Страница 66 из 72
— Nie chcemy cię!
To jest twoje królestwo, Amayo Sei? — dziwi się w duchu November. To jest twój ul?
Wchodzi do wagonu białego tłucznia i wiszącego sitowia. Zastaje w nim człowieka-królika, weterana, jak się domyśla, uzbrojonego w potężny młot i zajętego rozgniataniem ryżu w beczce. Próbuje się obok niego przemknąć, ale on zagradza jej drogę zasuszoną łapą.
— Proszę, przepuść mnie. Szukam Amai Sei.
— Wiem, dziecko — odpowiada spokojnie królik.
November dziwi się po raz drugi: weterani nie mówią.
— W takim razie nie zatrzymuj mnie. Jeśli tak bardzo jej pragniecie, pozwólcie mi ją znaleźć. Tylko wtedy dostaniecie ją na zawsze.
— O tym również wiem.
— W takim razie nie rozumiem. — Dotyka jego długiego szarego ucha. Królik spokojnie znosi dotyk jej zranionej dłoni. — Byłeś na wojnie?
— Cóż za interesujące pytanie… Można by powiedzieć, że nie, i można by powiedzieć, że tak. Można by również powiedzieć, że po dziś dzień jestem uwikłany w woje
— Ale ty mówisz.
— Nie byłem na wojnie, przecież powiedziałem. W tym okresie mochibardzo potrzebowało opieki. Nie mogłem go zostawić.
— To dlaczego masz takie uszy i łapy?
Królik posyła jej smętne, rozgoryczone spojrzenie.
— Bo tego właśnie oczekiwała — wyjaśnia. — Ryżu i królika z tłuczkiem. Chciałem wyglądać jak należy. Dla niej. Dla Amai Sei. Są jeszcze na świecie chirurdzy i ten pociąg kilku złapał, kiedy nie uważali. Tak jak i mnie złapał, porwał z peronu w pewien środowy poranek, gdy kawa była gęsta, a ja nieostrożny. I tak jak złapał królika bojowego, jeszcze osiodłanego, pod koniec wojny, kiedy ten schylił się i w ciemności szukał smakowitych kąsków. Nawet nie zdążyłem uprzedzić szefa, że nie przyjdę do pracy; nie powiedziałem żonie ani synowi, że wyjeżdżam. Byłem cukiernikiem, wiesz? Lubię sobie wyobrażać, że po moim zniknięciu miasto skwaśniało, ale to chyba nieprawda.
— W jakim sensie, cukierniku, nadal toczysz wojnę? Ja nie jestem wojowniczką, nie przyszłam tu walczyć z tobą.
Królik pochyla się i szturcha nosem jej nos. Nosek ma miękki, należycie króliczy.
— Czy ty nadal nie rozumiesz, o co oni walczyli? Kiedyś przejście do Palimpsestu przez most albo tunel nie nastręczało żadnego problemu. Mogłaś wpaść do rzeki. Mogłaś się wykrwawić i przeniknąć przez skórę ziemi. Mogłaś przekopać się z Chin do miasta. Przybyszów jednak było zbyt wielu, stale zmieniały się nazwy ulic, zjawiali się dzicy, pazerni ludzie, zasobni w pieniądze i uzbrojeni w lśniące włócznie, którzy znali takie słowa jak „imperium”. Zostali zabici, ale przy okazji zginęła połowa mieszkańców. To było dawno, przed wiekami. Potem wszystkie wejścia zamknięto. Zamaskowano. Zabarykadowano. I zapanował pokój, który trwał bardzo, bardzo długo. Aż pewnego dnia narodziła się dziewczynka imieniem Casimira. Nie powi
— Jesteśmy pierwsi? Przez cały ten czas to właśnie my najbardziej się zbliżyliśmy?
Królik uśmiecha się znacząco i wyciera ryżową pastę z tłuczka.
— Casimira chciała mieć wybór, rzecz jasna. Chciała osobiście wybierać swoje triumfy.
November jakoś przełyka te słowa. Jedna jej cząstka pęka z dumy — Została wybrana! Okazała się godna! — ale druga jest wściekła.
