Страница 27 из 131
Po czym, zwróciwszy się do Jagienki, dodał:
— Hej! Zbyszko!… Ten ci się choć i u króla znajdzie!
Ale po owej służbie przy wieczerzy, gdy przyszło rozchodzić się na noc, Hlawa po ucałowaniu ręki Jagienki podniósł z kolei do ust i dłoń Sieciechówny, przy czym rzekł:
— Wy się nie tylko o mnie nie bójcie, ale i przy mnie niczego nie bójcie, bo ja was nikomu nie dam.
Po czym mężczyźni pokładli się w przodowej izbie, zaś Jagienka z Anulą w alkierzu [452]na jednym, ale szerokim i dobrze wymoszczonym tapczanie. Obie nie mogły jakoś prędko zasnąć, a zwłaszcza Sieciechówna kręciła się co chwila na drelichowym gieźle, więc po niejakim czasie Jagienka przysunęła do niej głowę i poczęła szeptać:
— Anula?
— A co?
— Bo… mi się tak zdaje, że ty okrutnie nawidzisz [453]tego Czecha… Jakoże?
Ale pytanie pozostało bez odpowiedzi, więc Jagienka znów poczęła szeptać:
— Przecie ja to rozumiem… Powiadaj…
Sieciechówna nie odpowiedziała i teraz, tylko przywarła ustami do policzka swej pani i poczęła ją raz po razu całować.
A biednej Jagience również raz po razu westchnienia jęły podnosić pierś dziewczęcą.
— Oj, rozumiem, rozumiem! — szepnęła tak cicho, że Anula zaledwie mogła ułowić uchem jej słowa.
Rozdział jedenasty
Nazajutrz po nocy mglistej, miękkiej przyszedł dzień wietrzny, chwilami jasny, chwilami z powodu chmur, które gnane wiatrem cwałowały stadami po niebie — posępny. Maćko kazał poruszać tabor [454]równo z brzaskiem. Smolarz, który podjął się przewodniczyć do Bud, twierdził, że konie wszędy [455]przejdą, ale wozy miejscami trzeba będzie rozbierać i przenosić je częściowo, również jak i łuby [456]z odzieżą i zapasami żywności. Nie mogło to przyjść bez wysiłku i mitręgi [457], ale hartowni i przywykli do trudu ludzie woleli trud największy niż gnuśny wypoczynek w pustej karczmie, z ochotą więc ruszyli w drogę. Nawet i bojaźliwy Wit, ośmielony słowy i obecnością smolarza [458], nie okazywał przestrachu.
Zaraz za karczmą weszli w wysokopie
Za borem wysokopie
Lecz stary począł następnie opowiadać o bitwie pod Płowcami [469], która zakończyła najazd krzyżacki, a w której on brał udział z cepem żelaznym w ręku jako pacholik w piechocie wystawionej przez gminę kmiecą [470]. W tej to bitwie wyginął przecie cały niemal ród Gradów, więc Maćko znał dobrze wszelkie jej szczegóły, a jednak słuchał i teraz jak nowiny opowiadania o strasznym pogromie Niemców, gdy jak łan pod wichrem położyli się pod mieczami rycerstwa polskiego i króla Łokietka [471]potęgą…
— Ha! Jużci pamiętam — mówił dziad. — Naszli tę ziemię, popalili grody i zamki, ba! dzieci w kolebkach rzezali [472], ale im przyszło na czarny koniec. Hej! godna ci była bitwa. Ano! co przymknę oczy, to ono [473]pole widzę…
I przymknął oczy, i umilkł, z lekka tylko węgle we watrze poruszał, póki Jagienka, nie mogąc się dalszego opowiadania doczekać, nie spytała:
— Jakoż to było?
— Jakoż to było? — powtórzył dziad. — Pole pamiętam, jakobym tera [474]patrzył: były chruśniaki i w prawo młaka [475], i szmat rżyska [476]jakoby poletko niewielgie [477]. Ale po bitwie nie było widać ni chruśniaków [478], ni młaki, ni rżyska, jeno [479]żelaziwo wszędy, miecze, topory, dzidy i zbroje piękne, jedna na drugiej, jakoby kto całą świętą ziemię nimi przykrył… Nigdy ja tyla pobitego narodu na kupie nie widział i tyla krwi ludzkiej płynącej…
Pokrzepiło się [480]znowu tym wspomnieniem Maćkowe serce, więc rzekł: