Страница 42 из 106
— Pewnie to było! Nic i
— I ja tak mniemam — rzekł Hassling — ale słuchajcie dalej. Gdy tak między sobą na dworze deliberujem, nagle jak grom rozchodzi się, że pa
— Boże jej błogosław! — krzyknął Kmicic.
— Odmówiła tedy wprost! — mówił dalej Hassling. — Dość było spojrzeć na księcia, by to poznać. On, któremu księżniczki ulegały, nie znosił oporu i mało nie oszalał. Niebezpiecznie mu się było pokazywać. Wiedzieliśmy wszyscy, że tak długo nie pozostanie i że książę prędzej, później siły użyje. Jakoż porwano na drugi dzień pana miecznika i osadzono w Tylży, już za granicą elektorską. Tegoż dnia pa
— Kto ów oficer? — zawołał Kmicie.
— Ja! — odrzekł sucho Hassling.
Pan Andrzej porwał go tak w ramiona, że młody Szkot, słabym jeszcze będąc, krzyknął z bólu.
— Nic to! — zawołał Kmicic. — Nie jesteś jeńcem, jesteś moim bratem, przyjacielem! Mów, czego chcesz? Na Boga, powiadaj, czego chcesz?
— Spocząć chwilę! — odrzekł, dysząc, Hassling.
I umilkł, ściskał tylko ręce, które mu podawali Wołodyjowski i Zagłoba, na koniec sam widząc, że wszyscy płoną z ciekawości, mówił dalej:
— Ostrzegłem ją też, o czym wszyscy wiedzieli, że medyk książęcy przygotowywał jakieś bezoary[378] i dekokta[379] odurzające. Tymczasem obawy okazały się pło
— Cóż się takiego stało? — spytał Zagłoba.
— W czasie tykocińskiej wyprawy porwano, jeszcze przed janowską klęską, niejaką pa
— Masz babo placek! — zawołał Zagłoba.
A pan Wołodyjowski począł oczyma mrugać i srodze wąsikami ruszać, wreszcie rzekł:
— Panie kawalerze, nie powiadaj o niej jeno nic złego, bo po wyzdrowieniu ze mną miałbyś do czynienia.
— Choćbym chciał, nie mogę nic złego o niej powiedzieć, ale jeśli to waszej mości narzeczona, to powiem, że jej źle pilnujesz, a jeśli krewna, to zbyt ją dobrze znasz, abyś temu, co powiem, miał negować; dość, że w tydzień rozkochała ta pa
— Ona! W piekle bym ją po tym poznał! — mruknął Wołodyjowski.
— Dziwna rzecz! — mówił Hassling. — Przecież pa
— Mości panie! — rzekł groźnie pan Michał.
— Nie bzdycz się, panie Michale, bo prawdę powiada! — rzekł Zagłoba. — Sam przy niej nogami przebierasz jako młody kurek i oczy ci bielmem zachodzą, a że bałamutna, wszyscy wiemy i ty mało sto razy to mówiłeś.
— Porzućmy tę materię — rzekł Hassling. — Chciałem tylko waćpanom wytłumaczyć, dlaczego w pa
— Ona, jakoby ją malował! — mruknął znów Wołodyjowski.
— Za to obie panienki pokochały się okrutnie — mówił dalej Hassling — jedna bez drugiej krokiem nie ruszy, że zaś pa
— Jak to? — przerwał mały rycerz.
— Bo rządzi wszystkimi. Sakowicz na wyprawę teraz nie pojechał, taki rozkochany, a Sakowicz pan absolutny we wszystkich książęcych posiadłościach. Przez niego rządzi pa
— Takiż on rozkochany? — spytał znów Wołodyjowski.
— I najbardziej sobie dufa, bo to człek sam przez się bardzo możny.
— A zowie się Sakowicz?
— Wasza mość chcesz go, widzę, dobrze zapamiętać?
— I… zapewne! — odrzekł niby niedbale Wołodyjowski, ale tak przy tym złowrogo wąsikami ruszył, że Zagłobę ciarki przeszły.
— Owóż to tylko chciałem dodać — rzekł Hassling — że gdyby pa
Tu Hassling począł oddychać ciężko, bo się zmęczył i resztkami sił gonił.
— I to jest najważniejsza rzecz, jaką miałem waćpanom powiedzieć! — dodał pospiesznie.
Wołodyjowski i Kmicic aż za głowy się porwali.
— Dokąd mają uciekać?
— Do puszcz i puszczami się do Białowieży przebierać… Tchu mi brak!…
Dalszą rozmowę przerwało wejście ordynansa sapieżyńskiego, który wręczył Wołodyjowskiemu i Kmicicowi po ćwiartce papieru złożonej we czworo. Ledwo rozwinął swoją Wołodyjowski, wnet ozwał się:
— Rozkaz, by już stanowiska do jutrzejszej roboty zajmować.
— Słyszycie, jak kartauny ryczą? — zawołał Zagłoba.
— No, jutro! jutro!
— Uf! gorąco! — rzekł pan Zagłoba. — Zły dzień do szturmu… Niech licho porwie takie upały. Matko Boska… Niejeden przecie jutro mimo upału ostygnie, ale nie ci, nie ci, którzy się Tobie polecają, Patronko nasza… Ależ grzmią działa!… Za starym już do szturmów… otwarte pole co i
Wtem nowy oficer ukazał się we drzwiach.
— Jest li tu jegomość pan Zagłoba? — spytał.
— Jestem!
— Z rozkazu króla miłościwego masz waćpan jutro zostawać przy jego osobie.
— Ha! chcą mnie od szturmu zachować, bo wiedzą, że stary pierwszy ruszy, niech jeno trąby zagrzmią. Dobry pan, pamiętny, nie chciałbym go zmartwić, ale czy wytrzymam, nie wiem, bo jak mnie ochota zeprze, tedy o niczym nie pamiętam i prosto w dym walę… Taka już natura!… Dobry pan!… Słyszycie, już i trąbki przez munsztuk grają[382], by każdy na stanowisko ruszał. No! jutro! jutro… Będzie miał i święty Piotr robotę; już książki przygotowywać musi… W piekle także dla Szwedów kotły ze świeżą smołą na kąpiel nastawili… Uf! uf! jutro!…