Страница 23 из 139
— Waćpa
Krzysia nic nie odrzekła.
— Waćpa
— Panie Michale!… — odpowiedziała Krzysia.
I ręka jej wysunąwszy się z zarękawka ukryła się w dłoni rycerza.
— Zgadzasz się? — pytał Wołodyjowski.
— Tak! — odrzekła Krzysia — i wiem, że zacniejszego w całej Polsce nie mogłabym znaleźć!
— Bóg waćpa
Krzysia zamrużyła oczy.
— Nie gniewam się! — rzekła.
— Że to w tych saniach nie ma jak po nogach całować! — zakrzyknął Wołodyjowski.
Czas jakiś sunęli w milczeniu, tylko płozy świszczały po śniegu i spod kopyt końskich padał grad grudek śniegowych.
Po czym Wołodyjowski znów ozwał się:
— Aż mi to dziwno, że mnie nawidzisz?
— Więcej to dziwno — odrzekła Krzysia — żeś waćpan mnie tak prędko pokochał…
Na to twarz Wołodyjowskiego spoważniała bardzo i tak mówić począł:
— Krzysiu, może i tobie się to źle wydaje, że nimem się z boleści otrząsnął po jednej, jużem drugą pokochał. Wyznaję ci też jako na spowiedzi, że swego czasu bywałem płochy. Ale teraz to i
Tu zbrakło głosu małemu rycerzowi, bo się wzruszył bardzo i może dlatego nie spostrzegł, że te słowa jego nie zdawały się czynić na Krzysi zbyt mocnego wrażenia.
Więc znów zapadła cisza chwilowa, ale tym razem przerwała ją Krzysia:
— Będę się starała waćpana pocieszać, ile sił starczy.
Na to mały rycerz:
— Właśniem dlatego cię tak prędko pokochał, żeś ty od pierwszego dnia poczęła mi rany opatrować. Czym ci byłem? Niczym! A dlatego zaraz się do tego zabrałaś mając w sercu miłosierdzie nad nieszczęśnikiem. Ach! Siła ja ci, siła zawdzięczam! Kto tego nie wie, będzie mi może przyganiał, żem to w nowembrze[169] chciał mnichem zostawać, a w decembrze[170] do stanu małżeńskiego się zabieram. Pierwszy pan Zagłoba gotów podrwiwać, bo on rad dworuje, gdy mu się okazja zdarzy, ale niech drwi zdrów! Nie dbam ja o to, zwłaszcza że nie na ciebie przygana spadnie, jeno na mnie…
Tu Krzysia poczęła patrzeć w niebo, namyślać się, wreszcie odrzekła:
— Zali koniecznie mamy oznajmiać ludziom o naszym przymierzu?
— Jakże to?
— Waćpan przecie za parę dni wyjeżdżasz?
— Choćbym i nierad, muszę.
— Ja też żałobne szatki po ojcu noszę. Po co się na podziw ludzki wystawiać? Niechże układ stoi między nami, a ludzie niech o nim nie wiedzą, póki pan Michał z Rusi nie wróci. Dobrze?
— To i siostrze nie mam nic gadać?
— Sama ja jej powiem, ale po pana Michałowym odjeździe.
— A panu Zagłobie?
— Pan Zagłoba na mnie, niebodze, by swój dowcip ostrzył. Ej, lepiej nic nie mówić! Basia by mi także dogadywała, a ona się i tak czegoś w ostatnich czasach dziwaczy i humor ma tak zmie
Tu Krzysia znów podniosła swe ciemnoniebieskie oczy do góry:
— Bóg nad nami świadek, a ludzie niech w niewiadomości zostają.
— Widzę, że rozum w waćpa
Krzysia uczyniła zadość żądaniu rycerza, a ten znów rzekł:
— Ilekroć będziemy sam na sam, mów mi po imieniu.
— Jakoś mi nieskładno — odrzekła z uśmiechem. — Nigdy się nie odważę!
— A ja się odważyłem!
— Bo pan Michał rycerz, pan Michał odważny, pan Michał żołnierz…
— Krzychna! Moja ty kochana!
— Mich…
Lecz nie odważyła się Krzysia dokończyć i zakryła twarz zarękawkiem.
Po niejakim czasie nawrócił pan Michał do domu i niewiele już mówili przez drogę, tylko w samym kołowrocie spytał jeszcze mały rycerz:
— A po wczorajszym… wiesz!… bardzo ci było smutno?
— Było i wstyd, i smutno, ale…ale dziwnie! — dodała ciszej.
I zaraz uczynili twarze obojętne, aby nikt nie poznał, co między nimi zaszło.
Ale niepotrzebna to była ostrożność, bo nikt na nich nie zważał.
Wprawdzie Zagłoba z panią stolnikową wybiegli aż do sieni na spotkanie obu par, jednak oczy ich były zwrócone tylko na Basię i Nowowiejskiego.
Basia zaś była czerwona, nie wiadomo, z mrozu czy ze wzruszenia, a Nowowiejski jak struty. Zaraz też w sieni począł się żegnać z panią stolnikową. Próżno go zatrzymywała, próżno i sam Wołodyjowski, który był w humorze wybornym, namawiał go do pozostania na wieczerzę; wymówił się służbą i odjechał. Wówczas pani stolnikowa, nie mówiąc nic, pocałowała Basię w czoło — ona zaś poleciała zaraz do swojej izby i nie wróciła, aż na wieczerzę.
Na drugi dzień dopiero pan Zagłoba przydybawszy ją samą spytał:
— A co, hajduczku, w Nowowiejskiego jakoby piorun trzasł?
— Aha! — odrzekła potakując głową i mrugając oczyma.
— Powiedzże, coś mu powiedziała?
— Prędkie było pytanie, bo to rezolut[171], ale prędka odpowiedź, bo i ja rezolutka: nie!
— Wybornieś postąpiła! Niech cię uściskam! Cóż on? Dał się krótko zbyć?
— Pytał, czyli z czasem nie będzie mógł czego uzyskać! Żal mi go było, ale nie, nie; nie może z tego nic być!…
Tu Basia rozdęła chrapki i poczęła trząść czupryną trochę smutno i jakoby w zamyśleniu.
— Powiedzże mi swoje racje? — rzekł Zagłoba.
— Tego samego i on chciał, ale na próżno; jemu nie powiedziałam i nikomu nie powiem.
— A może — rzekł Zagłoba patrząc jej bystro w oczy — a może ty w sercu jakowyś ukryty afekt nosisz, hę?
— Figę, nie afekt! — zawołała Basia.
I porwawszy się z miejsca poczęła powtarzać prędko, jakby chcąc pokryć pomieszanie:
— Nie chcę pana Nowowiejskiego! Nie chcę pana Nowowiejskiego! Nie chcę nikogo! Czemu mi waćpan dokuczasz? Czemu mi wszyscy dokuczają?…
I rozpłakała się nagle.
Pan Zagłoba pocieszał ją, jak umiał, ale przez cały dzień była smutna i zła.
— Panie Michale — rzekł przy obiedzie Zagłoba — ty odjeżdżasz, a tymczasem Ketling powróci, a gładysz[172] to nad gładysze! Nie wiem, jak tam pa
— Dobra nasza! — odrzekł Wołodyjowski. — Pa