Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 24 из 84

Gdy jednak Murchison, Van Horne i Anforth spotkali się na gruzach lepianki koło Bejrutu, w ziemiance w Afganistanie albo pod namiotem w Sudanie, po pobieżnych oględzinach i komple­mentach na temat nowych blizn, tudzież kilku głębszych, nie­odmie

— W tym szmatławcu za cholerę nie wiedzą, kogo mają - ma­wiał zwykle Murchison.

W rzeczywistości redakcja “National World Weekly" doskona­le wiedziała, kogo ma: korespondenta woje

bardzo wiedziała, jakim cudem go zdobyła, ani też co z tym fantem zrobić.

W przeciętnym numerze NWW można było przeczytać o go­ściu z Des Moines, który zobaczył twarz Jezusa w podwójnym ham­burgerze z sałatką, o Ehisie Presleyu na bramce w Burger Lord, o tym jak żona pomywacza z Des Moines, słuchając Elvisa Presleya, została cudownie wyleczona z chronicznej czkawki, o tym, że hor­dy wilkołaków szalejące na Środkowym Zachodzie są w prostej linii potomkami pioniera zgwałconego przez Wielką Stopę oraz o tym, że wielki Elvis został zabrany przez przybyszów z kosmosu, gdyż był za dobry dla niewdzięcznych Ziemian[22].

Te i podobne informacje wypełniały stronice “National World Weekly", który osiągał cztery miliony nakładu i korespondent wo­je

Redakcja płaciła Rudej Zuigiber worek pieniędzy, żeby w porę znalazła jakąś wojnę i była na miejscu z dzie

Postępowanie takie zdaniem kolegium redakcyjnego było cał­kowicie usprawiedliwione, gdyż Zuigiber jako korespondent zupeł­nie się nie sprawdzała, za to bez wątpienia jej uroda robiła na wszystkich oszałamiające wrażenie, co miało niebagatelne znacze­nie nie tylko dla redakcji “National World Weekly". W nadesłanych przez nią materiałach zwykle było dużo o facetach mordujących się nawzajem w różnych miejscach na Ziemi, za to ani słowa świadczą­cego, że zrozumiała podłoże konfliktu i aspekt humanitarny tegoż. Czasami zlecali zredagowanie, a właściwie przerobienie jej mate­riału któremuś z odporniejszych kolegów. (Jezus ukazał się dziewię­cioletniemu Manuelowi Gonzalesowi w czasie bitwy nad Rio Concor-sa i kazał mu wracać do domu, bo mama zaczęła się martwić. Wie­działem na pewno, że to Jezus! - oświadczył dziewięcioletni bohater - bo wyglądał tak samo jak ten na śniadaniówce z hamburgerem).

Przeważnie jednak “National World Weekly" pozostawiał ją w spokoju, a nadesłany materiał pieczołowicie wrzucał do kosza.

To nie interesowało specjalnie ani Murchisona, ani Van Horne'a, ani Anfortha. Wystarczyło im, że gdziekolwiek wybuchłą wojna, Ru­da Zuigiber była pierwsza. A nawet jeszcze przed czasem.

—Jak ona to robi, do diabła? - pytali jeden drugiego z niedowie­rzaniem. A gdy ich oczy spotkały się w czasie rozmowy, zdawały się mówić: gdyby była samochodem, to na pewno ferrari, to kobieta z gatunku tych, które widuje się u boku generalissimusów banano­wych republik w przeddzień zamachu stanu, a nie z facetami jak my. Ale z nas szczęściarze.

Pani Zuigiber uśmiechnęła się i zamówiła następną kolejkę dla wszystkich na koszt “National World Weekly" obserwując rozgrywa­jące się wokół bójki. Uśmiech nie opuścił jej twarzy nawet na chwilę. Dobrze wybrała. Dzie

Każdemu potrzebny jest wypoczynek. Ruda Zuigiber wyjechała na pierwszy od jedenastu lat urlop.

Znajdowała się na małej wysepce na Morzu Śródziemnym żyją­cej z turystyki. Już samo to było osobliwe. Ruda wyglądała na kobie­tę, która tylko wtedy spędza urlop na wyspie mniejszej niż Australia, gdy jest w zażyłych stosunkach z właścicielem. Gdyby wtedy ktoś po­wiedział komuś z miejscowych, że za miesiąc na wyspie wybuchnie wojna, tubylec roześmiałby mu się w twarz i znacząco popukał w czo­ło albo powtórzył sły

A tak jest teraz.

Poważne rozbieżności religijne i polityczne wątpliwości czyją własnością jest wyspa, podzieliły ludność na trzy zwalczające się na­wzajem frakcje. Zburzono figurę Matki Boskiej na rynku i rozpę­dzono turystów.

