalał wypływać gorącym łzom. W gardle czuł piekący, gorzki smak. Nie mógł zaczerpnąć tchu. Już wiedział doskonale, że takie stojaki nazywają się „sztalugami” i zwykle stoją w malarskich atelier.

WROCŁAW, PIĄTEK 27 GRUDNIA, GODZINA DZIEWIĄTA RANO

Na pierwszym piętrze gmachu Prezydium Policji przy Schuhbrücke trzaskały ku sufitowi dymy magnezji. W sali odpraw tłoczyli się i pokrzykiwali dzie

– Czy to prawda, że kochankowie zostali otruci narkotykiem?

– Prawda.

– Co radca Mock robił tam o tej porze?

– Zamordowany jest… był jego bratankiem. Radca Mock szedł do niego, by złożyć mu życzenia.

– Dziwne… stryj do bratanka… Nie powi

– Nie wiem. Savoir-vivre nie jest moją specjalnością.

– Jaki był motyw?

– Sprawca zabił z zazdrości. Był odrzuconym kochankiem.

– Zamordowana porzuciła go dla bratanka radcy Mocka?

– Tak.

– Trzydziestoletnia kobieta ma dziewiętnastoletniego kochanka?

– Miała, drogi panie. I gratuluję dobrej pamięci. O wieku ofiar mówiłem przed pięcioma minutami. Bystrzak z pana.

– Jak Mock złapał sprawcę?

– Zastał go rozpaczającego nad trupem kobiety.

– Skąd sprawca, policjant, znał Inge, królową półświatka?

– Praca policji w dużej mierze dotyczy ludzi z półświatka.

– Co sprawca ma wspólnego z „mordercą z kalendarza”?

– Sprawca podszył się pod „mordercę z kalendarza”.

– Kim jest „morderca z kalendarza”?

– Erich Hockerma

– Dlaczego je popełnił? Jaki miał motyw?

– Był fanatycznym zwole

Mühlhaus wstał i wyszedł, a von Stetten uprzejmie podziękował dzie

NOWY JORK, PONIEDZIAŁEK 21 LISTOPADA 1960 ROKU, PIĄTA RANO

Anwaldt wstał i podszedł do wiszącej na ścianie mapy. Przesunął po niej palcem i przez chwilę przebywał w zasypanym śniegiem mieście, mieście wysmukłych wież kościołów, mieście otulonym dymem fabryk, które teraz nazywa się już inaczej i leży w i

– Nie powiedziałeś mi, Eberhardzie – Anwaldt odszedł od mapy i usiadł z powrotem w fotelu – co zrobiłeś ze swoją żoną…

Za oknem rozległo się szczekanie, a potem psie łapy zapluskały w kałuży.

– Puściłem ją wolno – powiedział Mock. – Pozwoliłem jej dalej grzeszyć z baronem. Niedługo później się rozwiodłem. Per procura. Sophie nie wzięła ode mnie żadnych pieniędzy i gdzieś wyjechała.

Nocną ciszę przecinało bulgotanie kroplówki. Mock patrzył na Anwaldta i nic nie mówił.

– Jest to niezwykła i tragiczna historia – Anwaldt przetarł se

– Niczego nie rozumiesz – zaświstał Mock. – Po pierwsze, już się z tego grzechu spowiadałem, a po drugie, mam dość odwagi, by spowiadać się przed śmiercią bez próbnych wyznań przed tobą.

Po suficie i po ścianie przesunęła się smuga światła. Przez moment w jej blasku znalazła się twarz Anwaldta.

– Ostatniego morderstwa na moim Erwinie i Inge Ganserich nie dokonał Meinerer – Mock powoli dobierał słowa. – To było dzieło diabła, złego ducha czy jak tam go nazwiesz – Mock sięgnął po papierośnicę i obrócił ją w palcach. – To nie Meinerer. On w ogóle nie wszedł do atelier Inge. Tkwił pod drzwiami i twierdził, że słyszał jakieś głosy… Nasz lekarz sądowy, doktor Lasarius, dokonał analizy chemicznej trucizny, która zabiła Erwina. Znajdował się w niej jakiś związek, który…