Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 84 из 110

— Witam pana w imieniu prezydenta — powiedział tonem nieco uniżonym i zbliżywszy się do noszy uścisnął z szacunkiem dłoń Horsedealera.

John Mallet odłożył cygaro.

— Mogę się zgodzić na kandydaturę Daltona pod warunkiem, że jego zastępcą będzie Lett Cornick — powiedział głosem spokojnym, lecz zdecydowanym.

— A któż to taki ten Cornick? — zapytał Mellon. — Ja go nie znam.

— Ani ja — dorzucił David.

— Cornick odegrał poważną rolę w obaleniu Summersona — wyjaśnił Green. — To bliski współpracownik ministra Malleta. Nie bez znaczenia jest tu również fakt, że on to właśnie uwolnił obecnego prezydenta, gdy był uwięziony i skazany na śmierć…

— Zdaje się, że uwolnił i ciebie? — wtrącił David.

— Tak. A ściślej — jego ludzie. Sądzę, że Cornick w pełni zasługuje na zaufanie rządu. Chociaż nie ma przygotowania do trudnej funkcji wicedyrektora policji, uważam jego kandydaturę za godną poważnego rozważenia. Co sądzisz o tym, Bernardzie? — zwrócił się do Kruka, z którym w ciągu ostatniej nocy zdążył już przejść na „ty”.

— Sądzę, że… również Dalton nigdy nie był dyrektorem policji.

Zapanowała na chwilę cisza, jak gdyby w oczekiwaniu dalszych słów nowego prezydenta, którą przerwała dopiero uwaga Davida:

— Na stanowiskach kierowniczych fachowość nie jest najważniejsza. Jednak uważam za niezbędne obsadzenie średnich i niższych stanowisk ludźmi wykwalifikowanymi.

— I ja tak sądzę — kiwnął głową z aprobatą Mellon.

— Czyli proponują panowie przejęcie całego aparatu policyjnego w spadku po Godstonie? — sprecyzował Kruk.

— Powiedzmy, nie całego — zastrzegł się pośpiesznie David.

— Elementy zdemoralizowane przez Summersona, szczególnie znienawidzeni szpicle, brutale, łowcy łapówek, zausznicy Godstona i agenci — nadzorcy w zakładach — nie powi

— Póki nie zjawi się i

— Dlatego trzeba, oprócz funkcjonariuszy starej policji, powołać również nowych ludzi — odparł natychmiast Green. — Byliby to ludzie moi i Mellona, jak również pańscy ludzie, panie Mallet. Sądzę, że zaraz potem można powołać czarną policję.

— Co ty pleciesz? — ofuknął go Mellon.

— Stworzenie policji murzyńskiej zostało już zatwierdzone przez prezydenta Kruka — powiedział spokojnie John, z satysfakcją obserwując piorunujące wrażenie, jakie wywierają jego słowa na Mellonie i Davidzie.

— Kiedy?

— Trzy dni temu. W czasie pierwszych starć, na godzinę przed wyłączeniem centralnego reaktora — wyjaśnił Roche.

— Ależ wówczas jeszcze Summerson był u władzy!

— To nie zmienia sytuacji — rzekł Bernard oschle. — Przyrzekłem czarnym wolność. Między i

Mellon zgasił gwałtownie papierosa i wstał z fotela. Twarz mu spąsowiała.

— Wobec tego nie mamy co tu dyskutować — wyrzucił z siebie ochryple. — Nie po to obalaliśmy Summersona, aby…

Ale Green nie pozwolił mu dokończyć.

— Uspokój się! Jeśli będziemy się obrażać wzajemnie na siebie — do niczego nie dojdziemy. Morgan tylko czeka, abyśmy zaczęli się kłócić. W warunkach wyjątkowych przyszły prezydent miał prawo dawać przyrzeczenia. I powinien je dotrzymać, choćby to chodziło o Murzynów. Przejdźmy lepiej do konkretów. Nie sądzę, aby prezydent miał zamiar powoływać policję murzyńską jako zupełnie oddzielny aparat. Raczej chyba będzie ona podlegać wybieranemu właśnie teraz dyrektorowi całej policji. Czy tak? — zwrócił się do Kruka.

