Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 61 из 85

— Słucham? — odezwał się głośnik.

— Zniszcz urządzenia, które tutaj zainstalowałem. A potem wezwij roboty, żeby usunęły złom.

— Tak jest.

— Poczekaj… poczekaj.. — wyszeptała Diana. Wargi jej drżały, w oczach błyszczały łzy, dokonywała jednak heroicznych wysiłków, by się opanować i zebrać myśli. — Poczekaj… — powtórzyła z gorączkowym pośpiechem — przecież skoro potrafiłeś uzyskać ekspansywne pomnożenie czasu, to może w przyszłości uda ci się… uda ci się…

— W przyszłości! — przerwał jej Adam z zaciekłą pasją. — Mojego odkrycia dokonała sama natura już na początku świata, tworząc po prostu różnych ludzi! Pytałaś, czemu okłamałem Matyldę Layton. Powiedziałem, że z dwóch powodów. Pierwszy już znasz. Chcesz teraz zobaczyć człowieka, który skorzystał z dobrodziejstwa mojego wynalazku?! To chodź! — niespodziewanie chwycił ją za rękę i pociągnął w stronę owej zamkniętej niszy, która tak nieodparcie przyciągała jego spojrzenie w ciągu ostatnich trzydziestu minut. — No, chodź! — wykrzyknął!.

— Puść! To boli… — Diana na próżno próbowała stawiać opór. Spojrzała na męża i przestraszyła się. Zubrin sprawiał wrażenie obłąkanego.

— Nie bój się! — wołał, stale zaciskając palce, które więziły przegub jej dłoni. — Chciałaś zbadać ciało Laytona, kiedy automaty skończą swoją robotę! Więc je zbadasz! Przekonasz się, czemu mówiłem te bzdury o fantomatyce i robiłem wszystko, żeby Matylda nie poszła pożegnać swojego męża. Pamiętasz to wierszydło, które zaśpiewałem na przyjęciu jubileuszowym u Laytonów?! — mówił coraz szybciej, coraz wyższym, chrapliwym głosem. — W naszej pracowni, profesorze, Pierwszy skowronek kończy noc. Godzinę górskiej astronomii. Długą jak leśnej gwiazdy lot. Krótką jak jałowcowy płomień… — chodź, chodź, jeszcze parę kroków, a zobaczysz mój sukces w całym jego blasku!.. Błysk ciszy, czerni krzyk w pożodze, Archetyp czasu był i pękł. I wrócił w adamowym wzorze: Jutro spełnienie, wczoraj śmierć, Dzisiaj?… wybieraj, profesorze1… — wydyszał resztką tchu. Otworzył stalowe drzwi, wepchnął żonę do niewielkiego pomieszczenia, wszedł za nią i wtedy dopiero zaczerpnął ze świstem powietrza.

— Proszę, patrz! Patrz!

Błądzące w popłochu oczy kobiety zatrzymały się na plamie światła, padającego z pojedynczego reflektora.

— Co… co to jest?

— Nie wiesz?! No tak — jesteś przecież lekarzem, a nie archeologiem! — z czoła Zubrina spływały strużki potu. — No więc co, miałem jej to pokazać? — zaczął mówić nieco spokojniej. — On się naprawdę wyrwał z fałszywego świata, chociaż ten świat nie miał nic wspólnego z fantomatyką i wzywał Matyldę, wiedząc, że jest za późno… o kilka wieków! Czy miałem powiedzieć tej kobiecie, że jej mąż wszedł tutaj jako mężczyzna w pełni sił, a po dwudziestu sekundach… spójrz! Ta kupa pożółkłych kości, która po nim została, ma przeszło osiemset lat! Tak orzekł komputer. „Matyldo! Matyldo!” — kiedy on to zawołał?! Kiedy on to zawoła?!

Zbigniew Prostak

Boja

Roman Krab odczuwał już znużenie. W dole pod nim rozciągał się Pacyfik. Ciemnoniebieskie o stalowym odcieniu fale przewalały się niespokojnie. Nawet z tej wysokości widać było, że ocean jest wzburzony. Nie był to na szczęście sztorm. Raczej dalekie echo huraganu, któremu przed kilkoma godzinami zszedł z drogi. Wszystko zaczęło się właśnie od tego przeklętego huraganu. Miał spokojny lot. Prowadził go jak po sznurku. Maszyna spisywała się doskonale. O ściśle określonej godzinie odrzucił oba puste zbiorniki zapasowe i spokojnie położył się na kurs powrotny. Jeszcze niecałe dwie godziny lotu i będzie w Bazie. Miał umówione spotkanie z Martą.

Nareszcie po trzech miesiącach znajomości zgodziła się na wycieczkę samochodem we dwoje. Marzenia cokolwiek brutalnie przerwała mu Baza.

Na jego drodze szalał huragan, kazali mu go obejść łukiem od wschodu. Zaklął pod nosem, ale posłusznie zmienił kurs. Zły był jak diabli, a i zmęczenie zaczynało powoli dawać się we znaki. Ponad cztery godzimy za sterami tej piekielnie szybkiej maszyny to nie żarty. W słuchawkach narastały trzaski i szumy. Wtedy po raz pierwszy przerwał silnik. Króciutko, na ułamek sekundy, ale to wystarczyło, aby poczuł zimne krople potu na czole. Ponaddźwiękowa maszyna to nie turbośmigłowiec, szybować się nie da. O posadzeniu jej na falach też nie może być mowy. Pozostaje tylko katapultowanie się. Wsłuchiwał się w pracę silnika, napięty jak struna. Ale wszystko było w porządku. Odetchnął z ulgą i wtedy silnik zamilkł. Bez żadnego ostrzeżenia, bez przejściowych zakłóceń. Stanął i już. Zaczął szybko tracić wysokość. Ba… tracić wysokość? Tak się to tylko ładnie mówi. Po prostu leciał w dół jak kamień. Nie było na co czekać. Dźwignia naboi odrzucających owiewkę kabiny, ster od siebie, dźwignia katapulty i już był w powietrzu. Koziołkował w jakimś obłędnym młyńcu i dopiero potężne szarpnięcie przywróciło światu właściwe pozycje. Nad głową rozwinęła się olbrzymia czasza spadochronu. Był jeszcze wysoko i z tej wysokości nie rozróżniał fal. Widział, jak jego maszyna runęła w wodę i znikła w mgnieniu oka w olbrzymim gejzerze. Znosiło go na wschód. Ocean pod nim jak okiem sięgnąć — a z tej wysokości obejmował solidny obszar — był pusty. Ani lądu, ani żadnego statku. Ba, nawet śladu jakiegokolwiek dymu czy bieli żagla na horyzoncie. Nic, tylko setki mil wodnej pustyni i stykające się z wodą błękitne, pogodne niebo. Zresztą spodziewał się tego. Wiedział, że znajduje się z dala od uczęszczanych szlaków żeglownych, w akwenie omijanym nawet przez rybaków. Na pewno z Bazy, zaniepokojonej nagłym zerwaniem kontaktów z maszyną, wyruszono na poszukiwania. Powi