Страница 94 из 111
— Także to waść mówisz? — spytał Kmicic.
— Jako żywo! Niech tak czarni porwą wszystkie gładyszki z całej Litwy i Korony! Już mi one niepotrzebne.
— I bez pożegnania waść wyjechałeś?
— Bez pożegnania, jenom tasiemkę czerwoną za sobą rzucił, co mi jedna stara niewiasta, w rzeczach afektu bardzo doświadczona, doradziła.
— Zdrowie waszmości — wtrącił Ganchof, zwracając się znów do pana Andrzeja.
— Zdrowie! — odrzekł Kmicic. — Dziękuję z serca!
— Do dna! Do dna! Waszmości czas na koń, a i nas też służba potrzebuje. Niech waszą mość Bóg prowadzi i odprowadzi!
— Bywajcie zdrowi!
— Tasiemkę czerwoną rzucić za siebie — rzekł Charłamp — albo na pierwszym noclegu ognisko wiadrem wody samemu zalać. Pamiętaj waść… jeżeli chcesz zapomnieć!
— Ostawaj waść z Bogiem!
— Nieprędko się obaczym!
— A może gdzie na polu bitwy — dorzucił Ganchof. — Daj Boże, obok siebie, nie przeciw sobie.
— Nie może inaczej być! — odrzekł Kmicic.
I oficerowie wyszli.
Zegar bił siódmą z wieży. Na dziedzińcu konie stukały kopytami o kamie
„Trzeba siąść na koń i ruszyć, a co się zdarzy, to się zdarzy… Co będzie, to będzie!” — myślał sobie.
Teraz jednak, gdy konie parskały już za oknem i godzina odjazdu biła, czuł, że tamto życie będzie obce, a wszystko, z czym się zżył, do czego się wezwyczaił, z czym zrósł mimo woli duszą i sercem, to pozostanie w tym kraju, w tej okolicy, w tym mieście. Dawny Kmicic także zostanie tu, a tam pojedzie jakoby i
Pan Andrzej był znużony na duszy śmiertelnie i dlatego w tej chwili czuł się wobec tych nowych widoków i nowych ludzi bezsilnym… Pomyślał, że tu mu było źle i tam będzie źle, a przynajmniej ciężko bardzo.
Ale czas! Czas! Trzeba czapkę na głowę włożyć i jechać!
Zali jednak bez pożegnania?
Możnaż to być tak blisko, a potem tak daleko, by słowa nie rzec i odjechać? Ot, do czego doszło! Ale co jej rzec?… Czy pójść i powiedzieć: „Zepsowało się wszystko… idź waćpa
„Nie pójdę!” — myślał Kmicic.
Lecz z drugiej strony, łączy ich jeszcze wola zmarłego. Trzeba wyraźnie i bez gniewu umówić się o wieczne rozstanie i powiedzieć jej: „Waćpa
Lecz ona może odpowiedzieć: „Jam to już dawno waćpanu oznajmiła, czemu mi teraz to powtarzasz?”
— Nie pójdę! Niech, co chce, będzie! — powtórzył sobie Kmicic.
I nacisnąwszy czapkę na głowę, wyszedł ze stancji na korytarz. Chciał wprost siąść na koń i co prędzej znaleźć się za bramą.
Nagle na korytarzu jakoby go coś za włosy chwyciło…
Owładnęła go taka chęć widzenia jej, przemówienia do niej, że przestał rozmyślać: czy iść, czy nie iść, przestał rozumować i biegł, a raczej pędził z zamkniętymi oczyma, jakoby się chciał w wodę rzucić.
Przed samymi drzwiami, przed którymi warta już była zdjęta, natknął się na pacholika pana miecznika rosieńskiego.
— Jest pan miecznik w stancji? — spytał.
— Pan miecznik jest pomiędzy oficerami w cekhauzie.
— A pa
— Pa
— Ruszaj powiedzieć, że pan Kmicic wyjeżdża w długą drogę i chce pa
Pachołek usłuchał rozkazu, lecz nim wrócił z odpowiedzią, Kmicic pocisnął klamkę i wszedł bez pytania.
— Przychodzę waćpańnę pożegnać — rzekł — bo nie wiem, czy się w życiu jeszcze obaczym.
Nagle zwrócił się do pachołka:
— Czego tu jeszcze stoisz?
— Moja mościa pa
— Dajże Boże i waćpanu szczęście! — odrzekła pa
I stała przed nim, jakoby ogłuszona wyjazdem, widokiem i słowami pana Kmicica. Na twarzy jej malowało się zmieszanie i zdziwienie, i widocznym było, że walkę ze sobą toczy, aby przyjść do siebie; tymczasem zaś spoglądała szeroko otwartymi oczyma na młodego junaka.
— Ja do waćpana nie chowam urazy… — rzekła po chwili.
— Bodaj tego wszystkiego nie było! — odrzekł Kmicic. — Jakowyś zły duch wszedł między nas i niby morzem nas rozdzielił. Ani tej wody przepłynąć, ani jej przebrnąć… Człek nie czynił tego, co chciał, nie szedł, gdzie zamierzył, jeno jakby go coś popychało, aż i zaszliśmy oboje na bezdroże. Ale skoro się mamy z oczu stracić, toć lepiej choć z dalekości zakrzyknąć sobie: „Bóg prowadź!” Trzeba też waćpa
— Już tego nie myślę!… — rzekła Oleńka.
— Oj! Jakże to mogłaś myśleć choć godzinę… Toż mnie znałaś, że dawniej do swawoli byłem gotów: usiec, podpalić kogoś, zastrzelić to co i
Pa
— Co waćpan mówisz, żem cię niesłusznie posądzała, to prawda, i wina moja, którą wyznawam… i o przebaczenie proszę…
Tu głos jej zadrgał i oczy niebieskie zaszły łzami, a on począł wołać z uniesieniem:
— Odpuszczam! Odpuszczam! Ja bym ci śmierć moją odpuścił!
— Niechże waćpana Bóg prowadzi i nawróci na prawdziwą drogę, abyś zszedł z tej, po której błądzisz.
— Daj już pokój! Daj już pokój! — zawołał gorączkowo Kmicic — aby znów niezgoda między nami nie powstała. Błądzę czy nie błądzę, nie mów o tym. Każdy niech wedle sumienia idzie, a Bóg intencje osądzi. Lepiej, żem tu przyszedł, żem nie wyjechał bez pożegnania. Dajże mi rękę na drogę… Tyle mojego, bo jutro już cię nie będę widział ani pojutrze, ani za miesiąc, może nigdy… Ej, Oleńka!… I w głowie się mąci… Oleńka! Zali się my już nie obaczym?…