Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 29 из 111

— To waćpan nie z tych stron rodem?

— Nie, mościa pa

— Żeby to wszyscy byli do waćpana podobni! — westchnęła pa

— Waćpa

Pa

— Ma on za swoje — mówił dalej pan Wołodyjowski — choć mi mówiono, że zdrów będzie, to jednak od kary się nie wywinie. Wszyscy zacni ludzie go potępili, i aż nadto, bo powiadają, że się z nieprzyjacielem związał, aby od niego posiłki otrzymać, co jest nieprawda, gdyż ci ludzie, z którymi waćpa

— Skąd to waćpan wiesz? — spytała żywo pa

— Od samych tych ludzi. Dziwny to człowiek ów Kmicic, bo gdym mu sam zdradę przed pojedynkiem zadał, tedy nie zaprzeczył, chociaż niesłusznie go posądziłem. Pycha widać w nim diabelska.

— I waćpan to mówisz wszędy, że on nie zdrajca?

— Nie mówiłem, bom sam nie wiedział, ale teraz będę mówił. Toć nie godzi się choćby na największego wroga takiego oszczerstwa rzucać.

Oczy pa

— Z waćpana tak zacny człowiek, tak zacny, jak rzadko!…

Pan Wołodyjowski zaczął raz po razu ruszać wąsikami z ukontentowania.

„Do rzeczy, Michałku! Do rzeczy, Michałku!” — rzekł do siebie w myśli.

Po czym głośno do pa

— Więcej waćpa

Tu pan Wołodyjowski upadł na oba kolana przed Oleńką.

— Moja mościa pa

Pa

— Ubogim żołnierz, alem szlachcic i człek uczciwy, i na to ci przysięgam, że ni na mojej tarczy, ni na moim sumieniu najmniejszej plamy nie znajdziesz. Grzeszę może pośpiechem, ale i to wyrozumiej, bo mnie ojczyzna woła, której dla ciebie nawet nie odstąpię… Nie pocieszyszże mnie? Nie dodasz otuchy? Nie rzekniesz dobrego słowa?

— Waćpan żądasz ode mnie niepodobieństwa… Na Boga! Nie może to być! — odpowiedziała ze strachem Oleńka.

— Od twojej woli zależy…

— Właśnie dlatego wręcz waćpanu odpowiadam: nie!

Tu pa

— Mości panie! wi

Pan Wołodyjowski wstał.

— Waćpa

— Nie mogę!

— I to ostatnie słowo waćpa

— Ostatnie i nieodwołalne.

— A może jeno pośpiech się waćpa

— Nie mogę, nie mogę…

— Nie masz tedy tu dla mnie szczęścia, jako go i gdzie indziej nie było! Moja mościa pa

Oleńka chwyciła się rękoma za skronie i powtórzyła kilkakrotnie:

— Boże, Boże, Boże!

Ale ta jej boleść nie przejednała pana Wołodyjowskiego, który skłoniwszy się, wyszedł zły i gniewny, po czym zaraz siadł na koń i odjechał.

— Noga moja więcej tam nie postoi — rzekł głośno. Pachołek Syruć, jadący z tyłu, przysunął się zaraz.

— Co wasza mość mówi?

— Głupiś! — odpowiedział pan Wołodyjowski.

— To już mnie wasza mość powiedział, jakeśmy w tamtą stronę jechali.

Nastało milczenie; po czym pan Michał znów mruczeć począł:

— Niewdzięcznością mnie tam nakarmiono… Wzgardą za afekt zapłacono… Przyjdzie chyba do śmierci w kawalerstwie służyć. Tak już napisano… Jechałże sęk taki los!… Co rusz, to rekuza… Nie masz sprawiedliwości na tym świecie!… Co ona sobie przeciw mnie upatrzyła?

Tu pan Wołodyjowski zmarszczył brwi i począł silnie pracować głową; nagle uderzył się dłonią po nodze.

— Wiem już! — zakrzyknął. — Ona tamtego jeszcze miłuje… nie może inaczej być.

Ale ta uwaga nie rozjaśniła mu twarzy.

„Tym ci gorzej dla mnie — pomyślał po chwili — bo jeśli ona go po tym wszystkim jeszcze miłuje, to i nie przestanie go miłować. Co miał uczynić najgorszego, to już uczynił. Na wojnę ruszy, sławy nabędzie, reputację poprawi… I nie przystoi mu w tym przeszkadzać… raczej trzeba dopomóc, bo to dla ojczyzny korzyść… Ot, co jest! żołnierz on dobry… Ale czym ją tak skaptował? kto zgadnie… I

Tu pan Wołodyjowski rozczulił się nad dolą Oleńki i począł głową kręcić, ustami cmokać, wreszcie rzekł:

— Niech jej tam Bóg sekunduje! Nie mam do niej urazy! Nie pierwsza to dla mnie rekuza, a dla niej pierwsza boleść. Niebożątko ledwie zipie od trosków[220], jeszczem jej oczy wykłuł tym Kmicicem i do reszty żółcią napoił. Nie godziło mi się tego czynić i naprawić wypada. Bodaj mnie kule biły, bom po grubiańsku postąpił. Napiszę do niej list, żeby odpuściła, a potem w czym będę mógł, to i pomogę.