Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 39 из 84

Newton, pomimo najszczerszych wysiłków, nigdy nie spotkał na żadnej drodze takiego wozu jak ten. Przez całe lata, bez wielkie­go przekonania, w obecności swych przyjaciół wychwalał jego sprawność i konstrukcję z rozpaczliwą nadzieją, że któryś z nich kupi podobny, bo niedola lubi, gdy ktoś ją dzieli.

Daremnie podkreślał, że wóz ma silnik o pojemności 823 cen­tymetrów szeście

W tym wypadku nowoczesność była zapewne na poziomie wy­nalazku koła garncarskiego.

Przyjaciele kiwali głowami, zgadzali się z nim całkowicie, a w głębi duszy postanawiali, że jeśli kiedykolwiek będą mieli wybór między zakupem Wasabi i chodzeniem pieszo, zainwestują w parę butów. Zresztą to i tak na jedno wychodziło, gdyż podstawową przy­czyną niewiarygodnej wydajności silnika Wasabi był fakt, że mnó­stwo czasu wóz spędzał w garażach, oczekując, aż wały korbowe i tym podobne rzeczy dotrą pocztą od jedynego żyjącego przed­stawiciela Wasabi w Nigirizushi, Japonia.

Jadąc w mglistym, podobnym do skutków medytacji zeń tran­sie, który ogarnia większość kierowców, Newton zorientował się, że właśnie rozważa, jak należy używać szpili. Czy należy powiedzieć: Mam szpilę i nie boję się jej użyć? Mam Szpilę, będę Podróżować... Szpilodyta... Człowiek ze Złotą Szpilą... Szpile Nawarony...

Zapewne zainteresowałaby Newtona wiedza o takich faktach, iż z trzydziestu dziewięciu tysięcy kobiet badanych za pomocą szpil w ciągu wieków tropienia czarownic dwadzieścia dziewięć tysięcy powiedziało “ojej", dziewięć tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć nie powiedziało nic dlatego, iż użyto wyżej opisanych szpil chowających się w oprawce, jedna zaś wiedźma oświadczyła, że za pomocą szpili została cudownie uleczona z reumatyzmu nogi.

Nazywała się Agnes Nutter.

Była wielką klęską Armii Tropicieli Wiedźm.

* * *

Jeden z pierwszych zapisów w “Przistoynych i akuratnych profecyach" dotyczył własnej śmierci Agnes Nutter. Anglicy, będąc w ogóle gatunkiem bezde

Jedna z przyczyn ku temu, być może miała coś wspólnego ze sposobem, w jaki zginęła Agnes Nutter, co mniej więcej położyło kres modzie polowania na czarownice w Anglii. Wyjący tłum, do­prowadzony do ostatecznej furii jej zwyczajem ujawniania inteli­gencji, krążenia po okolicy i leczenia ludzi, przybył do jej domu pewnego kwietniowego wieczoru i stwierdził, że siedzi ona w płasz­czu i oczekuje ich.

— Omieszkaliście[37] - powiedziała im. - Powi

A wówczas powstała i z wolna, chromając wyszła z domu i po­dążyła przez środek nagle umilkłego tłumu aż do stosu pośpiesznie skleconego na wioskowym wygonie. Legenda mówi, że z trudem wspięła się na stos i otoczyła słup za sobą rękami.

'— Zadzierzgnięty należycie - rzekła zdumionemu tropicielowi wiedźm. A potem, gdy włościanie chyłkiem mieli się ku stosowi, uniosła swą piękną, oświetloną pochodniami twarz i wyrzekła: -Przysuńcie się zaiste blizko, dobrzy ludzie. Przybliżcie się, aż nie­omal ogień was przipiecze, bo poprzysięgam was, że każden uźrzeć musi, jak ostatnia prawa wiedźma w Anglicy ginie. Bo wiedźmą wie-rę iestem, iako taka zostałam przekonana[38] chocia y nie wiem, jaką moja prawdziwa zbrodnia bydź miała. A przeto niechay moja śmierć będzie przesianiem dla świata. Przysuńcie się zaiste bliży, rzekłam, y zapomniycie[39] dobrze. Los wszelakich, którzy do Rzeczy się mieszają, o których y poiąć są niewładne.

