Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 44 из 85

Al zaczął się powoli zbierać. Odpoczywał chwilę na czworakach, z opuszczoną głową, głośno sapiąc. Burtowi nagle zrobiło się go żal.

— Poleź jeszcze chwilę. Ostatecznie nie pali się… — chciał coś jeszcze dodać, kiedy Al nieoczekiwanie uniósł twarz i spojrzał w jego stronę. Była wykrzywiona jakimś trudnym do opisania grymasem nienawiści i żalu.

— Zamknij się! — syknął. — Nie traktuj mnie jak nierozgarniętego gówniarza!

Burt obserwował w milczeniu, jak tamten naciągał na siebie strzępy skafandra. Pomyślał, że ten łachman, który teraz z takim pietyzmem wdziewa na siebie Al, był kiedyś paradnym uniformem Wojsk Ochrony Transplanetarnej. Zostały nawet strzępy lampasów na szwach zamków błyskawicznych przy łydkach.

Al uporał się wreszcie z łachmanem i zwrócił twarz w stronę Burta.

— Postaram się jak najszybciej… — bąknął.

— Okay, mnie to jeszcze bawi — mruknął Burt. Nie CZAS 2017–459 chciał, żeby to wypadło wymuszenie. „Kłamiesz, świnio, kłamiesz…” zakrzyczało w środku.

Al powoli zamknął za sobą drzwi.

Powieki znów zaczynały ciążyć. „Może robią się wreszcie ołowiane?” — pomyślał z przekąsem. Resztkami sił rozejrzał się po pomieszczeniu. Starał się odwlec tę chwilę — choć wiedział, że to była tylko kwestia minut. Dwa stołki. Kurek w ścianie. Obok wbudowana szafka. Wielkie pudło do niczego nieprzydatnej radiostacji. Cztery mdło świecące lampki. I dwie kabiny retrospektorów — jego i Ala. W tym zimnym betonowym schronie, pozbawionym wszystkiego prawie, co niezbędne do życia, te dwie życiodajne kabiny, połyskujące niklem i matowym światłem łuksorytu, wyglądały jak papugi w zardzewiałej klatce. Mimo to patrzył na nie z nieskrywaną — należną, zdawałoby się, tylko ludziom — nienawiścią.

Pamiętał, jak cztery lata temu wnosili je tu i instalowali technicy z Bazy Północ. Mieli CZAS 2017–460 w tym bunkrze pozostać z Alem przez rok — zgodnie więc z regulaminem przysługiwało im prawo zabrania własnych retrospektorów z kompletami kaset. Wprawdzie Graham nabijał się z nich wtedy, ale Burt miał go gdzieś. Ostatecznie nie byłaby to jego pierwsza służba w Strefie Zagrożenia i wiedział dobrze, jak cholernie się tu człowiekowi nudzi. Gdyby wtedy wiedział…

Czas nieubłaganie kapał. Zaczynały go opuszczać siły.

Podczołgał się do swojej kabiny i uważnie przyjrzał się metalowemu pojemnikowi z kasetami. Było ich siedem. Potem sięgnął drżącą, spoconą ręką po jedną z nich. Ręka zawisła nad kasetą — jakby wahając się jeszcze, odwlekając tę chwilę. Wreszcie palce zwarły się na przeźroczystym etui kasety. Na grzbiecie widniał odręczny napis: 16 czerwca 2314.

Oczy zaszły mu mgłą. Wpatrywał się w kasetę niewidzącymi oczyma. Koniuszki palców pobielały od silnego uścisku. Wreszcie — ostatkiem sił — wepchnął kasetę do podłużnego otworu w małym aparacie, stojącym na przystawce przy lewym oparciu fotela. Potem nastawił ruchomą wskazówkę zegara na czarny napis: FULL i z wysiłkiem wspiął się na CZAS 2017–461 siedzenie. Wsunął głowę do kopulastego hełmu i przycisnął mały guziczek po prawej stronie. Czuł, jak ręce i nogi obejmują znajome, obłe kleszcze. Wokół głowy zacisnął się ciepły metalowy krąg elektrod.

…Czas 1914–002 lekko biegnie A

5

CZAS 1914–002

6

CZAS 1914–002

7

CZAS 2017–461 obraz przed oczami przyjmował znajome zarysy. Widział już przed sobą bliską twarz Ala. Zamęt w głowie ustawał. „Jak długo jeszcze?… Boże, jak długo jeszcze?!” — kołatało gdzieś w podświadomości pytanie. Był już prawie pewien, że to ostatni raz. Że kiedy obejrzy to raz jeszcze, to oszaleje. Znał już na pamięć każde słowo, każdy obraz, drgnięcie liścia i świst wiatru w koronie drzewa.

— Nie chcę już! — zawył nagle. — Al! Skończmy z tym raz, to już nie ma sensu!

Krzyczał coś, kiedy Al ściągał go z fotela CZAS 2017–462 i układał na podłodze. Potem nagle w głowie zapanowała cisza. Ocknął się wreszcie i rozejrzał po pomieszczeniu zasnutymi przez łzy oczami. Potem uniósł się na łokciach i podsunął do ściany, by się o nią oprzeć.

— Al… — mruknął. Tamten stał odwrócony do niego tyłem, majstrując coś przy kombinezonie.

— Uhm…

— Wydzierałem się?

— Uhm… Trochę… Normalna rzecz. — Al nadal stał odwrócony. Burt podniósł oczy do góry. „Na kogo tamten liczy? Co go jeszcze powstrzymuje?… Człowiek musi na coś liczyć, kiedy żyje… Życie jest czekaniem na coś, co ma się zdarzyć…” Burt więc czekał — i musiał żyć? Ale Al? Na co mogła czekać stłamszona, półżywa mysz? Nagle przestraszył się własnych myśli. Nie miał prawa wątpić w pragnienie życia tamtego. Może i on…

— Al, myślisz, że A

Al odwrócił się. Twarz miał prawie zieloną. Popatrzył na Burta szklistym oczyma i powiedział cicho: