Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 6 из 167

— Patrz — zawołał do Tutmozisa — tam ma być moja ziemia, a tu moje wojsko… I otóż tam — najwyższymi budowlami są pałace kapłanów, a tu najwyższym dowódcą wojsk jest kapłan!..

Czy można cierpieć coś podobnego?…

— Tak zawsze było — odparł Tutmozis, lękliwie oglądając się dokoła.

— To fałsz! Znam przecież dzieje tego kraju zasłonięte przed wami. Dowódcami wojsk i panami urzędników byli tylko faraonowie, a przynajmniej energiczniejsi spośród nich. Tym władcom nie schodziły dnie na ofiarach i modlitwach, lecz na rządzeniu państwem…

— Jeżeli jest taka wola jego świątobliwości… — wtrącił Tutmozis.

— Nie jest wolą mojego ojca, ażeby nomarchowie rządzili samowolnie w swoich stolicach, a etiopski namiestnik prawie uważał się za równego królowi królów. I nie może być wolą mego ojca, ażeby jego armia obchodziła dwa złote żuki, dlatego że ministrem wojny jest kapłan.

— Wielki to wojownik!.. — szepnął coraz bardziej wylękniony Tutmozis.

— Jaki on tam wojownik!.. Że pobił garstkę zbójców libijskich, którzy powi

I jakiż jest ostateczny skutek rządów kapłańskich? Ten, że kiedy jeszcze mój pradziad miał sto tysięcy talentów rocznego dochodu i sto sześćdziesiąt tysięcy wojska, mój ojciec ma ledwie pięćdziesiąt tysięcy talentów i sto dwadzieścia tysięcy wojska.

A co to za wojsko!.. Gdyby nie korpus grecki, który trzyma ich w porządku jak brytan owce, już dziś egipscy żołnierze słuchaliby tylko kapłanów, a faraon spadłby do poziomu nędznego nomarchy.

— Skąd ty to wiesz?… Skąd takie myśli? — dziwił się Tutmozis.

— Alboż nie pochodzę z rodu kapłanów! Przecież uczyli mnie, gdym jeszcze nie był następcą tronu. O, gdy zostanę faraonem po moim ojcu, który oby żył wiecznie, położę im na karkach nogę obutą w spiżowy sandał… A najpierwej sięgnę do ich skarbnic, które zawsze były przesycone, ale od czasów Ramzesa Wielkiego zaczęły puchnąć i dzisiaj są tak wydęte złotem, że spoza nich nie widać skarbu faraona.

— Biada mnie i tobie! — westchnął Tutmozis. — Masz zamysły, pod którymi ugiąłby się ten pagórek, gdyby słyszał i rozumiał. A gdzie twoje siły… pomocnicy… żołnierze?… Przeciw tobie stanie cały naród, prowadzony przez potężną klasę… A kto za tobą?

Książę słuchał i zamyślił się. Wreszcie odparł:

— Wojsko…

— Znaczna część jego pójdzie za kapłanami.

— Korpus grecki…

— Beczka wody w Nilu.

— Urzędnicy…

— W połowie należą do nich.

Ramzes smutnie potrząsnął głową i umilkł.

Ze szczytu nagim i kamienistym spadkiem zeszli na drugą stronę wzgórza. Wtem Tutmozis, który wysunął się trochę naprzód, zawołał:

— Czy urok padł na moje oczy?… Spojrzyj, Ramzesie!.. Ależ między tymi skałami kryje się drugi Egipt…

— Musi to być jakiś folwark kapłański, który nie opłaca podatków — z goryczą odpowiedział książę.

U ich stóp, w głębi leżała żyzna dolina mająca formę wideł, których rogi kryły się między skałami. W jednym rogu widać było kilka chat dla służby i ładny domek właściciela czy rządcy. Rosły tu palmy, wino, oliwki, drzewa figowe z powietrznymi korzeniami, cyprysy, nawet młode baobaby. Środkiem płynęła struga wody, zaś na stokach wzgórz co kilkaset kroków widać było nieduże sadzawki.

Zeszedłszy między wi

— Gdzie jesteś, kureczko moja, odezwij się, gdzie jesteś, ulubiona?… Uciekłaś ode mnie, choć sama poję cię i karmię czystym ziarnem, aż wzdychają niewolnicy… Gdzież jesteś, odezwij się!.. Pamiętaj, że cię noc zaskoczy i nie trafisz do domu, w którym wszyscy ci usługują; albo przyleci z pustyni rudy jastrząb i poszarpie ci serce. Wtedy na próżno będziesz wołała twojej pani, jak teraz ja ciebie… Odezwijże się, bo rozgniewam się i odejdę, a ty będziesz musiała wracać za mną piechotą…

Śpiew zbliżał się w stronę podróżnych. Już śpiewaczka była od nich o kilka kroków, gdy Tutmozis wsunąwszy głowę między krzaki zawołał:

— Spojrzyj no, Ramzesie, ależ to prześliczna dziewczyna!..

Książę, zamiast patrzeć, wpadł na ścieżkę i zabiegł drogę śpiewającej. Było to istotnie piękne dziewczę z greckimi rysami twarzy i cerą słoniowej kości. Spod welonu na głowie wyglądały ogromne czarne włosy, skręcone w węzeł. Miała na sobie białą szatę powłóczystą, którą z jednej strony unosiła ręką; pod przejrzystą zasłoną widać było dziewicze piersi z kształtu podobne do jabłek.

— Kto ty jesteś, dziewczyno? — zawołał Ramzes. Z czoła zniknęły mu groźne bruzdy, oczy zaiskrzyły się…

— O Jehowo!.. ojcze!.. — krzyknęła przerażona, bez ruchu zatrzymując się na ścieżce. Powoli jednak uspokoiła się, a jej aksamitne oczy przybrały zwykły wyraz łagodnego smutku.

— Skądeś się tu wziął?… — zapytała Ramzesa trochę drżącym głosem. — Widzę, że jesteś żołnierz, a tu żołnierzom wchodzić nie wolno.

— Dlaczego nie wolno?

— Bo to jest ziemia wielkiego pana, Sezofrisa…

— Ho! ho!.. — uśmiechnął się Ramzes.

— Nie śmiej się, bo wnet zbledniesz. Pan Sezofris jest pisarzem pana Chairesa, który nosi wachlarz nad najdostojniejszym nomarchą Memfisu… A mój ojciec widział go i padał przed nim na twarz.

— Ho! ho! ho!.. — powtarzał, wciąż śmiejąc się, Ramzes.

— Słowa twoje są bardzo zuchwałe — rzekła marszcząc się dziewczyna. — Gdyby z twarzy nie patrzyła ci dobroć, myślałabym, że jesteś greckim najemnikiem albo bandytą.

— Jeszcze nim nie jest, ale kiedyś może zostać największym bandytą, jakiego ta ziemia nosiła — wtrącił elegancki Tutmozis poprawiając swoją perukę.

— A ty musisz być tancerzem — odparła już ośmielona dziewczyna. — O!.. jestem nawet pewna, że widziałam cię na jarmarku w Pi-Bailos, jak zaklinałeś węże…

Obaj młodzi ludzie wpadli w doskonały humor.

— A któż ty jesteś? — zapytał dziewczyny Ramzes biorąc ją za rękę, którą cofnęła.

— Nie bądź taki śmiały. Jestem Sara, córka Gedeona, rządcy tego folwarku.

— Żydówka?… — rzekł Ramzes i cień przesunął mu się po twarzy.

— Cóż to szkodzi… co to szkodzi!.. — zawołał Tutmozis. — Czy myślisz, że Żydówki są mniej słodkie od Egipcjanek?… Są tylko skromniejsze i trudniejsze, co ich miłości nadaje wdzięk nadzwyczajny.

— Więc jesteście poganami — rzekła Sara z godnością. — Odpocznijcie, jeżeliście zmęczeni, narwijcie sobie winogron i odejdźcie z Bogiem. Nasza służba nierada takim gościom.

Chciała odejść, lecz Ramzes ją zatrzymał.

— Stój… Podobałaś mi się i nie możesz tak nas opuszczać.

— Zły duch cię opętał. Nikt w tej dolinie nie śmiałby przemawiać w taki sposób do mnie… — oburzyła się Sara.

— Bo widzisz — wtrącił Tutmozis — ten młodzik jest oficerem kapłańskiego pułku Ptah i pisarzem u pisarza takiego pana, który nosi wachlarz nad noszącym wachlarz za nomarchą Habu.

— Pewnie, że musi być oficerem — odparła Sara w zamyśleniu patrząc na Ramzesa. — Może nawet sam jest wielkim panem?… — dodała kładąc palec na ustach.

— Czymkolwiek jestem, twoja piękność przewyższa moje dostojeństwo — odparł Ramzes namiętnie. — Powiedz — rzekł nagle — czy prawda, że wy… jadacie wieprzowinę?…

Sara spojrzała na niego obrażona, a Tutmozis wtrącił:

— Jak to widać, że nie znasz Żydówek!..Dowiedz się zatem, że Żyd wolałby umrzeć aniżeli jeść świńskie mięso którego ja wreszcie nie uważam za najgorsze…

— Ale koty zabijacie? — nalegał Ramzes ściskając ręce Sarze i patrząc jej w oczy.

— I to bajka… podła bajka!.. — zawołał Tutmozis. — Mogłeś mnie zapytać o te rzeczy zamiast gadać brednie.

Miałem przecie trzy Żydówki kochankami…

— Dotychczas mówiłeś prawdę, ale teraz kłamiesz — odezwała się Sara. — Żydówka nie będzie niczyją kochanką! — dodała dumnie.