Страница 32 из 64
– Naprawdę tak długo to trwa? – przerwał Mühlhaus ze zgryźliwym uśmieszkiem.
– Czyli morderca zaczął działać kwadrans na siódmą, kiedy Geissen figlował od kwadransa – Mock pominął uwagę Mühlhausa. – Zrobił swoje w ciągu dziesięciu minut, a potem czekał, aż ofiara się wykrwawi. Pięć minut. Potem wyszedł.
– Którędy?
– Tak jak wszedł – przez okno.
– Zbadałem dokładnie trawnik. Żadnych śladów na śniegu, który jest twardy, ale nieubity. Pod oknem numeru jest mała zaspa. Nietknięta.
– Mógł to być jakiś klient burdelu, który wśliznął się do pokoju dziewczyny. W niedzielę jest tu zwykle wielu klientów i któryś z nich mógł się schować, nie zwracając uwagi strażnika…
– Może i racja, lecz jak wyszedł? Franz Peruschka twierdził, że nie zmrużył oka – Mühlhaus wstał i zapiął płaszcz. – Pana scenariusz, poza tym wejściem i wyjściem przez okno, wygląda wiarygodnie. Ale ja nie mam dziś kaca, a mimo to czegoś również nie rozumiem: dlaczego morderca czekał na wykrwawienie? Przecież po przecięciu tętnicy przywiązany głową w dół człowiek tak czy siak umrze. Dlaczego zatem ten bydlak czekał, aż się Geissen wykrwawi? Z czego pan to wnosi?
– Niech pan uwzględni to – Mock trzymał w szczypcach kartkę z kalendarza. – Jeżeli jest nim ten sam psychopata, który zabił Gelfrerta i Ho
– Doprawdy? – Mühlhaus ugniatał w cybuchu tytoń.
– Tak, panie dyrektorze, morderca musiał bywać w burdelach. Poczekał zatem na przyjście strażnika, na jego wtargnięcie do pokoju, a potem wymknął się cicho z budynku.
– Zaczyna pan sensownie myśleć, Mock – Mühlhaus spojrzał na Lasariusa. – Doktorze, jak długo trwa kac?
– Po portwajnie dość długo – powiedział Mock w zamyśleniu.
WROCŁAW, PONIEDZIAŁEK 9 GRUDNIA, GODZINA DZIEWIĄTA RANO
Mock wtopił się w tłum kłębiący się pomiędzy straganami na Neumarkt. Spojrzał na zegarek. Miał jeszcze godzinę do odjazdu pociągu do Berlina. Chciał ją spędzić w towarzystwie butelki dereniówki, która przyjemnie obciążała prawą kieszeń płaszcza.
Wokół słyszał okrzyki samozadowolenia i zajadłe targi. Oparł się o murek stojącej na środku placu fonta
Mock pogłaskał dereniówkę, przystanął koło śląskiej budy i z przyjemnością wsłuchiwał się w szelest polskiej mowy. Sophie potrafiła świetnie naśladować Polaków. Nie robiła tego jednak chętnie, twierdząc, że bolą ją usta od ciągłego napinania. Polak, nie zwracając uwagi na żonine łajania, oferował gęś kolejnej klientce. Ta kupiła po krótkim wahaniu i zażądała, by sprzedawca oporządził ptaka. Położył głowę ptaka na pieniek i spod powały zdjął wojskowy bagnet podoficerski z wygrawerowanym napisem „Zur Eri
„Z wojny francusko-pruskiej. Pewnie jego dziadka” – pomyślał Mock. Gęś traci bezce
Radca zapalił papierosa. Przystanął między straganami i nagle przestał słyszeć targowanie się i reklamowe slogany – toporne jak uderzenia cepem. Zamordowana dziewczyna, zaszlachtowana jak rzeźne zwierzę, była dla niego rzeczywiście bezimie
Zamordowanych prostytutek widział dotąd niezbyt wiele, lecz wszystkie one posiadały nazwiska, dzięki czemu mógł akta ich spraw stara
„Ta zamordowana dziewczyna była niegodna nawet znaleźć się w towarzystwie jej podobnych, nawet po śmierci wylądowała poza nawiasem swojej brudnej kasty, a to tylko z tego powodu, że nie zainteresowałem się, jak się nazywa – pomyślał Mock. – To tylko dlatego, że uganiam się za i
Mock poczuł w ustach gorzki smak wyrzutów sumienia i zawrócił. Nie poszedł na dworzec, skąd za pół godziny odjeżdżał pociąg do Berlina – pozwolił Rainerowi Knüferowi samemu szukać wiarołomnej Sophie w mieście Marleny Dietrich. Niedaleko straganu, gdzie w zimowym, ostrym słońcu migał bagnet sprzedawcy śląskich gęsi, wyrzucił do śmieci bilet na pociąg do miasta nad Szprewą, gdzie zamiast „g” wymawiają „j”, i pozostał w mieście nad Odrą, gdzie na „łóżko” mówią „Poocht”. Zawrócił w Messerstrasse, rzucił do połowy opróżnioną flaszkę dereniówki jakiemuś żebrakowi, który siedział pod kamienicą „Pod Trzema Różami”, i powlókł się w stronę Prezydium Policji – ponury i milczący radca kryminalny, który nade wszystko cenił porządek w aktach.
WROCŁAW, PONIEDZIAŁEK 9 GRUDNIA, GODZINA DZIESIĄTA RANO
W gabinecie Mühlhausa byli wszyscy policjanci z komisji zabójstw oprócz Smolorza. Grupę uzupełniali Reinert i Kleinfeld, detektywi do specjalnych poruczeń, podlegający bezpośrednio Mühlhausowi. Z filiżanek dymiły kawa i mleko. W ostrym słońcu kręciły się leniwie słupy tytoniowego dymu.
– Jakieś pomysły? – zapytał Mühlhaus.
Milczeli. W głowach im huczało od wywodów Mocka. Sposób, miejsce i czas. Tylko to jest ważne. Ofiara jest nieistotna, przypadkowa. Tak brzmiała teza Mocka, której nie akceptował nikt oprócz jej twórcy. Ten – zmęczony dwoma kwadransami nadaremnego przekonywania, myślami o Sophie, wspomnieniem krwawej rany bezimie
[15] Na pamiątkę mojej służby wojskowej.