Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 35 из 85

— Pewno. Wszelako ten szczęściotron jest zupełnie, ale to zupełnie na nic, ponieważ sama myśl o tym, jakoby pyły mgławicowe, planety, księżyce, gwiazdy, pulsary i i

— A… to Klapaucjusz był tu… e… u Pana Profesora?! — uradował się i zarazem zdumiał niezmiernie Trurl.

— Owszem. Nie pisnął nawet słowa, co? Wdzięczność robocia! Był, był. A ty się z tego cieszysz, co? I powiedz, powiedz sam — ożywił się trup — ty, którego o radość przyprawia wieść o niepowodzeniu druha, chciałeś cały Kosmos uszczęśliwić?! Czy nie przyszło ci do zakutej głowy, że pierwej wypadało optymalizować własne etyczne parametry?!

— Panie i Mistrzu oraz Profesorze! — szybko rzekł Trurl, pragnąc odwrócić uwagę złośliwego starca od własnej osoby — czy problem uszczęśliwienia jest nierozwiązalny?

— Też coś, skąd, dlaczego?! Jest jedynie w takiej postaci fałszywie sformułowany. Czym jest bowiem szczęście? To proste jak drut. Szczęście jest to ugięcie, a więc ekstensor metaprzestrzeni, oddzielającej węzeł intencjonalnych kolineacyjnie odwzorowań od obiektu intencjonalnego, przy warunkach granicznych ustawionych omega — korelacją w alfa — wymiarowym, więc jasne, że niemetrycznym, kontinuum agregatów subsolowych, zwanych też supergrupami moimi, to jest Kerebrona. Oczywiście nie słyszałeś nawet o subsolowych agregatach, nad którymi pracowałem czterdzieści osiem lat, a które są pochodnymi funkcjonałów, zwanych też antynomiałami mojej Algebry Sprzeczności?!

Trurl milczał grobowo.

— Kiedy się przychodzi na egzamin — rzekł zmarły z niezwykłą, więc podejrzaną słodyczą — można ostatecznie być nie przygotowanym. Ale nie obrócić jednej kartki w podręczniku, kiedy się idzie na grób profesora — o, to już jest taka bezczelność — ryczał, aż coś się nadrywało, brzęcząc, w mikrofonie — że gdybym jeszcze żył, toby mnie pewno szlag na miejscu trafił! — Znów stał się łagodny znienacka. — A więc nic nie wiesz, jakbyś się wczoraj narodził. Dobrze, mój wierny mój udany uczniu, moja pociecho pozagrobowa! Nie słyszałeś o supergrupach, więc muszę ci to wyłożyć w sposób popularny, uproszczony, jakbym gadał do jakiej froterki lub i

— Jak to „w jednej osobie”? — nie zrozumiał Trurl.

— Głowę daję, że żadnego uniwersytetu ani jego wszystkich Trurlów z katedrami w komputerze nie było; gadałeś ze swoim cyfrowym odbiciem, które, obawiając się — jakże słusznie! — że kiedy wyjawi niemoc rozwiązania kwestii, wyłączysz je na wieki — okłamywało cię na potęgę…

— Nie może być! — zdumiał się Trurl.

— Może być. Jakiej to była pojemności maszyna?

— Ypsylon 1010.

— W takiej nie ma miejsca na rozmnożenie cyfrowców; dałeś się oszwabić, w czym zresztą nie widzę nic złego, bo czyn twój był cybernetycznie haniebny. Trurlu, czas upływa. Napełniłeś mój zewłok niesmakiem, od którego wybawić może jeno czarna siostra Morfeusza — śmierć, moja ostatnia kochanka. Wróciwszy do domu, wskrzesisz cybrata, wyznasz mu prawdę, to jest opowiesz o naszych pogaduszkach cmentarnych, a potem wyprowadzisz go z maszyny na światło dnia, materializując go sposobem, który znajdziesz w Rekreacjonistyce stosowanej mego wychowawcy, nieodżałowanej pamięci pracybernetyka Dulajhusa.

— A więc to jest możliwe?

— Tak. Oczywiście, świat, który będzie odtąd nosił aż dwóch Trurlów, znajdzie się w obliczu poważnego niebezpieczeństwa, lecz rzeczą nie mniej fatalną byłoby dopuścić do przyschnięcia twej zbrodni.

— Ale… wybacz, Panie i Mistrzu… przecież jego już nie ma… on nie istnieje od chwili, kiedym go wyłączył, więc właściwie teraz już nie trzeba może robić tego, co mi zalecasz…

Po tych słowach rozległ się drżący najwyższym oburzeniem krzyk:

— A do ciężkich jąder atomowych! I ja dałem temu potworowi dyplom z wyróżnieniem!! O! Ciężko zostałem pokarany za zwlekanie z pójściem na wieczny odpoczynek! Widać już przy twych egzaminach umysł zesłabł mi znacznie! Jak to? Więc ty uważasz, że skoro w tej chwili twego sobowtóra nie ma pośród żywych, to tym samym nie istnieje też problem jego wskrzeszenia? Poplątałeś fizykę z etyką, że tylko za drąg chwytać! Z punktu widzenia fizyki jest wszystko jedno, czy żyjesz ty, czy tamten Trurl, czy obaj, czy żaden, czy ja skaczę, czy w grobie leżę, bo w fizyce nie ma stanów podłych ani zacnych, dobrych ani złych, a tylko to, co jest, istnieje, i na tym kropka. Lecz, o najgłupszy z moich uczniów, z punktu widzenia wartości niematerialnych, to jest etyki, rzeczy wyglądają inaczej! Gdybyś bowiem wyłączył był maszynę, mając na oku to jeno, by twój cyfrowy brat przespał się snem jak śmierć krzepkim, gdybyś tedy żywił, wyjmując ze ściany wtyczkę, zamiary wetknięcia jej w kontakt o świcie, problem bratobójstwa, jako popełnionej przez ciebie zbrodni, zgoła by nie istniał, a ja nie musiałbym sobie strzępić na jego temat gardła o północy, zrywany niegrzecznie ze śmiertelnej pościeli! Lecz ruszywszy mózgiem, zważ, czym się różnią pod względem fizykalnym te dwie sytuacje — ta, w której wyłączasz maszynę na jedną noc, z umysłem niewi