Страница 4 из 111
On się zaś w bok ujął lewą ręką, prawą do wąsa podniósł i tak mówił:
— Jeszczem w Lubiczu nie był, jeno tu ptakiem śpieszyłem do nóg pa
— Waćpan wiedziałeś o śmierci dziadusia podkomorzego? — spytała pa
— Nie wiedziałem, alem go łzami rzewnymi opłakał, dobrodzieja mojego, gdym się o jego zgonie od owych szaraczków dowiedział, którzy z tych stron do mnie przybyli. Szczery to był przyjaciel, nieledwie brat mego nieboszczyka rodzica. Pewnie waćpa
Zmieszała nieco panienkę ta śmiała mowa, więc chcąc ją na co i
— To waćpan jeszcze swojego Lubicza nie widział?
— Czas na to będzie. Tu pierwsze służby i droższy legat[46], który naprzód chciałbym odziedziczyć. Jeno mi się waćpa
To rzekłszy, śmiały żołnierz chwycił nie spodziewającą się takiego postępku Oleńkę za ręce i ku ognisku odwrócił, tak nią jak frygą[47] zakręciwszy.
Ona zaś zmieszała się jeszcze bardziej i nakrywszy oczy długimi rzęsami, stała tak światłem i własną pięknością zawstydzona. Kmicic puścił ją wreszcie i uderzył się po kontuszu.
— Jak mi Bóg miły, rarytet[48]! Dam na sto mszy po moim dobrodzieju, że mi cię zapisał. Kiedy ślub?
— Jeszcze nieprędko, jeszczem nie waćpana — odrzekła Oleńka.
— Ale będziesz, choćbym ten dom miał podpalić! Na Boga! Myślałem, że konterfekt pochlebiony, ale to, widzę, malarz wysoko mierzył, a chybił. Sto bizunów[49] takiemu — i piece mu malować, nie one specjały, którymi oczy pasę. Miłoż to taki legat dostać, niech mnie kule biją!
— Dobrze nieboszczyk dziaduś mi powiadał, żeś waćpan gorączka.
— Tacy u nas wszyscy w Smoleńskiem, nie jak wasi Żmudzini. Raz-dwa! — I musi być, jak chcemy, a nie, to śmierć!
Oleńka uśmiechnęła się i rzekła już pewniejszym głosem, podnosząc na kawalera oczy:
— Ej! To chyba Tatarzy u was mieszkają?
— Wszystko jedno! A waćpa
— Po sercu, to jeszcze nie wiem.
— Niechbyś nie była, to bym się nożem pchnął!
— Śmiejący się to waćpan mówisz… ależ my to jeszcze w czeladnej!… Proszę do komnat. Po długiej drodze pewnie się i wieczerza przygodzi — proszę!
Tu Oleńka zwróciła się do pa
— Ciotuchna pójdzie z nami?
Młody chorąży spojrzał bystro:
— Ciotuchna? — spytał. — Jaka ciotuchna?
— Moja, pa
— A to i moja — odparł zabierając się do rąk całowania. — Dla Boga! Toż ja mam w chorągwi towarzysza, który się zwie Kulwiec-Hippocentaurus[50]. Czy nie krewniak, proszę?
— To z tych samych! — odrzekła dygając stara pa
— Dobry chłop, ale wicher jak i ja! — dodał Kmicic.
Tymczasem wyrostek ukazał się ze światłem, więc przeszli do sieni, gdzie pan Andrzej szubę z siebie zrzucił, a potem na drugą stronę, do komnat gości
Zaraz po ich odejściu prządki zbiły się w ciasną gromadkę i nuż jedna przez drugą gadać a uwagi czynić. Strojny młodzian podobał się im bardzo, więc i nie szczędziły mu słów, wzajemnie się w pochwałach przesadzając.
— Łuna od niego bije — mówiła jedna. — Kiedy wszedł, myślałam, że królewicz.
— A oczy ma jak ryś, aż nimi kłuje — odrzekła druga. — Takiemu się nie przeciw!
— Najgorzej się przeciwiać! — odpowiedziała trzecia.
— Pa
— Ale i on nie gorszy, nie bój się! Żeby ci się taki zdarzył, poszłabyś i do Orszy, choć to podobno na końcu świata.
— Szczęśliwa pa
— Bogatym zawsze lepiej na świecie. Ej, ej! Złotoż to, nie rycerz!
— Mówiły pacunelki, że i ten rotmistrz, któren jest w Pacunelach u starego Pakosza, piękny kawaler.
— Nie widziałam ja go, ale gdzie jemu do pana Kmicica! Już takiego chyba na świecie nie ma!
— Padłas! — zawołał nagle Żmudzin, któremu znów się coś w żarnach popsuło.
— A nie pójdziesz, ty kudłaty, ze swoimi wymysłami! Dajże już spokój, bo się i dosłyszeć nie można!… Tak, tak! Trudno lepszego niż pan Kmicic na całym świecie znaleźć! Pewnie i w Kiejdanach[51] takiego nie ma!
— Taki to się i przyśni!
— Niechby się choć przyśnił…
W taki to sposób rozprawiały ze sobą szlachcianki w czeladnej. Tymczasem nakrywano co duchu w izbie stołowej, a w gości
Pan Andrzej nie zdejmował wzroku z Oleńki i oczy iskrzyły mu się coraz bardziej, na koniec rzekł:
— Są ludzie, którym majętność nad wszystko milsza, i
— Słyszałam, że tak płoche czynią, ale jam nie taka.
— A oczy jakoby z nieba! Od konfuzji[52] słów mnie brakuje.
— Nie bardzoś waćpan skonfundowany, gdy tak obcesem[53] na mnie nastajesz, aż mnie i dziwno.
— To też obyczaj nasz smoleński: do niewiast czy w ogień śmiało iść. Musisz, królowo, do tego przywyknąć, bo tak zawsze będzie.
— Musisz waćpan odwyknąć, bo nie może tak być.
— Może się i poddam, niech mnie usieką! Wierz, waćpa
— Ejże, nic to nie szkodzi, bo i mój dziaduś żołnierzem był, ale dziękuję za dobrą chęć! — odrzekła Oleńka i oczy jej spojrzały tak słodko na pana Andrzeja, że mu od razu serce jak wosk stopniało i odrzekł:
— Waćpa
— Oj, niepodobny waćpan do takich, których na nitce wodzą! Najtrudniej to z niestatecznymi.
Kmicic ukazał białe jakoby wilcze zęby w uśmiechu.
— Jak to? — rzekł. — Małoż to ojcowie nałamali na mnie rózeg w konwencie[54], abym do statku[55] przyszedł i różne piękne maksymy spamiętał, przewodniczki żywota…
— A którążeś najlepiej spamiętał?
— „Kiedy kochasz, padaj do nóg” — ot tak!
To rzekłszy, pan Kmicic już był na kolanach, panienka zaś wołała, chowając nogi pod stołek:
— Dla Boga! Tego w konwencie nie uczyli! Daj waćpan spokój, bo się rozgniewam… i ciotka zaraz przyjdzie…
On zaś, klęcząc ciągle, podniósł głowę w górę i w oczy jej patrzył.
— A niech i cała chorągiew ciotek nadciągnie, nie zaprę się ochoty!
— Wstańże waćpan.
— Już wstaję.
— Siadaj waćpan.
— Już siedzę.
— Zdrajca z waćpana, Judasz!
— A nieprawda, bo jak całuję, to szczerze!… Chcesz się przekonać?
— Ani się waćpan waż!
Pa