Страница 48 из 167
— Nic o tym nie wiem — wtrącił książę.
— O, ty gołąbku!.. Więc zapewne nie wiesz i o trzeciej w Anu…
— Czy i ona należy do mego domu?…
— Niewdzięczniku!.. — zawołała uderzając go kwiatem lotosu. — Gotów jesteś za miesiąc o mnie powiedzieć to samo… Ale ja nie dam zrobić sobie krzywdy…
— Jak i twój ojciec.
— Jeszcześ mu nie zapomniał?… Pamiętaj, że odejdę…
— Zostań już… zostań!..
Na drugi dzień namiestnik raczył przyjąć hołdy i ucztę od nomarchy Sofra. Publicznie pochwalił jego zarząd prowincją i aby wynagrodzić szkody wyrządzone przez pijanego robotnika, darował mu połowę naczyń i sprzętów, które otrzymał w mieście Anu.
Drugą połowę tych darów zabrała córka nomarchy, piękna Abeb, jako dama dworu księcia.
Nadto kazała sobie wypłacić z kasy Ramzesa pięć talentów na stroje, konie i niewolnice.
Wieczorem książę ziewając rzekł do Tutmozisa:
— Jego świątobliwość, ojciec mój, powiedział mi wielką naukę, że — kobiety dużo kosztują!
— Gorzej, gdy ich nie ma — odparł elegant.
— Aleja mam ich cztery i nawet dobrze nie wiem, jakim sposobem. Mógłbym ze dwie odstąpić wam.
— Czy i Sarę?
— Tej nie, szczególnie, jeżeli będzie miała syna.
— Jeżeli wasza dostojność przeznaczysz tym synogarlicom ładny posag, znajdą się dla nich mężowie.
Książę znowu ziewnął.
— Nie lubię słuchać o posagach — rzekł. — Aaa!.. jakie to szczęście, że już wyrwę się od was i osiądę między kapłanami…
— Naprawdę uczynisz tak?…
— Muszę. Nareszcie może dowiem się od nich, dlaczego faraoni biednieją… Aaa!.. no — i odpocznę.
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY
Tego samego dnia w Memfisie Fenicjanin Dagon, dostojny bankier następcy tronu, leżał na kanapie pod werendą swego pałacu. Otaczały go wo
W tej chwili niewolnik, uzbrojony w miecz, hełm, włócznię i tarczę (bankier lubił wojskowe ubiory), zameldował dostojnego Rabsuna, który był kupcem fenickim osiadłym w Memfis.
Gość wszedł, nisko kłaniając się, i w ten sposób opuścił powieki, że dostojny Dagon rozkazał pisarzowi i niewolnikom, ażeby wynieśli się spod werendy. Następnie, jako człowiek przezorny, obejrzał wszystkie kąty i rzekł do gościa:
— Możemy gadać.
Rabsun zaczął bez wstępu:
— Czy dostojność wasza wie, że przyjechał z Tyru książę Hiram?…
Dagon podskoczył na kanapie.
— Niech na niego i jego księstwo trąd padnie!… — wrzasnął.
— On mi właśnie wspomniał — ciągnął spokojnie gość — że między wami jest nieporozumienie…
— Co to jest nieporozumienie? — krzyczał Dagon. — Ten rozbójnik okradł mnie, zniszczył, zrujnował… Kiedy ja posłałem moje statki, za i
— A jeżeli Hiram ma dla waszej dostojności dobry interes? — spytał gość flegmatycznie.
Burza szalejąca w piersiach Dagona od razu ucichła.
— Jaki on może mieć dla mnie interes? — rzekł zupełnie spokojnym głosem.
— On to sam powie waszej dostojności, ale przecież pierwej musi zobaczyć się z wami.
— No, to niech on tu przyjdzie.
— On myśli, że wasza dostojność powi
— Żeby on tak zdechł, jak ja do niego pójdę!.. — krzyknął znowu rozgniewany bankier.
Gość przysunął krzesło do kanapy i poklepał bogacza w udo.
— Dagonie — rzekł — miej ty rozum.
— Dlaczego ja nie mam rozumu i dlaczego ty, Rabsun, nie mówisz do mnie — dostojność?…
— Dagon, nie bądź ty głupi… — reflektował gość. — Jeżeli ty nie pójdziesz do niego ani on do ciebie, to jakże wy zrobicie interes?
— Ty jesteś głupi, Rabsun! — znowu wybuchnął bankier. — Bo gdybym ja poszedł do Hirama, to niech mi ręka uschnie, że straciłbym na tej grzeczności połowę zarobku.
Gość pomyślał i odparł:
— Teraz rzekłeś mądre słowo. Więc ja tobie coś powiem. Przyjdź do mnie i Hiram przyjdzie do mnie, i wy obaj u mnie obgadacie ten interes.
Dagon przechylił głowę i przymrużywszy oko filuternie zapytał:
— Ej, Rabsun!.. Powiedz od razu: ile on tobie dał?
— Za co?…
— Za to, ja przyjdę do ciebie i z tym parchem będę robił interes…
— To jest interes dla całej Fenicji, więc ja na nim zarobku nie potrzebuję — odparł oburzony Rabsun.
— Żeby się tobie tak dłużnicy wypłacali, jak to prawda!
— Żeby mi się nie wypłacili, jeżeli ja co na tym zarobię! Niech tylko Fenicja nie straci! — zakrzyczał z gniewem Rabsun.
Pożegnali się.
Nad wieczorem dostojny Dagon wsiadł w lektykę niesioną przez sześciu niewolników. Poprzedzali go dwaj laufrowie z kijami i dwaj z pochodniami, zaś za lektyką szło czterech służących uzbrojonych od stóp do głów. Nie dla bezpieczeństwa, lecz że Dagon od pewnego czasu lubił otaczać się zbrojnymi jak rycerz.
Wysiadł z lektyki z wielką powagą i podtrzymywany przez dwu ludzi (trzeci niósł nad nim parasol) wszedł do domu Rabsuna.
— Gdzież jest ten… Hiram? — zapytał dumnie gospodarza.
— Nie ma go.
— Jak to?… Więc ja będę czekał na niego?
— Nie ma go w tym pokoju, ale jest w trzecim, u mojej żony — odparł gospodarz. — On teraz składa wizytę mojej żonie.
— Ja tam nie pójdę!.. — rzekł bankier siadając na kanapie.
— Pójdziesz do drugiego pokoju, a on w tej samej chwili także tam wejdzie.
Po krótkim oporze Dagon ustąpił, a w chwilę później, na znak gospodarza domu, wszedł do drugiej komnaty. Jednocześnie z dalszych pokojów wysunął się niewysoki człowiek z siwą brodą, ubrany w złocistą togę i złotą obręcz na głowie.
— Oto jest — rzekł gospodarz stojąc na środku — oto jest jego miłość książę Hiram, członek najwyższej rady tyryjskiej… Oto jest dostojny Dagon, bankier księcia następcy tronu i namiestnika w Dolnym Egipcie.
Dwaj dostojnicy ukłonili się sobie z założonymi na piersiach rękoma i usiedli przy oddzielnych stolikach, na środku sali. Hiram nieco odsunął togę, aby ukazać wielki złoty medal na swej szyi, w odpowiedzi na co Dagon zaczął bawić się grubym złotym łańcuchem, który otrzymał od księcia Ramzesa.
— Ja, Hiram — odezwał się starzec — pozdrawiam pana, panie Dagon, życzę panu dużego majątku i powodzenia w interesach.
— Ja, Dagon, pozdrawiam pana, panie Hiram, i życzę panu tego samego, co pan mnie życzy…
— Już się pan chcesz kłócić?… — przerwał zirytowany Hiram.
— Gdzie ja się kłócę?… Rabsun, ty powiedz, czy ja się kłócę?…
— Lepiej niech wasze dostojności mówią o interesach — odparł gospodarz.
Po chwili namysłu Hiram zaczął:
— Przyjaciele pańscy z Tyru bardzo pozdrawiają pana przeze mnie.
— Oni tylko to przysłali mi? — spytał drwiącym tonem Dagon.
— Co pan chcesz, żeby oni panu przysyłali?.. — odparł Hiram podnosząc głos.
— Cicho!.. Zgoda!.. — wtrącił gospodarz.
Hiram kilka razy głębiej odetchnął i rzekł:
— To prawda, że nam potrzebna zgoda… Ciężkie czasy nadchodzą dla Fenicji…
— Czy morze zatopiło wam Tyr albo Sydon?.. — spytał z uśmiechem Dagon.
Hiram splunął i zapytał:
— Coś pan taki zły dzisiaj?…
— Ja zawsze jestem zły, jak mnie nie nazywają — dostojnością…
— A dlaczego pan nie nazywasz mnie miłością?… Ja przecie jestem książę!..
— Może w Fenicji — odparł Dagon. — Ale już w Asyrii, u lada satrapy czekasz pan w sieniach trzy dni na posłuchanie, a kiedy cię przyjmą, leżysz na brzuchu jak każdy handlarz fenicki.
— A pan co byś robił wobec dzikiego człowieka, który może pana na pal wbić?… — zakrzyczał Hiram.
— Co ja bym robił, nie wiem — rzekł Dagon. — Ale w Egipcie ja sobie siedzę na jednej kanapie z następcą tronu, który dziś jest namiestnikiem.