Страница 75 из 146
— Co nam pozostaje?… — powtórzył książę Heski.
Wszystkie oczy zwróciły się na Wrzeszczowicza, ten zaś rzekł:
— Ratować honor!
Śmiech krótki, urywany, podobniejszy do zgrzytu zębów, wydobył się z ust Millera, którego Poliocertesem zwano.
— Pan Wrzeszczowicz chce nas nauczyć, jak wskrzeszać zmarłych — rzekł.
Wrzeszczowicz udał, że nie słyszy.
— Honor uratowali tylko polegli — rzekł Sadowski.
Miller począł tracić zimną krew.
— I ten klasztor stoi tam jeszcze?… Ta Jasna Góra, ten kurnik?!… I ja go nie zdobyłem?!… I my odstępujemy?… Czyli to sen, czy mówię na jawie?…
— Ten klasztor, ta Jasna Góra stoi tam jeszcze — powtórzył słowo w słowo książę Heski — i my odstępujemy… pobici!…
Nastała chwila milczenia; zdawało się, że wódz i jego podwładni znajdują jakąś dziką rozkosz w rozpamiętywaniu własnego upokorzenia i wstydu.
Wtem Wrzeszczowicz głos zabrał i mówił z wolna i dobitnie:
— Nieraz trafiało się — rzekł — we wszystkich wojnach, że oblężona forteca okupowała się oblegającym, a wówczas ci odchodzili jak zwycięzcy, bo kto składa okup, ten tym samym zwyciężonym się uznaje.
Oficerowie, którzy z początku ze wzgardą i lekceważeniem słuchali słów mówiącego, teraz poczęli słuchać uważniej.
— Niech ten klasztor złoży nam jakikolwiek okup — mówił dalej Wrzeszczowicz — wówczas nikt nie powie, żeśmy go zdobyć nie mogli, jeno żeśmy nie chcieli.
— Ale czy oni się zgodzą? — spytał książę Heski.
— Moją głowę w zakład stawię — odparł Weyhard — i więcej nad to: mój honor żołnierski!
— Może to być! — rzekł nagle Sadowski. — Mamy dość tego oblężenia my, ale mają go dość i oni. Co wasza dostojność o tym myśli?
Miller zwrócił się do Wrzeszczowicza:
— Niejedną ciężką, cięższą niż kiedykolwiek w życiu chwilę przebyłem z przyczyny waszych rad, panie hrabio, jednak za tę ostatnią dziękuję i wdzięczność zachowam.
Wszystkie piersi lżej odetchnęły. Rzeczywiście, nie mogło już chodzić o nic i
Nazajutrz, w dzień świętego Szczepana, oficerowie zgromadzili się co do jednego, aby wysłuchać odpowiedzi księdza Kordeckiego na list Millera, który obejmował propozycję okupu, a był wysłany od rana.
Przyszło długo czekać. Miller udawał wesołość, ale przymus był widoczny w jego twarzy. Nikt z oficerów nie mógł usiedzieć na miejscu. Wszystkie serca biły niespokojnie.
Książę Heski i Sadowski stali pod oknem, rozmawiając z cicha.
— Co waszmość myślisz? zgodzą się? — zapytał pierwszy.
— Wszystko za tym mówi, że się zgodzą. Kto by nie chciał pozbyć się tak straszliwego bądź co bądź niebezpieczeństwa za cenę kilkunastu tysięcy talarów, zwłaszcza że mnisi światowych ambicyj i żołnierskich honorów nie mają, a przynajmniej mieć nie powi
— Ile zażądał?
— Czterdzieści tysięcy talarów od mnichów, a dwadzieścia od szlachty. No! ale w najgorszym razie będą się chcieli potargować.
— Ustępujmy, na Boga, ustępujmy! Gdybym wiedział, że nie mają pieniędzy, wolałbym im ze swoich pożyczyć, byle chociaż z pozorem honoru pozwolili nam odejść.
— A ja powiem waszej książęcej mości, że lubo[462] tym razem uznaję radę Wrzeszczowicza za dobrą i wierzę w to, że się okupią, taka mnie gorączka trawi, że wolałbym dziesięć szturmów niż to oczekiwanie.
— Uf! masz waszmość słuszność. Ale ten Wrzeszczowicz jednak… może zajść wysoko…
— Choćby na szubienicę.
Rozmawiający nie odgadli. Hrabiego Weyharda Wrzeszczowicza czekał bowiem gorszy los nawet od szubienicy[463].
Lecz tymczasem huk wystrzałów przerwał im dalszą rozmowę.
— Co to jest? strzały z fortecy?! — krzyknął Miller.