Potem zaś, zdało się, z uśmiechem spojrzała na niebo nad wio­ską i dodała:

— To y ciebie się tyczę, ty pomieszany stary głupcze.

Zaś po owym dziwacznym bluźnierstwie nic już nie powiedzia­ła. Pozwoliła się zakneblować, a gdy pochodnie przyłożone zostały do suchego drewna, stała z wyniosłą miną.

Tłum przybliżył się jeszcze, w nim zaś jeden czy dwóch ludzi nie całkiem pewnych, czy jeśli dobrze pomyśleć, uczynili rzecz wła­ściwą.

W trzydzieści sekund później wybuch zmiótł wioskowy wygon, skosił w dolinie do czysta wszystko co żywe, a widoczny był daleko, nawet w Halifax.

Wiele w następstwie debatowano, czy zostało to zesłane przez Boga czy przez Szatana, ale list znaleziony później w domku Agnes Nutter wskazywał, że jeśli nawet nastąpiła jakaś boska czy diabelska interwencja, materialnie dopomogła jej zawartość spódnic Agnes, wśród których z niejaką zapobiegliwością ukryła osiemdziesiąt fun­tów prochu strzelniczego i czterdzieści funtów bretnali.

Ponadto Agnes pozostawiła na stole kuche

Ludzie, którzy je odnaleźli — a byli to mieszkańcy sąsiedniej wsi, których obudziła eksplozja - najpierw pomyśleli, by zignoro­wać instrukcje i po prostu spalić domek, ale następnie rozejrzeli się dookoła po migoczących płomykach oraz naszpikowanych gwoździami szczątkach i doszli do wniosku, że tego nie uczynią. A ponadto liścik Agnes zawierał zasmucające dokładną przepo­wiednię, co się stanie z tymi, którzy nie wykonają jej poleceń.

Człowiekiem, który podpalił stos Agnes Nutter, był major tro­piciel wiedźm. Znaleziono jego kapelusz na drzewie o trzy mile stamtąd.

Jego nazwisko, wyszyte na nader pokaźnym kawałku wstążki, brzmiało Nie-Cudzołóż Pulsifer i był on jednym z najpilniejszych tropicieli wiedźm. Być może dostarczyłaby mu pewnego zadowole­nia wiedza, że jego ostatni żyjący potomek w tym właśnie momen­cie kieruje się, choćby i nieświadomie, ku ostatniej żyjącej potom-kini Agnes Nutter. Mógłby doznać uczucia, że wreszcie dokonuje się pewna pradawna zemsta.

Lecz gdyby wiedział, co w istocie nastąpi, gdy ów potomek ją spotka, przewróciłby się w grobie, gdyby oczywiście kiedykolwiek takowy posiadał.

* * *

Ale najpierw Newton musiał coś zrobić w związku z lata­jącym spodkiem.

Spodek wylądował wprost przed nim na drodze, właśnie w chwili, gdy Newton próbował odnaleźć przecznicę do Lower Tadfield i na kierownicy miał rozłożoną mapę. Musiał więc gwał­townie zahamować.

Spodek wyglądał dokładnie tak, jak go rysowano we wszyst­kich kiedykolwiek oglądanych przez Newtona komiksach.

Gdy zagapił się nań nad brzegiem mapy, odsunęły się na bok drzwi z całkowicie zadowalającym sykiem, ukazując połyskujący trap, który automatycznie wysunął się do dołu, na drogę. W środ­ku rozbłysło jasne błękitne światło, a na jego tle zarysowały się trzy pozaziemskie sylwetki. Zeszły po trapie. A przynajmniej zeszły dwie. Trzecia, wyglądająca jak pieprzniczka, ześlizgnęła się po nim i na samym dole przewróciła.

Pozostałe dwie zignorowały jej zapamiętałe popiskiwanie i bar­dzo powoli podeszły do samochodu, na sposób przyjęty w całym świecie przez policjantów, już układających w myśli treść mandatu. Wyższa z nich - żółta ropucha odziana w kuche