Страница 46 из 167
Zgromadzeni goście powitali księcia radosnym okrzykiem, a gdy Ramzes zajął miejsce pod baldachimem, skąd był otwarty widok na całą salę, orszak jego zasiadł do stołów.
Odezwały się arfy i zaczęły wchodzić damy w bogatych muślinowych szatach, z odsłoniętymi piersiami, błyszczące od klejnotów. Cztery najpiękniejsze otoczyły Ramzesa, i
W powietrzu unosiła się woń róż, konwalij i fiołków, a książę poczuł, że mu tętna biją w skroniach.
Niewolnicy i niewolnice w koszulach białych, różowych i błękitnych zaczęli roznosić ciasta, pieczony drób i zwierzynę, ryby, wino i owoce tudzież wieńce z kwiatów, które biesiadnicy kładli na głowy. Ogromny motyl coraz szybciej wachlował skrzydłami, a w pustej połowie sali rozpoczęło się widowisko. Po kolei występowały tancerki, gimnastycy, błazny, kuglarze i fechmistrze; gdy zaś który okazał niezwykły dowód zręczności, widzowie rzucali mu kwiaty ze swych wieńców lub złote pierścienie.
Kilka godzin ciągnęła się uczta, przeplatana okrzykami na cześć księcia, nomarchy i jego rodziny.
Ramzesa, który w postawie półleżącej siedział na łóżku okrytym lwią skórą ze złotymi szponami, obsługiwały cztery damy. Jedna wachlowała go, druga zmieniała mu wieńce na głowie, dwie i
Wówczas niewolnicy szybko zaczęli gasić pochodnie, motyl przestał ruszać skrzydłami, a w sali zrobiła się noc i cisza, przerywana nerwowym śmiechem kobiet.
Nagle rozległy się prędkie stąpania kilku ludzi i straszny krzyk:
— Puście mnie!.. — wołał ochrypnięty głos męski.
— Gdzie jest następca?… Gdzie namiestnik?
W sali zagotowało się. Kobiety płakały przerażone, mężczyźni wołali:
— Co to jest?… Zamach na następcę!.. Hej, warta!.. Słychać było dźwięk tłuczonych naczyń i trzask krzeseł.
— Gdzie jest następca? — ryczał obcy człowiek.
— Warta!.. Brońcie następcy!.. — odpowiedziano z sali.
— Zapalcie światło!.. — odezwał się młodzieńczy głos następcy. — Kto mnie szuka?… Tu jestem.
Wniesiono pochodnie. Na sali piętrzyły się wywrócone i połamane sprzęty, między którymi kryli się biesiadnicy. Na estradzie książę wydzierał się kobietom, które krzycząc oplątywały mu ręce i nogi. Obok księcia Tutmozis w potarganej peruce, z brązowym dzbanem w ręku, gotów był walić w łeb każdego, kto by się zbliżył. We drzwiach sali ukazało się kilku żołnierzy z obnażonymi mieczami.
— Co to jest?… Kto tu jest?… — wołał przerażony nomarcha.
Nareszcie spostrzeżono sprawcę zamętu. Jakiś olbrzym nagi, okryty błotem, z krwawymi pręgami na plecach, klęczał na schodach estrady i wyciągał ręce do następcy.
— Oto morderca!.. — wrzasnął nomarcha. — Bierzcie go!..
Tutmozis podniósł swój dzban, ode drzwi przybiegli żołnierze. Poraniony człowiek upadł twarzą na schody wołając:
— Miłosierdzia, słońce Egiptu!..
Już mieli go schwycić żołnierze, gdy Ramzes wydarłszy się kobietom zbliżył się do nędzarza.
— Nie dotykajcie go! — zawołał na żołnierzy. — Czego chcesz, człowieku?
— Chcę ci opowiedzieć o naszych krzywdach, panie…
W tej chwili Sofra zbliżywszy się do księcia szepnął:
— To Hyksos… spojrzyj, wasza dostojność, na jego kudłatą brodę i włosy… Jego wreszcie zuchwalstwo, z jakim się tu wdarł, dowodzi, że zbrodniarz ten nie jest urodzonym Egipcjaninem…
— Kto jesteś? — spytał książę.
— Jestem Bakura, robotnik z pułku kopaczy w Sochem. Nie mamy teraz zajęcia, więc nomarcha Otoes kazał nam…
— To pijak i wariat… — szeptał wzburzony Sofra. — Jak on przemawia do ciebie, panie…
Książę tak spojrzał na nomarchę, że dygnitarz zgięty wpół cofnął się.
— Co wam kazał dostojny Otoes? — pytał namiestnik Bakury.