— Jeżeli chcecie Sei, możecie ją mieć. Casimira może sobie wybierać do woli, ale nie może opuścić Palimpsestu; nie ma pojęcia, jak żyjemy poza miastem, jak walczymy i cierpimy. Jakich wyborów dokonujemy. Ja już wybrałam. Nie dostaniecie Sei beze mnie.
— Wiem.
— Więc daj mi przejść.
— November Aguilar, pomóż mi ubić ryż na ucztę na jej cześć. Zamachnij się tłuczkiem, to cię przepuszczę. Przyjąłem te uszy i te łapy i teraz spóźniam się z wyrabianiem słodyczy. Wszystko z miłości do niej.
November bardzo uroczyście kiwa głową i wchodzi do beczki. Bierze zamach znad głowy i z impetem opuszcza tłuczek w kleistą białą masę. Jest ciężki, tak ciężki, że z trudem go podnosi, ale uderza raz za razem, aż mięśnie zaczynają ją palić, łzy płyną jej po twarzy i osuwa się do tyłu w łapy królika z księżyca, który wylizuje ją do czysta i śpiewa jej ludowe przyśpiewki świetlików zamieszkujących Morze Spokoju.
W obszernym, pustym pokoju wyłożonym matami z trawy siedzi kobieta o niebieskich włosach. Jest ubrana w długie kimono, spod którego wychynęła jej lśniąca nagość. Na twarzy ma podłużną czerwoną maskę.
— Amaya Sei?
— Zgadza się. — Jej głos jest przytłumiony, jakby była lekko wstawiona.
— Jestem November.
— Wiem. Pociąg uprzedził mnie, że przyjdziesz.
— Co ci się stało?
— Przede wszystkim wypiłam morze wina ryżowego, żeby nic mi się nie śniło, ale to nie podziałało. A poza tym… boję się.
— Czego?
— Tego, co jest w następnym wagonie. Chyba wiem, co to będzie. Tak myślę. Czytałam książkę, w której opisano moją przyszłość, ale i tak się boję. W dodatku jestem zmęczona. To trudne… sypiać z tyloma ludźmi. Jakbyś zabierała pasażerów. Stajesz się cięższa. I odsłonięta. No i jeszcze to dziecko… — Sei z roztargnieniem dotyka brzucha.
— Co jest w tamtym wagonie?
Sei odchrząkuje i recytuje spod maski, jak aktorka w tragedii: — „Kiedy nowemu maszyniście przydziela się pierwszy pociąg, wprowadza się go do lokomotywy w lodowatą zimową noc, kiedy pociąg stoi i nikt nie kręci się po pustych wagonach. W ciasnej kabinie zbierają się wszyscy starsi maszyniści. Każą młodemu kandydatowi położyć ręce na pulpicie sterowniczym, smarują mu je lepkim olejem silnikowym, a następnie wyrywają kilka przewodów z pulpitu i obwiązują mu nimi palce. Wtedy zdradzają tajemne imię pociągu, którego maszyniście nikomu nie wolno powtórzyć. Nacinają mu również środkowy palec lewej dłoni i mieszają jego krew z olejem, który następnie wraca do obiegu w silniku. W ten sposób pociąg staje się wybranką maszynisty”.
— Ach, tak… Rozumiem.
— Czuję, że ten pociąg jest nowy i samotny, jest jak… dziecko. Przypuszczam, że rodzice porzucili go, gdy ich drogi się rozeszły, i on od tamtej pory… szuka mnie. Nie dokładnie mnie, ale kogoś takiego jak ja. Matki. Maszynisty. To trwa już bardzo długo.
— Sei, muszę ci powiedzieć coś bardzo ważnego.
— Nie wiem, czy zmieszczę dość mężczyzn w swoim ciele i dość kobiet w swoich ustach, żeby wiecznie podróżować tym pociągiem. Trzeba ich tak wielu… Łono już mnie boli, a poza tym obawiam się, że… przestanę być sobą, kiedy stanę się maszynistą. Boję się, że zapomnę, jak mam na imię, a moje ciało rozpęknie się, wypłynie na tory i zmieni w metal, w drut. To znaczy, że i moje dziecko będzie się składać z metalu, drutu i plastiku i nigdy nie będzie miało ani własnego imienia, ani oczu, które mogłoby otworzyć.