Страница 71 из 111
Już też i noc poczęła blednąć. Na wschodniej stronie ciemne tło nieba poszarzało nieco, gwiazdy gasły z wolna i świeciły migotliwym, niepewnym światłem. A za tym i dach karczemki posiwiał, drzewa przy niej rosnące jęły się bramować srebrem. Konie i ludzie zdawali się wynurzać z cienia. Po chwili już i twarze można było rozeznać, i żółtą barwę opończy. Hełmy poczęły odbijać blask pora
Pan Wołodyjowski roztworzył ręce i przeciągnął się ziewając przy tym od ucha do ucha, po czym spojrzał na uśpionego pana Zagłobę; nagle rzucił się w tył i zakrzyknął:
— Niechże go kule biją! Na Boga! Mości panowie! Patrzcie!
— Co się stało? — pytali pułkownicy otwierając oczy.
— Patrzcie! Patrzcie! — wołał Wołodyjowski ukazując palcem uśpioną postać.
Jeńcy zwrócili wzrok we wskazanym kierunku i zdumienie odbiło się na wszystkich twarzach: pod burką i w czapce pana Zagłoby spał snem sprawiedliwego pan Roch Kowalski, Zagłoby zaś nie było na wozie.
— Umknął, jak mi Bóg miły! — mówił zdumiony Mirski oglądając się na wszystkie strony, jakby oczom własnym jeszcze nie wierzył.
— To kuty frant! Niech go kaduk! — zakrzyknął Stankiewicz.
— Zdjął hełm i żółtą opończę z tego kpa i umknął na jego własnym koniu!
— Jako w wodę wpadł!
— A zapowiedział, że się fortelem wydostanie.
— Tyle go będą widzieli!
— Mości panowie! — mówił z uniesieniem Wołodyjowski — nie znacie jeszcze tego człeka, a ja już wam dziś przysięgnę, że on i nas jeszcze wydostanie. Nie wiem jak, kiedy, jakim sposobem, ale przysięgnę!
— Dalibóg! Oczom się wierzyć nie chce — mówił Stanisław Skrzetuski.
Wtem żołnierze spostrzegli, co się stało. Uczynił się między nimi gwar. Jedni przez drugich biegli do wozu i wybałuszali oczy na widok swego komendanta przybranego w wielbłądzią burkę, w rysi kołpaczek i uśpionego głęboko.
Wachmistrz począł go szarpać bez ceremonii.
— Panie komendancie! Panie komendancie!
— Ja jestem Kowalski… a to pani Kowalska — mruczał pan Roch.
— Panie komendancie, więzień uciekł!
Kowalski siadł na wozie i otworzył oczy.
— Czego?…
— Więzień uciekł, ten gruby szlachcic, który z panem komendantem rozmawiał!
Oficer oprzytomniał.
— Nie może być! — zakrzyknął przerażonym głosem. — Jak to?! Co się stało? Jakim sposobem uciekł?
— W hełmie i w opończy pana komendanta; żołnierze go nie poznali, noc była ciemna.
— Gdzie mój koń? — krzyknął Kowalski.
— Nie ma konia. Ów szlachcic właśnie na nim uciekł.
— Na moim koniu?
— Tak jest!
Kowalski wziął się za głowę.
— Jezusie Nazareński! Królu żydowski!…
Po chwili krzyknął:
— Dawajcie tego psiawiarę, tego takiego syna, który mu konia podał!
— Panie komendancie! Żołnierz nic nie winien. Noc była ciemna, choć w pysk daj, a on zdjął waszej mości hełm i opończę. Przejeżdżał tuż koło mnie i jam nie poznał. Żeby wasza mość nie była siadała na wóz, nie mógłby on tego dokazać.
— Bijże mnie! Bijże mnie! — wołał nieszczęśliwy oficer.
— Co czynić, wasza mość?
— Bij go! Łapaj!
— To się na nic nie zdało. On na koniu waszej mości, a to najlepszy koń. Nasze zdrożone okrutnie, on zaś o pierwszych kurach umknął. Nie zgonim!
— Szukaj wiatru w polu! — rzekł Stankiewicz.
Kowalski zwrócił się ku więźniom z wściekłością.
— Waszmościowie pomogliście mu do ucieczki! Ja waściom!…
Tu złożył olbrzymie pięści i począł zbliżać się ku nim.
Wtem Mirski rzekł groźnie:
— Nie krzycz waść i bacz, że do starszych od siebie mówisz!
Pan Roch drgnął i mimo woli wyprostował się, bo rzeczywiście jego powaga wobec takiego Mirskiego była żadna i wszyscy owi jeńcy przenosili go o głowę godnością i znaczeniem.
Stankiewicz dodał:
— Gdzie aspanu kazali nas wieźć, to wieź, ale głosu nie podnoś, bo jutro możesz iść pod komendę każdego z nas.
Pan Roch wytrzeszczał oczy i milczał.
— Nie ma co, panie Rochu, podrwiłeś głową — rzekł Oskierko. — To, co mówisz, żeśmy mu pomogli, to głupstwo, bo naprzód, spaliśmy jako i ty, a po wtóre, każdy by pierwej sobie pomógł niż i
— Stary lis wyprowadził młodego w pole! — rzekł Mirski.
— Jezus Maria! Toć ja i szabli nie mam! — krzyknął Kowalski.
— Albo się jemu szabla nie przyda? — mówił uśmiechając się Stankiewicz. — Słusznie pan Oskierko mówi: podrwiłeś głową, kawalerze. Pistoleciska też musiałeś mieć w olstrach?
— A były!… — rzekł, jak nieprzytomny, Kowalski.
Nagle porwał się obu rękoma za głowę.
— I list księcia pana do komendanta birżańskiego! Co ja, nieszczęsny, teraz uczynię?!… Zginąłem na wieki!… Bogdaj mi kula w łeb!…
— To cię nie minie! — rzekł poważnie Mirski. — Jakże to nas będziesz teraz do Birż wiózł? Co się stanie, jeśli ty powiesz, że nas jako więźniów przywozisz, a my, starsi godnością, powiemy, że to ty masz być do lochu wrzucon? Komu, myślisz, dadzą wiarę? Zali mniemasz, że komendant szwedzki zatrzyma nas dlatego tylko, że go pan Kowalski będzie o to prosił? Prędzej nam zawierzy i ciebie w podziemiu zamknie.
— Zginąłem! Zginąłem! — jęczał Kowalski.
— Głupstwo! — rzekł Wołodyjowski.
— Co robić, panie komendancie? — pytał wachmistrz.
— Ruszaj do wszystkich diabłów! — krzyknął Kowalski. — Zali ja wiem, co robić?… Gdzie jechać?… Bodaj cię pioruny zabiły!
— Jedź, jedź do Birż!… Obaczysz — rzekł Mirski.
— Zawracaj do Kiejdan!… — krzyknął Kowalski.
— Jeśli cię tam pod murem nie postawią i nie rozstrzelają, to niech mnie szczecina pokryje! — rzekł Oskierko. — Jakże to przed obliczem hetmańskim staniesz? Tfu! Hańba cię czeka i kula w łeb, nic więcej!
— Bom nic więcej niewart! — zakrzyknął nieszczęśliwy młodzian.
— Głupstwo, panie Rochu! My jedni możem cię ratować — mówił Oskierko. — Znasz, żeśmy z hetmanem gotowi byli iść na kraniec świata i zginąć. Więcej mieliśmy zasług, większą szarżę od ciebie. Wylewaliśmy nieraz krew za ojczyznę i zawsze chętnie ją wylejem; ale hetman zdradził ojczyznę, wydał ten kraj w ręce nieprzyjaciół, sprzymierzył się z nimi przeciw miłościwemu panu naszemu, któremuśmy wierność zaprzysięgli. Zali to myślisz, że żołnierzom jak my łatwo przyszło wypowiedzieć obediencję zwierzchności, postąpić przeciw dyscyplinie, hetmanowi własnemu się oponować? Ale kto dziś z hetmanem, ten przeciw ojczyźnie! Kto dziś z hetmanem, ten przeciw majestatowi! Kto dziś z hetmanem, ten zdrajca króla i Rzeczypospolitej!… Dlatego to rzuciliśmy buławy pod nogi hetmańskie, bo cnota i obowiązek, i wiara, i honor tak nakazywały. I któż to uczynił? — zali ja jeden? Nie! I pan Mirski, i pan Stankiewicz, najlepsi żołnierze, najcnotliwsi ludzie!… Kto przy nim został? — warchoły!… A ty czemu nie idziesz śladem lepszych od ciebie i mądrzejszych, i starszych? Chcesz hańbę ściągnąć na własne imię? Zdrajcą być ogłoszony?… Wejdź w siebie, zapytaj sumienia, co ci czynić należy: czy przy Radziwille zdrajcy — zdrajcą zostać, czy-li iść z nami, którzy ostatni dech chcemy za ojczyznę puścić, ostatnią kroplę krwi za nią wylać?… Bodajby ziemia nas pożarła, nimeśmy hetmanowi obediencję wypowiedzieli… Ale bogdajby dusze nasze z piekła nie wyjrzały, jeżelibyśmy króla i ojczyznę dla prywaty Radziwiłła mieli zdradzić!…
Mowa ta wielkie na panu Rochu zdawała się czynić wrażenie. Oczy wytrzeszczył, usta otworzył i po chwili rzekł:
— Czego waszmościowie ode mnie chcecie?
— Byś z nami razem poszedł do wojewody witebskiego, który przy ojczyźnie będzie się oponował.
— Ba! Kiedy ja mam rozkaz do Birż waszmościów odwieźć.
— Gadajże z nim! — rzekł Mirski.
— Toteż chcemy, byś nie usłuchał rozkazu!… Byś hetmana opuścił i z nami poszedł, zrozumże! — rzekł zniecierpliwiony Oskierko.