Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 82 из 226

Izabela. - My z ciocią nigdy nie bywamy w tamtej stronie. Łazienki tylko wtedy

są przyjemne. kiedy można chodzić po nich szybko i daleko.

- W takim razie poproś pana Wokulskiego, ażeby ci częściej towarzyszył -

odpowiedziała hrabina tonem jakiejś osobliwej słodyczy.

226

Wokulski ukłonił się, pa

rzekł:

- Może byśmy wrócili do domu...

- Ja myślę - odparła hrabina.

- Pan jeszcze zostaje, panie Wokulski?

- Tak. Czy mogę panie odprowadzić do powozu?

- Prosimy. Belu, podaj mi rękę.

Hrabina z pa

Tomasz czuł w sobie tyle goryczy, kwasu i ciężaru na widok białego cylindra,

że nie chcąc być niegrzecznym zmuszał się do uśmiechu. A nareszcie, pragnąc

w jakiśkolwiek sposób zabawić Wokulskiego, znowu zaczął mówić mu o swej

kamienicy, z której ma nadzieję otrzymać czterdzieści albo i pięćdziesiąt tysięcy

czystego zysku.

Cyfry te ze swej strony źle podziałały na humor Wokulskiego, który mówił

sobie, że ponad trzydzieści tysięcy rubli już nic nie jest w stanie dołożyć.

Dopiero gdy podjechał powóz i pan Tomasz usadowiwszy damy i siebie

zawołał: „Ruszaj” w Wokulskim znikło uczucie niesmaku, a ocknął się żal po

pa

„Tak krótko!” - szepnął patrząc z westchnieniem na łazienkowską szosę, na

którą w tej chwili wjechała zielona beczka straży polewająca drogę.

Poszedł jeszcze w stronę Pomarańczarni, tą samą ścieżką co pierwej, upatrując

na miałkim piasku śladu bucików pa

silniej, zmącił wodę w sadzawce, porozganiał motyle i ptaki, a za to napędził

więcej obłoków, które raz po raz przyćmiewały blask słońca.

„Jak tu nudno!” - szepnął i zawrócił do szosy.

Wsiadł do swego powozu i przymknąwszy oczy nasycał się jego lekkim

kołysaniem. Zdawało mu się; że jak ptak siedzi na gałęzi, którą wiatr chwieje w

prawo i w lewo, do góry i na dół, a potem nagle roześmiał się przypomniawszy

sobie, że to lekkie kołysanie kosztuje go około tysiąca rubli rocznie.

„Głupiec jestem, głupiec! - powtarzał. - Po co ja się pnę między ludzi, którzy

albo nie rozumieją moich ofiar, albo śmieją się z niezgrabnych wysiłków. Na co

mi ten powóz?... Czy nie mógłbym jeździć dorożką albo tym oto trajkoczącym

omnibusem z płócie

sobie obietnicę daną pa

„Naturalnie, że będzie miał owacje, ba! jeszcze jakie... Jutro przedstawienie...

Nad wieczorem posłał służącego do sklepu po Obermana. Siwy inkasent

przybiegł natychmiast, z trwogą pytając się w duszy: czy Wokulski nie

rozmyślił się i nie każe mu zwrócić zgubionych pieniędzy?...

Ale Wokulski przywitał go bardzo łaskawie i nawet zabrał do swego gabinetu,

gdzie z pół godziny rozmawiali. O czym.?...

Pytanie: o czym Wokulski mógł rozmawiać z Obermanem, bardzo zaciekawiało

lokaja. Jużci, o zgubionych pieniądzach... Troskliwy sługa przykładał kolejno

oko i ucho do dziurki od klucza, dużo widział, dużo słyszał, ale nic nie mógł

227

zrozumieć. Widział, że Wokulski daje Obermanowi całą paczkę pięciorublówek

i słyszał takie oto wyrazy:

- W Teatrze Wielkim... na balkonie i paradyzie... woźnemu wieniec, bukiet

przez orkiestrę... .,Co ta besztyja, stary, już zaczyna handlować biletami do

teatru czy co?..

Usłyszawszy w gabinecie szmer ukłonów służący uciekł do przedpokoju, aby

tam przyłapać Obermana. Gdy zaś inkasent wyszedł, odezwał się:

- Cóż, skończyło się z pieniądzmi?... Dużom ja tu śliny żepszuł ażeby stary

pofolgował panu Obermanowi, i nareszcie wymogłem nanim, że mi powiedział:

„Zobaczymy, zrobi się, co się da!.” No i widzę, pan Oberman dobił dziś targu...

Cóż, stary w dobrym humorze!...

- Jak zwykle - odparł inkasent.

- Aleście się nagadali z nim. Musi, że o czymś więcej niż o pieniądzach... Może

i o teatrze, bo stary paszjami lubi teatr...

Ale Oberman spojrzał na niego wilczym okiem i wyszedł milcząc. Służący w

pierwszej chwili otworzył usta ze zdumienia, lecz ochłonąwszy pogroził za nim

pięścią.

- Poczekaj!... - mruknął - żapłaczę ja ci... Wielki pan, patrzcie go... Ukradł

czterysta rubli i już nie chce gadać z człowiekiem!.

ROZDZIAŁ

ZDUMIENIA, PRZYWIDZENIA I OBSERWACJE

STAREGO SUBIEKTA

Dla pana Ignacego Rzeckiego nadeszła znowu epoka niepokojów i zdumień.

Ten sam Wokulski, który rok temu poleciał do Bułgarii, a przed kilkoma

tygodniami jak magnat bawił się w wyścigi i pojedynki, ten sam Wokulski

nabrał dziś nadzwyczajnego gustu do widowisk teatralnych. I jeszcze żeby choć

polskich, ale - włoskich... On, który nie rozumiał po włosku ani wyrazu!

Już blisko tydzień trwała ta nowa mania, która dziwiła i gorszyła nie samego

tylko pana Ignacego.

Raz na przykład stary Szlangbaum, oczywiście w jakiejś ważnej sprawie, przez

pół dnia szukał Wokulskiego. Był w sklepie - Wokulski dopiero co wyszedł ze

sklepu kazawszy pierwej odnieść aktorowi Rossiemu duży wazon z saskiej

porcelany. Pobiegł do mieszkania - Wokulski dopiero co opuścił mieszkanie i

pojechał do Bardeta po kwiaty. Stary Żyd ażeby go dopędzić, krzywiąc się wziął

dorożkę; ale ponieważ ofiarowywał dorożkarzowi złoty i groszy osiem za kurs,

zamiast czterdziestu groszy, więc nim dobili targu za złoty i groszy osiem - i

dojechali do Bardeta, Wokulski już opuścił zakład ogrodniczy.

- A gdzie on pojechał, nie wie pan? - zapytał Szlangbaum ogrodniczka, który za

pomocą krzywego noża między najpiękniejszymi kwiatami szerzył zniszczenie.

228

- Czy ja wiem, podobno do teatru - odparł ogrodniczek z taką miną, jakby owym

krzywym nożem chciał gardło poderżnąć Szlangbaumowi.

Żyd, któremu to właśnie przyszło na myśl, cofnął się czym prędzej z oranżerii i

jak kamień wyrzucony z procy wpadł w dorożkę. Ale woźnica (porozumiawszy

się już widać z krwiożerczymi ogrodnikami) oświadczył, iż za żadne w świecie

skarby nie pojedzie dalej, chyba że kupiec da mu czterdzieści groszy za kurs i

jeszcze zwróci dwa grosze urwane przy pierwszym kursie.

Szlangbaum poczuł słabość około serca i w pierwszej chwili chciał albo

wysiąść, albo zawołać policji. Przypomniawszy sobie jednak, jaka teraz w

świecie chrześcijańskim panuje złość i niesprawiedliwość, i zajadłość na

Żydów, zgodził się na wszystkie warunki bezwstydnego dorożkarza i jęcząc

pojechał do teatru.

Tu - naprzód nie miał z kim gadać, potem nie chciano z nim gadać, aż nareszcie

dowiedział się, że pan Wokulski był dopiero co, ale że w tej chwili pojechał w

Aleje Ujazdowskie. Słychać nawet turkot jego powozu w bramie...

Szlangbaumowi opadły ręce. Piechotą wrócił do sklepu Wókulskiego, przy

okazji po raz setny z rzędu wyklął swego syna za to, że nazywa się Henrykiem,

chodzi w surducie i jada trefne potrawy, a nareszcie poszedł żalić się przed

panem Ignacym.

- Nu - mówił lamentującym głosem - co ten pan Wokulski wyrabia

najlepszego!... Ja miałem taki interes, żeby on za pięć dni mógł od swego

kapitału zarobić trzysta rubli... I ja zarobiłbym ze sto rubli...Ale on sobie jeździ

teraz po mieście, a ja na same dorożki wydałem dwa złote i groszy

dwadzieścia... Aj! co to za rozbójniki te dorożkarze...

Naturalnie, że pan Ignacy upoważnił Szlangbauma do zrobienia interesu i nie

tylko zwrócił mu pieniądze wydane na dorożki, ale jeszcze na własny koszt

kazał go odwieźć na ulicę Elektoralną, co tak rozczuliło starego Żyda, że