Страница 62 из 111
— Ci potężni tylko potężnych do spółki przypuszczą. Radziwiłł rzucający Litwę pod szwedzkie nogi będzie pożądany… Radziwiłł wzywający pomocy przeciw Litwie będzie lekceważony.
Co czynić?
Oficerowie cudzoziemscy wytrwają przy nim, ale siły ich niedostateczne, i jeśli polskie chorągwie przejdą do wojewody witebskiego, wtedy on będzie miał losy kraju w ręku. Zresztą każdy z tych oficerów spełni wprawdzie rozkazy, ale nie poślubi sprawy radziwiłłowskiej całą duszą, nie odda się jej z zapałem, nie tylko jako żołnierz, lecz jako stro
Tu koniecznie trzeba mieć nie cudzoziemców, ale ludzi swoich, którzy by mogli pociągnąć i
Któż zaś z tych swoich opowiedział się przy księciu? Charłamp, stary, zużyty żołnierz, dobry do służby i do niczego więcej; Niewiarowski, nie lubiany w wojsku i bez wpływu; za nimi kilku i
Pozostawał Kmicic, młody, przedsiębierczy, zuchwały, okryty wielką sławą rycerską, noszący znamienite nazwisko, stojący na czele potężnej chorągwi, częścią własnym kosztem wystawionej, człowiek jakby stworzony na wodza wszystkich zuchwałych i niespokojnych duchów na Litwie, a przy tym pełen zapału. Gdyby on chwycił się sprawy radziwiłłowskiej, to chwyciłby się jej z wiarą, jaką daje młodość, szedłby za swym hetmanem na ślepo i apostołowałby w jego imieniu, a taki apostoł znaczy więcej niż całe pułki, niż całe regimenty cudzoziemców. Swą wiarę potrafiłby wlać w serca młodego rycerstwa, pociągnąć je za sobą i wypełnić ludźmi radziwiłłowski obóz.
Lecz i on zawahał się widocznie. Nie rzucił wprawdzie swej buławy pod nogi hetmana, ale nie stanął przy nim w pierwszej chwili.
„Na nikogo nie można liczyć, nikogo nie można być pewnym — pomyślał posępnie książę. — Wszyscy oni przejdą do wojewody witebskiego i nikt nie zechce się ze mną podzielić…”
— Hańbą! — poszepnęło sumienie.
— Litwą! — odpowiedziała z drugiej strony pycha.
W komnacie pociemniało, bo na knotach świec osiadły grzyby, jeno przez okna wpływało srebrne światło księżyca. Radziwiłł wpatrzył się w te blaski i zamyślił się głęboko.
Z wolna poczęło się coś mącić w tych blaskach, wstawały jakieś postacie i coraz ich było więcej, aż w końcu ujrzał książę jakoby wojska idące ku sobie z górnych szlaków szeroką księżycową drogą. Idą pułki pancerne, husarskie i lekkie petyhorskie, las chorągwi płynie nad nimi, a na czele jedzie jakiś człowiek bez hełmu na głowie, widocznie triumfator wracający po wojnie zwycięskiej. Cisza naokoło, a książę słyszy wyraźnie głos wojska i ludu: „Vivat defensor patriae! vivat defensor patriae[397]!” Wojska zbliżają się coraz więcej; już twarz wodza można rozpoznać. Buławę trzyma w ręku; z liczby buńczuków można poznać, że to hetman wielki.
— W imię Ojca i Syna! — woła książę — to Sapieha, to wojewoda witebski! A gdzie ja jestem? — i co mnie przeznaczono?
— Hańbę! — szepce sumienie.
— Litwę! — odpowiada pycha.
Książę zaklasnął w dłonie; czuwający w przyległej komnacie Harasimowicz ukazał się natychmiast we drzwiach i zgiął się we dwoje.
— Światła! — rzekł książę.
Harasimowicz poobjaśniał knoty od świec, po czym wyszedł i po chwili wrócił ze świecznikiem w ręku.
— Wasza książęca mość! — rzekł — czas na spoczynek, już drugie kury piały!
— Nie chcę! — rzekł książę. — Zdrzemnąłem się i zmora mnie dusiła. Co tam nowego?
— Jakiś szlachcic przywiózł list z Nieświeża od księcia krajczego, ale nie śmiałem wchodzić nie przyzwany.
— Dawaj co prędzej list!
Harasimowicz podał zapieczętowane pismo, książę otworzył i począł czytać, co następuje:
„Niech Waszą Książęcą Mość Bóg broni i powstrzyma od takowych zamysłów, które wieczną hańbę i zniszczenie domowi naszemu przynieść mogą. Za sam takowy zamiar nie o panowaniu, ale o włosie
Michał Kazimierz Radziwiłł[401], Książę na Nieświeżu i Ołyce, Krajczy W. Ks. Litewskiego.”
Hetman skończywszy list opuścił go na kolana i począł kiwać głową z bolesnym na twarzy uśmiechem.
— I ten mnie opuszcza, własna krew mnie się wypiera za to, żem chciał dom nasz nie znanym dotąd blaskiem przyozdobić!… Ha! trudno! Pozostaje Bogusław, i ten mnie nie opuści… Z nami elektor i Carolus Gustavus, a kto nie chce siać, ten i zbierać nie będzie…
— Hańby! — szepnęło sumienie.
— Wasza książęca mość raczy dać odpowiedź? — pytał Harasimowicz.
— Nie będzie odpowiedzi.
— Mogęż odejść i pokojowych przysłać?
— Czekaj… Czy warty pilno rozstawione?
— Tak jest.
— Ordynanse[402] do chorągwi rozesłane?
— Tak jest.
— Co robi Kmicic?
— Łbem o ścianę bił i krzyczał o potępieniu. Wił się jak piskorz. Chciał uciekać za Billewiczami, warty go nie puściły. Porwał się do szabli, musiano go związać. Teraz leży spokojnie.
— Miecznik rosieński wyjechał?
— Nie było rozkazu, żeby go wstrzymać.
— Zapomniałem! — rzekł książę. — Otwórz okna, bo duszno i astma mnie dusi. Charłampowi powiedz, żeby do Upity[403] po chorągiew ruszał i zaraz ją tu sprowadził. Pieniędzy mu dać, niech pierwszą ćwierć ludziom zapłaci i podochocić im pozwoli… Powiedz mu, że Dydkiemie w dożywocie po Wołodyjowskim weźmie. Astma mnie dusi… Czekaj!
— Wedle rozkazu waszej książęcej mości.
— Co robi Kmicic?
— Jako rzekłem waszej książęcej mości, leży spokojnie.
— Prawda! mówiłeś… Każ go tu przysłać. Potrzebuję z nim mówić. Więzy każ mu zdjąć.
— Wasza książęca mość, to człowiek szalony…
— Nie bój się, ruszaj!
Harasimowicz wyszedł; książę zaś wyjął z weneckiego biurka pudełko z pistoletami, otworzył je i położył sobie pod ręką, na stole, przy którym usiadł.
Po kwadransie czasu wszedł Kmicic wprowadzony przez czterech trabantów[404] szkockich. Książę kazał odejść żołnierzom. Zostali sam na sam.
Zdawało się, że nie ma ani jednej kropli krwi w twarzy junaka, tak była blada; oczy tylko świeciły mu gorączkowo, ale zresztą był spokojny, zrezygnowany, lubo zdawał się być pogrążony w bezgranicznej rozpaczy.
Przez chwilę milczeli obaj. Przemówił pierwszy książę: