Страница 76 из 106
— Mów, jak wszystko się odbyło. Zawziętości tylko przybędzie.
Pan Wołodyjowski napił się, obtarł żółte wąsiki i począł:
— Pewnie ci nie brakło relacji o warszawskiej bitwie, bo wszyscy o niej mówią, więc też i ja nie będę się nad nią zbyt długo rozwodził. Nasz pan miłościwy… dajże mu Boże zdrowie i długie lata, bo pod i
Tu przerwał Wołodyjowski opowiadanie, bo Kmicic pięściami oczy zatkał i krzyczeć począł:
— Matko Boża! raz widzieć i polec!
— Takiego ataku nie zobaczą już oczy moje — ciągnął dalej mały rycerz. — Nam też skoczyć kazano… Więcej nie widziałem, ale coć powiem, tom słyszał z ust szwedzkiego oficera, który przy boku Karolowym wówczas był i własnymi oczyma na termin patrzył. Gdy już husaria wszystko złamała po drodze, ten Forgell, który później pod Rawą wpadł w nasze ręce, rzucił się do rąk Karolowych: „Królu, ratuj Szwecję! ratuj siebie! — krzyknął. — Ustępuj, ustępuj! Nic ich nie wstrzyma!” A Carolus na to: „Na nic przed nimi ustępować, trzeba opór dać lub zginąć!” Przypadają i
Wołodyjowski przerwał znów opowiadanie i odetchnął głęboko, lecz Kmicic zaraz zawołał:
— Kończ już, bo dusza ze mnie wyjdzie!
— Starli się tedy w środku pola, iże piersi końskie uderzyły o piersi. Zakotłowało się! „Spojrzę — powiada nam oficer — aż król wraz z koniem już na ziemi!” Wydostał się, ruszył cyngla krócicy[651], chybił. Roch go za łeb, bo mu kapelusz spadł. Już miecz wznosił, już Szwedzi mdleli z przerażenia, bo nie czas było iść na ratunek, gdy Bogusław jakoby spod ziemi wyrósł i w samo ucho Kowalskiemu wystrzelił, że mu głowę wraz z hełmem rozniosło.
— Dla Boga! Nie miałże czasu miecza spuścić?! — krzyknął pan Andrzej, targając się za czuprynę.
— Bóg nie dał mu tej łaski — odrzekł pan Michał. — Zgadliśmy też z Zagłobą, co się stało. Oto służyło chłopisko u Radziwiłłów od pacholęcych lat, za panów ich swoich uważało, i na widok Radziwiłła musiało się skonfundować. Może mu nigdy ta myśl w głowie nie postała, żeby na Radziwiłła można rękę podnieść. Bywa tak, bywa! Ha! życiem to przypłacił. Dziwny człek jest pan Zagłoba, bo on mu wcale wujem ni krewnym nie był, a przecie i
Umilkł pan Wołodyjowski, po chwili zaś przeżegnał się i rzekł:
— Wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie, a światłość wiekuista niech mu świeci…
— Na wieki wieków! — zakończył Kmicic.
Czas jakiś szeptali modlitwy, może o podobną śmierć dla siebie prosząc, byle nie z rąk Bogusławowych, wreszcie pan Michał rzekł:
— Ksiądz Piekarski zaręczał nam, że on wprost do raju poszedł.
— Pewnie, że tak, to mu i modlitwy nasze niepotrzebne.
— Modlitwy zawsze potrzebne, bo na rejestr i
Kmicic westchnął.
— W miłosierdziu bożym nadzieja — rzekł — tuszę też, że za to, com tu w Prusach dokazywał, choć z parę lat czyśćca będzie mi odpuszczonych.
— Wszystko się tam karbuje. Co tu człowiek szablą wyrąbie, to tam sekretarze niebiescy zapisują.
— Służyłem i ja u Radziwiłła — rzekł Kmicic — ale się widokiem Bogusława nie skonfunduję. Boże, Boże! toć Prostki niedaleko! Pomnij, Panie, że on i Twój nieprzyjaciel, bo heretyk, któren[652] nieraz prawdziwej Twej wierze bluźnił!
— I ojczyzny nieprzyjaciel! — dodał Wołodyjowski. — Miejmy nadzieję, że jego termin się zbliża. Pan Zagłoba to samo po owym ataku husarii prorokował, a mówił w żalu, we łzach, jakoby natchniony. I przeklinał Bogusława tak, że aż słuchającym włosy w czuprynach stawały. Książę Kazimierz Michał[653], który z nami przeciw nim ciągnie, widział też we śnie dwie złote trąby, które Radziwiłłowie w tarczy noszą, pogryzione przez niedźwiedzia i zaraz na drugi dzień powiadał: „Albo mnie, albo którego z i
— Przez niedźwiedzia? — spytał, blednąc, Kmicic.
— Tak jest.
Twarz pana Andrzeja rozjaśniła się, jak gdyby na nią blask zórz pora
— Jaż w herbie mam niedźwiedzia. Chwała Ci, Panie, na wysokościach! Chwała Ci, Matko Najświętsza!… Panie, Panie! nie jestem godzien tej łaski!
Usłyszawszy to, Wołodyjowski wielce także się wzruszył, bo poznał zaraz, że w tym jest omen niebieski.
— Jędrek! —zawołał — ściśnijże dla pewności przed bitwą nóżki Chrystusowi, a ja o Sakowicza Go poproszę.
— Prostki! Prostki! — powtarzał jakby w gorączce Kmicic. — Kiedy ruszamy?
— Do dnia, a niedługo już świtać pocznie.
Kmicic zbliżył się do wybitego okienka chałupy, spojrzał w niebo i zawołał:
— Bledną już gwiazdy, bledną. Ave Maria…
Wtem rozległo się dalekie pianie koguta, a jednocześnie zabrzmiało ciche trąbienie przez munsztuk. W kilka pacierzy później ruch począł się w całej wsi. Słychać było szczęk żelaza, parskanie koni. Ciemne masy jazdy zbierały się na gościńcu.
Powietrze poczęło się nasycać światłem; blady blask jął srebrzyć groty włóczni, migotać na gołych szablach, wydobywać z cienia wąsate, groźne twarze, hełmy, kołpaki[654], kapuzy[655], tatarskie baranie czapki, tołuby[656], sajdaki[657]. Wreszcie pochód z panem Kmicicem w przedniej straży ruszył ku Prostkom; wojska rozciągnęły się długim wężem po drodze i szły żywo.