I zerwawszy się jak opętany, wybiegł z izby.
Wybiegli za nim wszyscy i poczęli nasłuchiwać. Odgłos regularnych salw dochodził istotnie z fortecy.
— Dla Boga! jakie to może mieć znaczenie?… Biją się w środku czy co?! — wołał Miller — nie rozumiem!
— Ja to waszej dostojności wytłumaczę — rzekł Zbrożek — dziś święty Szczepan, imieniny panów Zamoyskich, ojca i syna, na ich to cześć strzelają.
Wtem i okrzyki wiwatowe doszły z fortecy, a za nimi nowe salwy.
— Dość mają prochów! — rzekł ponuro Miller. — To nowa dla nas wskazówka.
Lecz los nie oszczędził mu i drugiej, bardziej bolesnej wskazówki. Oto żołnierze szwedzcy tak już byli zniechęceni i na duchu upadli, że na odgłos strzałów fortecznych oddziały pilnujące najbliższych szańców opuściły je w popłochu.
Miller widział cały jeden regiment wybornych strzelców smalandzkich, który w zamieszaniu schronił się aż pod jego kwaterę; słyszał także, jak oficerowie powtarzali między sobą na ten widok:
— Czas, czas, czas odstąpić!
Lecz powoli uspokoiło się wszystko — jedno wrażenie pognębiające zostało. Wódz, a za nim podkomendni weszli znów do izby i czekali, czekali niecierpliwie; nawet nieruchoma aż dotąd twarz Wrzeszczowicza zdradzała niepokój.
Na koniec brzęk ostróg rozległ się w sieni i wszedł trębacz, cały zarumieniony od mrozu, z wąsami okrytymi szronem oddechu.
— Odpowiedź z klasztoru! — rzekł, oddając sporą paczkę, obwiniętą w chustkę kolorową, związaną sznurkiem.
Millerowi drżały nieco ręce i wolał przeciąć sznurek puginałem niż odwiązywać go z wolna. Kilkanaście par oczu utkwionych było nieruchomie w paczkę, oficerowie oddech wstrzymali.
Jenerał odwinął jeden skład chusty, drugi, trzeci i odwijał coraz spieszniej, aż wreszcie na stół wypadła paczka opłatków.
Wówczas pobladł i choć nikt nie potrzebował objaśnienia, co znajdowało się w chustce, rzekł:
— Opłatki!…
— Nic więcej? — spytał ktoś z tłumu.
— Nic więcej — odpowiedział jak echo jenerał.
Nastała chwila milczenia, przerywana tylko głośnymi oddechami, czasem też rozległ się zgrzyt zębów, czasem trzaśniecie rapierem.
— Panie Wrzeszczowicz — rzekł wreszcie Miller strasznym i złowrogim głosem.
— Nie ma go już! — odpowiedział jeden z oficerów.
I znów nastało milczenie.
Natomiast w nocy zapanował ruch w całym obozie. Ledwie światła dzie
— Czy nowy szturm na jutro? — mówili strażnicy przy bramach.
Lecz nie mogli nic widzieć, bo z wieczora niebo zawlokło się chmurami i począł padać śnieg obfity.
Gęste jego płaty przesłaniały świat. Około piątej w nocy wszystkie odgłosy ucichły, lecz śnieg padał coraz gęstszy. Na murach i blankach wież tworzył nowe mury, nowe blanki. Pokrył cały klasztor i kościół, jakby go chciał ukryć przed wzrokiem najezdników, otulić i osłonić przed ognistymi pociskami.
Na koniec poczęło szarzeć i dzwonek ozwał się już na jutrznię, gdy żołnierze strażujący przy południowej bramie usłyszeli parskanie konia.
Przed bramą stał chłop, cały zasypany śniegiem; za nim widać było na wjazdowej drodze niskie, małe sanki drewniane, zaprzężone w chudą i poszerszeniałą szkapę.
Chłop począł „zabijać” ręce, przestępować z nogi na nogę i wołać:
— Ludzie, a otwórzcie tam!
— Kto żywie? — zapytano z murów.
— Swój, ze Dzbowa!… Przywiozłem dobrodziejom zwierzynę.
— A jakże cię to Szwedy puścili?
— Jakie Szwedy?
— Którzy kościół oblegają.
— Oho, nie masz już nijakich Szwedów!
— Wszelki duch Boga chwali! Odeszli?
— Juże za nimi i ślady zasypało!
Wtem gromady łyczków i chłopów zaczerniały na drodze: jedni jechali ko
— Nie masz Szwedów! nie masz!
— Poszli do Wielunia!
— Otwórzta tam bramy! Ni człeka w obozie!