Ruda Zuigiber siedziała w barze hotelu “Palomar del Soi", po­pijając coś, co miało być koktajlem. W drugim końcu sali zmęczony pianista se

Pamiętasz Capri i tę noc w tataraku twoje. ..

Przez wybite okno wpadł do środka osobnik z nożem w zębach, kałasznikowem w jednej ręce i granatem w drugiej.

Ghałughe ghe ghoghe tghymenu —przerwał, wyjął nóż i powtó­rzył: — Zajmuję ten hotel w imieniu Protureckiej Organizacji Wyzwo­lenia!

Ostatnich dwoje wczasowiczów[24] schowało się pod stołem. Ruda wyjęła ze szklanki kandyzowaną wisienkę, zbliżyła ją do karmino­wych ust, tak że kilku dżentelmenów na sali poczuło dziwną sztyw­ność w górnych partiach spodni...

Pianista wstał, sięgnął do pianina i wyciągnął starego schmei-ssera.

— Ten hotel został zajęty przez Tymczasowe Skrzydło Brygady Progreckiej — zawołał. -Jeden fałszywy krok, a zobaczysz na żyrando­lu swoje jaja.

Przy drzwiach zakotłowało się. Po chwili stanął w nich czarno­brody osiłek ze złotym zębem i z prawdziwym, ale już przestarzałym gatlingiem. Towarzyszyło mu kilku nie mniej zarośniętych, za to bar­dziej szczerbatych drabów.

— Ogłaszam, że ten hotel, od lat symbol faszystowsko-imperiali-stycznego reżimu grecko-tureckich krwiopijców turystyki, z racji swe­go znaczenia strategicznego przechodzi na własność Włosko--Maltańskiej Organizacji Wyzwoleńczej - zadudnił uprzejmym ba­sem. - Teraz koniec z wami!

— Co za bzdury! Znaczenie strategiczne! — zawołał pianista. — Warn chodzi tylko o piwnice z winem.

— On ma rację, Pedro - powiedział ten z kałasznikowem. — Mo­im też chodzi o piwnice. Mio generale,Ernesto de Montoya, mówi mi: powiadam ci, Fernando, wojna skończy się do soboty, chłopcy będą chcieli się rozerwać. Mignij, kochaneńki, do hotelu “Palomar del Soi" i zajmij go w naszym imieniu, dobrze?

Brodacz poczerwieniał z wściekłości.

— Gówno prawda, panie Fernando Chianti! Ja widziałem mapę l wyspy. Hotel jest w samym centrum i jest cholernie ważnym punk­tem strategicznym. Słyszycie?

— Ha, ha, ha - wycedził Fernando - myślałby kto. Tak jak chału­pa starego Diego jest strategicznie ważnym punktem, bo z jej okien widać kapitalistyczną plażę nudystów.

Pianista spurpurowiał.

— Moi ludzie zajęli ją dziś rano.

Zapadła martwa cisza zakłócona jedynie subtelnym szelestem sukienki, gdy Ruda założyła nogę na nogę.

Grdyka pianisty skoczyła wściekle w górę i w dół.

— To jest punkt strategiczny - wysyczał, starając się nie patrzeć na Rudą przy barze. - Stamtąd jest najlepszy widok na potencjalny desant morski.

Cisza.

— Jak by nie patrzeć, jest o wiele ważniejszym punktem strate­gicznym niż ten hotel — dokończył pianista. Pedro chrząknął złowieszczo.

— Następny, który się odezwie słowem, nawet półsłówkiem, jest martwy — powiedział, szczerząc zęby i podnosząc broń. — A teraz pod ścianę. Wszyscy!

Nikt się nie ruszył, gdyż od pewnego czasu nikt go nie słuchał. Wszyscy nasłuchiwali głuchego, niewyraźnego pomruku dochodzą­cego z korytarza za brodaczem.

W grupie przy drzwiach zrobiło się zamieszanie. Uzbrojeni starali się za wszelką cenę ustać na miejscu, ale głuchy pomruk skutecznie wytrącił ich z równowagi. Po chwili pomruk przeszedł w szwargot, wreszcie w potok słów i zdań:

— Przepraszam najmocniej, panowie, co za noc, prawda? Trze­cie kółko wokół wyspy, już prawie zwątpiłem, dzisiaj trudno wie­rzyć napisom, no nie? No, ale w końcu znalazłem. Cztery razy py­tałem o drogę, dopiero na poczcie, na poczcie zawsze wiedzą, na­rysowali mi, jak tu trafić, o, gdzieś tu mam szkic...