— Kazał nam, panie, chodzić brzegiem Nilu, pływać po rzece, stawać przy gościńcach i robić zgiełk na twoją cześć. I obiecał, że za to wyda nam, co się należy… Bo, panie, my już dwa miesiące nie dostaliśmy nic… Ani placków jęczmie
— Cóż wy na to, dostojny panie? — zapytał książę nomarchy.
— Niebezpieczny pijak… brzydki kłamca… — odparł Sofra.
— Jakiżeście to zgiełk robili na moją cześć?
— Jak rozkazano — mówił olbrzym. — Moja żona i córka krzyczały wraz z i
Książę zaczął się śmiać.
— Jako żywo — mówił — nie myślałem, że tak wesoło zakończymy ucztę!.. A ileż ci zapłacono za to, żeś wpadł pod wóz?
— Obiecano mi trzy uteny, ale nie zapłacono nic ani mnie, ani żonie i córce. Również całemu pułkowi nie dano nic do jedzenia przez dwa miesiące.
— Z czego żyjecie?
— Z żebraniny albo z tego, co się zapracuje u chłopa. Więc w tej ciężkiej nędzy trzy razy buntowaliśmy się i chcieliśmy wracać do domu. Ale oficerowie i pisarze albo obiecywali nam, że oddadzą, albo kazali nas bić…
— Za ten zgiełk na mnie? — wtrącił śmiejąc się książę.
— Prawdę mówi wasza cześć… Otóż wczoraj był bunt największy, za co jego dostojność nomarcha Sofra kazał nas dziesiątkować… co dziesiąty brał kije, a ja dostałem najwięcej, bom duży i mam do wykarmienia trzy gęby: moją, żony i córki… Zbity, wydarłem się im, ażeby upaść na mój brzuch przed tobą, panie, i opowiedzieć nasze żale. Ty nas bij, jeżeliśmy wi
— To człowiek opętany!.. — zawołał Sofra. — Racz spojrzeć, wasza dostojność, ile on mi szkody narobił… Dziesięciu talentów nie wząłbym za te stoły, misy i dzbany.
Między biesiadnikami, którzy już odzyskali przytomność, zaczął się szmer.
— To jakiś bandyta!.. — mówiono. — Patrzcie, to naprawdę Hyksos… Jeszcze w nim burzy się przeklęta krew jego dziadów, którzy najechali i zniszczyli Egipt… Takie kosztowne sprzęty…
takie ozdobne naczynia porozbijane na proch!..
— Jeden bunt nie zapłaconych robotników więcej sprawia szkody państwu, aniżeli warte są te bogactwa — surowo odezwał się Ramzes.
— Święte słowa!.. Należy zapisać je na pomnikach — w tejże chwili odezwano się między gośćmi. — Bunt odrywa ludzi od pracy i zasmuca serce jego świątobliwości… Nie godzi się, ażeby robotnicy po dwa miesiące nie odbierali żołdu…
Z nieukrywaną pogardą spojrzał książę na zmie
— Oddaję ci — rzekł groźnie — tego skatowanego człowieka. Jestem pewny, że nie spadnie mu włos z głowy. Zaś jutro chcę zobaczyć pułk, do którego należy, i przekonać się, czy skarżący mówił prawdę.
Po tych słowach namiestnik wyszedł zostawiając nomarchę i gości w wielkim strapieniu.
Na drugi dzień książę, ubierając się przy pomocy Tutmozisa, zapytał go:
— Czy robotnicy przyszli?
— Tak, panie. Od świtu czekają na twoje rozkazy.
— A ten… ten Bakura jest między nimi?
Tutmozis skrzywił się i odparł:
— Zdarzył się dziwny wypadek. Dostojny Sofra kazał go zamknąć w pustej piwnicy swego pałacu. Otóż ten hultaj, bardzo silny człowiek, wyłamał drzwi od drugiego lochu, gdzie stało wino, przewrócił kilka dzbanów bardzo kosztownych, a sam tak się spił, że…
— Że co?… — spytał książę.
— Że umarł.
Następca zerwał się z krzesła.
— I ty wierzysz — zawołał, że on sam zapił się na śmierć?…
— Muszę wierzyć, bo nie mam dowodów, że go zabito — odpowiedział Tutmozis.
— Ale ja ich poszukam!.. — wybuchnął książę.
Biegał po komnacie i parskał jak rozgniewane lwiątko. Gdy nieco uspokoił się, rzekł Tutmozis:
— Nie szukaj, panie, winy tam, gdzie jej nie widać, bo nawet świadków nie znajdziesz.