Bernard skinął głową.

— No, na to w ostateczności można się zgodzić — rzekł Mellon siadając znów w fotelu. — W żadnym jednak przypadku nie można dawać czarnym broni do ręki.

— Niech i tak będzie — rzekł pojednawczo Kruk, unikając gniewnego spojrzenia Malleta. -Zresztą wszystkie szczegóły omówimy i ustalimy z Daltonem i Cornickiem, których kandydatury uważam za przyjęte.

Nie było sprzeciwu.

— Do organizowania policji trzeba przystąpić jeszcze dziś — ciągnął Bernard. — Musimy się śpieszyć, gdyż Morgan kategorycznie odmawia rozwiązania swych bojówek, dopóki i

— A jeśli odmówi? — zapytał David.

— Nie widzę powodów. Wykazujemy maksimum dobrej woli.

— Sądzę, że dobrze będzie dać mu do zrozumienia, że jeśli nie rozwiąże bojówek, będziemy zmuszeni wydać z powrotem broń grupom Agro i Nieugiętych — zaproponował Dean. — A może nawet Murzynom…

— Murzynom? Wykluczone! — zaprotestował ostro Mellon. Dzwonek telefonu przerwał rozmowę. Kruk podniósł słuchawkę.

— Horsedealer? Prosić!… Oczywiście!…

Po chwili w rozsuniętych drzwiach ukazała się pochylona postać filozofa. Prowadził go pod ramię Williams.

Poprzedniego dnia, gdy przywieziono Horsedealera do siedziby rządu, Kruk widział się z nim tylko przez krótką chwilę. Doktor Bradley po zbadaniu filozofa natychmiast zabrał go do kliniki.

Horsedealer jednak, nie mogąc znieść bezczy

Drugiego dnia odwiedził go w szpitalu Williams. Kruk przeprosił filozofa, że sam nie może przybyć, gdyż trwa właśnie niezmiernie ważna narada. Williams wyjaśnił, że mają być rozstrzygnięte sprawy zaproszenia Morgana do udziału w rządzie, organizacji policji i rozwiązania grup powstańczych oraz ostatecznie ustalony termin i skład delegacji, która ma odwiedzić tajemniczy statek międzygwiezdny przybyły z Ziemi.

Te wiadomości postawiły Horsedealera dosłownie na nogi. Nie zważając na protesty Bradleya i Williamsa postanowił natychmiast udać się do siedziby prezydenta.

Teraz, gdy stanął w progu gabinetu prezydenta Celestii i ujrzał wpatrzonych w siebie sześć par oczu, ogarnęło go uczucie niepokoju i zmieszania. Ale trwało to tylko krótką chwilę.

Bernard Kruk podszedł do Horsedealera z szeroko rozwartymi ramionami, objął go i ucałował serdecznie.

— Jakże się cieszę! — zawołał Green szczerze, ściskając dłonie filozofa.

Również David i Mellon przywitali się z Horsedealerem, jednak bardzo powściągliwie i zimno. Horsedealer nie mógł oprzeć się wrażeniu, iż raczej krytycznie lustrują niezbyt dobrze dopasowane nowe ubranie filozofa, niż patrzą na niego.

Roche i Mallet przywitali^ się z Horsedealerem na końcu. John tylko położył mu dłoń na ramieniu i rzucił półgłosem krótkie, ale wymowne zdanie:

— Dobrze, że już jesteś…

Zasiedli w fotelach. Bernard pokrótce poinformował Horsedealera o dotychczasowych wynikach narady. Filozof słuchał w skupieniu, kiwając głową. Z wyrazu jego twarzy nie można było wyczytać, co myśli o postanowieniach rządu.

Gdy Kruk skończył, Horsedealer poprosił o głos.

— Przepraszam, że zamiast mówić o tym, co usłyszałem przed chwilą, odbiegnę nieco od tematu. Trudno zabierać głos w sprawach zasadniczych, nie znając wszystkich elementów, z których składa się nasza obecna sytuacja. Łatwo pomylić się w ocenie tej czy i