Страница 63 из 110
Na szczęście prezydent wrócił do biurka i wyciągnął grubą księgę. Przez chwilę zastanawiał się nad czymś, wreszcie wyjął pióro. Drganie ręki wskazywało, że coś zapisuje. Znów się zamyślił.
Gorąco w windzie stawało się nie do zniesienia. Wyczerpana upływem krwi i głodem Daisy poczęła słabnąć.
— Jeszcze trochę… Jeszcze trochę… — szeptał Bernard podtrzymując słaniającą się dziewczynę. — Chyba zaraz skończy.
— Już nie mogę! Nie wytrzymam! — oddychała ciężko dziewczyna. Wodziła błędnym wzrokiem po ścianach windy, jakby szukając tam ratunku.
— Cóż robić? Daisy! — W oczach Deana pojawiła się desperacja. — A może jednak pojechać na górę?
— A tam czeka policja — syknął Bernard siląc się na spokój.
— A więc co robić? Przecież ona nam tu umrze!
— Poczekamy jeszcze parę minut. Jeśli Summerson się nie wyniesie, to wyjdziemy z windy i…
— Już wstał!
W Daisy wstąpiły nowe siły.
— Wstał? — zapytała wpijając palce w ramię Bernarda.
— Tak. Już wychodzi — relacjonował Dean w podnieceniu. — Zamknął drzwi.
— Otwórz na chwilę windę i zamknij — rozkazał Kruk. — Można wpuścić trochę powietrza, ale z wyjściem musimy jeszcze chwilę poczekać.
Minęło jednak pięć minut, a prezydent nie wracał do archiwum. Zachowując jak największą ostrożność Dean podszedł do drzwi prowadzących do centrali i odsunął je. Tam również prezydenta nie było. Astronom przeszedł szybko przez salkę i zajrzał do przedsionka. Byli sami. W gabinecie też nie było Summersona.
— Widocznie poszedł spać — stwierdził z ulgą.
Wygląd Daisy przeraził go. Dziewczyna siedziała na progu windy z zamkniętymi oczyma, opierając głowę o zimną powierzchnię metalowych drzwi. Na twarz jej wystąpiły wypieki. Oddychała ciężko.
— Niedobrze — zwrócił się do przybyłego Kruk. — Zaczyna gorączkować. Rana i porażenie robią swoje.
— Co ci jest, Daisy? — Roche nachylił się i ująwszy gorącą rękę dziewczyny głaskał ją delikatnie.
Uśmiechnęła się do niego nie otwierając oczu.
— Nic. Nic mi nie jest. To przejdzie. Tylko ta rana boli.
— Może przewinąć bandaż?
— Nie. Nie trzeba. Tak mi się chce pić! — westchnęła.
— Ciężka sprawa — mruknął ponuro konstruktor.
— Wiem… — skinęła z rezygnacją głową.
— Skąd tu wziąć wody?
— A jakby — wtrącił Tom nieśmiało — zrobić wyprawę do Summersona? Oczy Roche'a zabłysły.
— Tak! Ale w jaki sposób?
— Trzeba jeszcze odczekać z godzinę, aż dobrze zaśnie — rzekł Bernard. — Znam mniej więcej rozkład mieszkania, więc może uda nam się zdobyć coś do picia i jedzenia, a może nawet jakieś lekarstwo dla Daisy. Byle tylko nie natknąć się na psa, bo to byłaby katastrofa.
— A ta twoja Stella? — rzucił pytanie Dean. — Mogłaby nam pomóc.
— Stella?
Bernard zamyślił się.
— No co? Przecież pomogła nas odbić ze szpitala Bradleya, więc chyba i teraz nas nie zdradzi.
— Stella… — powtórzył Kruk. Jeszcze dwadzieścia cztery godziny temu przekreślił grubą linią wszystkie nadzieje, przyrzekł sobie, że więcej nie spotka się z córką prezydenta, okłamywał siebie, że zapomni o niej tak, jak nakazywał mu rozsądek.
A teraz ma ją znów zobaczyć, ma usłyszeć jej głos, w jakże jednak zmienionych warunkach!
Był pewien jej miłości nie tylko dlatego, że świadczyły o niej ostatnie wydarzenia… Czyż więc nie ma prawa prosić ją o pomoc?
„Ani ja dla Stelli, ani ona dla mnie” — powtórzył słowa, które przed dwudziestu godzinami przecięły jego decydującą rozgrywkę z Summersonem. — Tak. Lepiej nie widzieć Stelli.
Otrząsnął się z zamyślenia.
Nie. To nie jest już tylko jego sprawa. Tu chodzi o życie Daisy.
— A więc — zwrócił się do towarzyszy — na wyznaczone miejsca! Ja zabieram się do badania centrali. Tom niech pilnuje wejścia do gabinetu. Dean zajmie się archiwum, no i niech dalej opiekuje się Daisy. Za godzinę, jeśli się nic nie zmieni, zrobimy wyprawę w głąb mieszkania.
Postąpił parę kroków i zatrzymał się.
— Aha, jeszcze jedno. Trzeba zobaczyć, co on. tam napisał. To może być bardzo ważne. Wyjął księgę z biurka i otworzył w założonym miejscu
12.02.2406
Zaszły nieprzewidziane okoliczności, lecz sytuacja jest opanowana. Green i Mellon usiłowali bruździć. Wydawało im się, że wykorzystają niepokoje dla siebie. Rozpoczęli wyraźnie przygotowania do akcji przeciw rządowi. Ale przeliczyli się. Musiałem, niestety, użyć siły w stosunku do Greena. Choć on mądrzejszy od swego pradziadka, lecz zbyt szybko odsłonił karty.
Drugą, znacznie ważniejszą przeszkodą w realizacji moich planów było to, iż konstruktor rządowy Bernard Kruk próbował uniemożliwić przebudowe miotacza. Jeszcze raz potwierdza się teza, że nie należy wyznaczać na odpowiedzialne stanowiska ludzi pochodzących z wrogiego środowiska. Początkowo myślałem, że Kruk inspirowany jest przez Agro, ale wszelkie dane wskazują, że zdołał on nawiązać kontakt z Czerwonymi i działał na ich polecenie. Akcja ma charakter zorganizowany, przy czym znalazła oparcie wśród najbardziej buntowniczych elementów białego i czarnego motłochu. Śledztwo wykazało, że działające grupy nawiązały do terrorystyczno-wywrotowego Stowarzyszenia Nieugiętych, co może być szczególnie niebezpieczne wobec poważnych oznak wrzenia. Dzięki sprawnej akcji policji spisek został zlikwidowany i prawdopodobnie wszyscy ważniejsi przywódcy są pod kluczem. Próba zamachu na nowo mianowanego konstruktora rządowego udaremniona. Kruk i jego bezpośredni wspólnicy zostali odbici przez bandę, lecz policji udało się szybko ich osaczyć w centralnych pomieszczeniach. Wobec zastosowania gazów wyszli oni w skafandrach na zewnątrz. Los ich jest przypieczętowany, gdyż nie mają i
Przebudowa miotacza została dokonana. Czerwoni używają iście diabelskich sztuczek, lecz nie unikną swego losu.
— Co to ma znaczyć? — zdziwił się Roche. — Przecież on to pisał przed chwilą?
— No właśnie. Dlaczego nie wspomina nic o zniszczeniu rakiety?
— Może jeszcze nie zostało to stwierdzone?
— Eeee… Od tego ma Lunowa.
— Mówi, że robią diabelskie sztuczki… — podsunął Tom.
— A jakby tak przyjąć, że jest więcej rakiet? — rzucił Dean.
— To też nic nie wyjaśnia.
— A może to jednak diabły? — ponowił uwagę chłopiec, lecz zajęci swymi myślami Kruk i Roche nic nie odrzekli.
— Tak — powiedział kategorycznym tonem Bernard. — Jedynym wyjaśnieniem może być to… — zawahał się —…że oni jeszcze nie zostali zniszczeni.
— Nie zostali zniszczeni? — słaby okrzyk dziewczyny zmusił ich do odwrócenia głów. Daisy uniosła się z trudem z ziemi i podeszła chwiejąc się do biurka.
— Dean! Ber! Tam jest radio — mówiła, łapiąc z wysiłkiem powietrze. — Może oni żyją! Może uda ci się… — urwała i przybladła. Nagle jęknęła i zatoczyła się usiłując wesprzeć zdrową rękę o krawędź blatu.
Dean pochwycił ją w ramiona. Osunęła mu się na ręce. — Ona tu umrze… — podniósł wzrok na Kruka. — Daj pistolet! Idę! — powiedział Bernard.
Głuche, gardłowe ujadanie poderwało Stellę z posłania. Przecierając zaspane powieki usiłowała uświadomić sobie, co się z nią dzieje. Gwałtownie przerwany sen mieszał się w chaotyczną gmatwaninę z rzeczywistością.
Co się właściwie stało? Jeszcze przed chwilą widziała w marzeniu se
Stella czuła, jak ogarnia ją gniew. Rzuciła się naprzód chcąc zetrzeć w proch staruchę. Lecz oto zamiast pomarszczonej twarzy ujrzała przed sobą gniewne oblicze ojca.
„Chodź ze mną! — zagrzmiał jego głos. — Los Kruka jest przesądzony”.
Cofnęła się z przestrachem kryjąc twarz w ramionach Bernarda.