Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 55 из 64

– A co z tym posterunkowym kierującym ruchem?

– Pojechaliśmy z moimi ludźmi do jego mieszkania i uwolniliśmy jego i jego żonę. Natychmiast po akcji…

– Bardzo był poturbowany?

– Trochę ścierpły im ręce. Poza tym wszystko w porządku.

– Wirth, pojedziesz teraz do niego – wyższy mężczyzna wyjął z wewnętrznej kieszeni zwitek banknotów i wręczył go swojemu rozmówcy – i zostawisz mu tych kilka marek. Daj mu tę forsę i nic nie mów – wyrysował w śniegu znak nieskończoności. – Dobrze się spisałeś.

– Nie chce pan radca wiedzieć, co zrobili z tą świnią?

– Oni? Oni byli tylko narzędziem w moich rękach.

Wirth schował pieniądze i uważnie spojrzał na radcę.

– To narzędzie wymknęło się panu trochę spod kontroli.

Radca podał rękę Wirthowi i ruszył w stronę Teatru Miejskiego, którego rozmazane światła promieniały w śnieżnej mgle. Wielkie afisze rozwieszone na filarach zachęcały do obejrzenia Wagnerowskiego Ta

– Tu nas nikt nie usłyszy, Mock – powiedział Mühlhaus i nabrał tchu, jakby chciał zawtórować chórowi syren „Naht euch dem Strande”. – Wie pan, że Hanscher z Wydziału IV ogląda dziś pańskie zdjęcie, na którym przykłada pan pistolet do głowy Robertha? Wie pan, że jest głównym podejrzanym o zorganizowanie samosądu na tym nieszczęśniku, który cierpiał na rozdwojenie osobowości?

Smyczki cięły bezlitośnie, z chirurgiczną precyzją. Dźwięki trąb podbite były głęboką czernią basów. Potem Wenus zaczęła uwodzić Ta

– Dziękuję za ostrzeżenie – powiedział Mock.

– Ostrzec można przed czymś, co jest do uniknięcia. A ja dostałem rozkaz od prezydenta Kleibömera, by zawiesić pana w czy

– To byłby koniec, gdyby Wydział IV udowodnił, że miałem coś wspólnego z samosądem. A ja na początku rozpalę ich nadzieje. Powiem, że cieszę się ze smutnego końca Robertha.

– Pan wcale nie zaprzecza, że miał pan z tym coś wspólnego. Pan jedynie wątpi, czy znajdzie się dowód przeciwko panu. Pan już się przyznał przede mną – krzyczał Mühlhaus, lecz jego głos wtórował arii Ta

– Jeżeli nawet tak… – cichy głos Mocka dobiegał bardzo wyraźnie zza smutnych wyznań wzgardzonej przez Ta

Mühlhaus milczał, a Wenus dalej atakowała niewdzięcznego kochanka.

WROCŁAW, NIEDZIELA 22 GRUDNIA, WPÓŁ DO DZIESIĄTEJ WIECZOREM

Wrocławska socjeta kłębiła się w foyer, dmuchała dymem, pachniała perfumami i obficie wydzielała pot. Damy strzygły pawimi piórami i napawały się tym zgromadzeniem – substytutem balu noworocznego, którego nie mogły się już doczekać. Panowie dyskutowali jałowo o zbliżających się świętach, wzmożonym handlu i wydatkach. Ptasi szczebiot panien współgrał z intelektualnym marszczeniem przez młodzieńców chmurnych czół, co miało zwiastować dojrzały namysł nad oglądaną interpretacją Wagnera.

Mock wyjął z papierośnicy papierosa „Ariston”, przełamał go wpół i wetknął do cygarniczki. W tym momencie z czyichś palców wystrzelił żółty płomień i liznął poszarpaną końcówkę papierosa.

– Dobry wieczór, doktorze Hartner – Mock zaciągnął się dymem, – Dziękuję za ogień. Nie wiedziałem, że lubi pan Wagnera.

– Musimy porozmawiać w jakimś ustro

Mock kiwnął ze zrozumieniem głową, zanurkował w rozdyskutowany tłum melomanów i lekkimi dotknięciami dłoni zaczął torować w nim drogę. Natychmiast podążył za nim Hartner. Mock wyszedł na korytarz i ruszył ku drzwiom opatrzonym złotym trójkątem. Jakiś niewysoki staruszek z trudem ciurkał do pisuaru. Radca zajął jedną z kabin, zamknął pokrywę muszli i usiadł na niej. Wypalając papierosa, słyszał podobne odgłosy w kabinie obok. Rozległ się gong, który – choć był bardzo donośny – nie wytłumił westchnienia ulgi, jakie wydał z siebie staruszek. Wreszcie drzwi trzasnęły. Mock i Hartner stali obok siebie, krytycznie oceniając swe odbicia w szerokim lustrze. Mock pootwierał wszystkie kabiny, a potem zablokował drzwi toalety swoją laską.

– W moim zespole ekspertów – powiedział cicho Hartner – jest morderca.

– Niech pan mówi dalej – Mock wiedział, co teraz nastąpi: seria pytań i odpowiedzi, majeutyczna metoda doktora Hartnera, odporna na wszelkie ponaglenia.

– Kto w moim zespole jest podejrzany i dlaczego? – Hartner nie zawiódł Mocka. – Diehlsen – radca dmuchnął w cygarniczkę, a papieros rozsypał się na lustrze deszczem iskier – ponieważ pracuje w miejskim archiwum i jest członkiem „Wrocławskiego Towarzystwa Badań Parapsychicznych”, i Hockerma

– Powinien pan w momencie odkrycia kradzieży zatrzymać wszystkich pańskich ludzi, wezwać policję i dokładnie ich obszukać – podsumował Mock.

– Zrobiłbym tak, gdyby archiwista odkrył to odpowiednio wcześnie. Nie przeglądał on jednak akt w ratuszu. Odkrycia dokonał dopiero w archiwum, kiedy wstawiał akta na miejsce.

Mock podszedł do umywalki, odkręcił kran i włożył głowę pod strumień wody. Po chwili wyjął głowę spod kranu i z przyjemnością czuł zimne strużki wlewające się za gorset. Podszedł wolno do Hartnera i chwycił go mocno za ramiona.

– Mamy go, Hartner – krzyknął i roześmiał się dziko. – Mamy go wreszcie! To ktoś z pańskich ludzi! Wystarczy, że ich będziemy śledzić… A jeśli to nie pomoże, każdego z nich odpowiednio przesłucham… A najdokładniej Diehlsena i Hockerma

– Akta muszą dotyczyć okresu od 19 grudnia – powiedział powoli Hartner. – Czyli morderstwo musiałoby nastąpić w okresie od 19 do 24 grudnia. Przecież sam pan odkrył tę gradację czasową. Kolejne morderstwa są coraz szybciej wykrywane. A zatem należy spodziewać się zabójstwa teraz, a wy musicie tego samego dnia znaleźć ciało. Tego samego, który widnieje na kartce z kalendarza. Nie możecie znaleźć ciała z kartką, dajmy na to, z 12 grudnia, jutro, czyli 23 grudnia – Hartner roześmiał się szczerze. – Tak, teraz rozumiem pańską radość. Przecież od wczoraj wszystkim moim ekspertom, a zwłaszcza Hockerma