Страница 27 из 111
— Niech żyje nasza pa
W godzinę później wracał pan Wołodyjowski na czele laudańskich ku zaściankom. Słońce już weszło, ranek na świecie był radosny, prawdziwie wiose
— Dziw, jak cudna! — mruczał sam do siebie. — Istna księżniczka… Hm! ocaliłem jej cnotę, a pewnie i życie, bo choćby prochy nie wysadziły skarbczyka, byłaby z samego strachu umarła… Powi
Rozdział VIII
Te myśli spać mu nie dały następnej nocy. Przez kilka dni ciągle jeszcze rozmyślał o pa
„A jeśli ona tamtego jeszcze pamięta i miłuje?”
— Nie może być! — powtórzył sobie pan Wołodyjowski. — Gdyby go nie odpaliła, to by jej gwałtem nie brał.
Okazała wprawdzie nad nim miłosierdzie niezwyczajne, ale niewieścia to rzecz litować się nad ra
Młoda jest, bez opieki, czas jej za mąż. Do klasztoru widocznie nie ma wokacji[194], bo już by poszła. Było czasu dość. Tak gładką pa
— A i tobie czas się ustatkować, Michałku! — mówił do siebie pan Wołodyjowski. — Młodyś jeszcze, ale lata prędko biegną. Fortuny się nie dosłużysz, chyba więcej ran w skórze. A bałamuctwom koniec będzie.
Tu panu Wołodyjowskiemu przesunął się przez pamięć cały szereg panien, do których już wzdychał w życiu. Były między nimi i bardzo urodziwe, i z wielkiej krwi idące, ale milszej nie było i zacniejszej, i godniejszej. Toż ten ród i tę pa
Czuł pan Wołodyjowski, że mu się trafia gratka, jaka się drugi raz może nie trafić, a to tym bardziej, że pa
— Co tu zwłóczyć! — mówił sobie. — Czego lepszego się doczekam? Trzeba tentować[195].
Ba! ale tu wojna za pasem. Ręka zdrowa. Wstyd rycerzowi w zaloty chodzić, gdy ojczyzna ręce wyciąga i ratunku prosi. Pan Michał miał zacne serce żołnierskie i choć od pacholęcia prawie służył, choć we wszystkich wojnach, jakie za jego czasów były, udział brał — wiedział przecie, co ojczyźnie winien, i o spoczynku nie myślał.
Ale właśnie dlatego, że nie dla zysków, zasług, chlebów, jeno z duszy całej ojczyźnie służył i sumienie miał pod tym względem czyste, czuł swoją wartość i to dodawało mu otuchy.
„I
Poznał jednak, że skoro nie było czasu na zaloty, trzeba było prędko działać i wszystko od razu na hazard wystawić: pojechać, oświadczyć się z miejsca i albo po przyspieszonych zapowiedziach ślub wziąść[196], albo zjeść arbuza[197].
— Jadłem nieraz, zjem i teraz! — mruczał pan Wołodyjowski ruszając żółtymi wąsikami. — Co mi szkodzi!
Była jednak pewna strona w tym nagłym postanowieniu, która mu się nie podobała. Oto zadawał sobie pytanie: czy jadąc z oświadczeniem tak zaraz po uratowaniu pa
— Może to i nie będzie po kawalersku?
Ba! ale za cóż żądać wdzięczności, jeśli nie za usługę? A jeśli ów pośpiech nie pójdzie po sercu pa
— Tak i pojadę! — mówił sobie pan Wołodyjowski.
Lecz po chwili znowu i
Wtedy wszystko przepadnie.
Że przepadnie, czuł to pan Wołodyjowski doskonale; bo pominąwszy pa
Wtedy wszystko przepadnie!… I kołatajże się dalej, żołnierzu-tułaczu, z obozu do obozu, z bitwy na bitwę, bez dachu na świecie, bez duszy żywej bliskiej. Rozglądaj się po wojnie na cztery strony świata, nie wiedząc, gdzie głowę poza cekhauzem[199] złożyć!
Ostatecznie pan Wołodyjowski nie wiedział, co czynić.
Ciasno mu się jakoś uczyniło w pacunelskim dworku i duszno, więc wziął czapkę, by wyjść trochę na drogę i słońca majowego zażyć. W progu natknął się na jednego z ludzi Kmicicowych w niewolę wziętych, któren staremu Pakoszowi przypadł w udziale. Kozak grzał się na słońcu i na bandurze brzdąkał.
— A co ty tu robisz? — pytał pan Wołodyjowski.
— Hraju, pane[200] — odpowiedział Kozak, podnoszą wynędzniałą twarz.
— Skąd ty jesteś? — pytał dalej pan Michał, kontent[201], że ma jakowąś w rozmyślaniach przerwę.
— Z daleka, pane, spod Zwiahla[202].
— Czemużeś to nie umknął jako reszta twoich towarzyszów? O, tacy synowie! Darowała was szlachta życiem w Lubiczu, by mieć robociznę, a wyście zaraz poumykali, ledwie z was łyka zdjęto.
— Ja nie ucieknę. Tu zdechnę jak sobaka[203].
— Takżeś tu sobie upodobał?
— Komu lepiej na polu, to umyka, a mnie tu lepiej. Ja miał nogę przestrzeloną, a tu mnie ją obwinęła szlachcianka, starego córka, i dobre słowo rzekła. Takiej ja krasawicy na oczy nie widział… Na co mnie odchodzić?
— Któraż ci tak dogodziła?
— Marysia.
— I ty już ostaniesz?
— Jeśli zdechnę, to i wyniosą, a nie, to ostanę.
— Zali myślisz u Pakosza córkę wysłużyć?
— Ne znaju, pane[204].
— Pierwej by takiemu hołyszowi[205] śmierć dał niż córkę.
— U mnie czerwońce w lesie zakopane: dwie garści.
— Z rozboju?
— Z rozboju, pane.
— Choćbyś i garniec miał, toś chłop, a Pakosz szlachcic.