Страница 70 из 226
Nie śmiała dokończyć frazesu. Wyręczył ją Wokulski. Nie sprzedał klaczy i sam
puścił ją w szranki.
„On jednakże nie jest tak nikczemnym” - rzekła do siebie.
I pod wpływem tej idei rozmawiała z Wokulskim na wyścigach bardzo
łaskawie.
Jednakże nawet za ten drobny objaw życzliwości pa
duchu wymówki:
„Po co on ma wiedzieć, że nas interesuje jego wyścig?.., Nie więcej od i
A po co ja mu powiedziałam, że <<musi wygrać...>>? Albo co znaczyła jego
odpowiedź: <<wygram, jeżeli pani zechce...>>? On już zapomina, kim jest. Ale
mniejsza, jeżeli za parę grzecznych słówek Krzeszowski rozchoruje się ze
złości.”
Krzeszowskiego nienawidziła pa
odtrącony, mścił się. Wiedziała, że nazywał ją za oczy - starzejącą się pa
która wyjdzie za swego lokaja. Tego było dosyć, ażeby pamiętać mu całe życie.
Lecz baron, nie poprzestając na nieszczęsnym frazesie, nawet wobec niej
zachowywał się cynicznie, drwiąc z jej starych wielbicieli i robiąc aluzje do ich
majątkowej ruiny. Że zaś i pa
żonę, mieszczankę, z którą połączył się dla pieniędzy, a nic od niej nie mógł
wydobyć, więc toczyła się między nimi walka ostra, czasami nawet przykra.
Dzień wyścigów był dla pa
Wprawdzie przyjechał na plac i udawał bardzo wesołego, ale w sercu kipiał mu
gniew. Gdy zaś jeszcze zobaczył, że Wokulski nagrodę i cenę konia złożył na
ręce pa
skandal.
Dla pa
Wokulskiego jej wielbicielem były strasznym ciosem. Zabiłaby barona, gdyby
to uchodziło dobrze wychowanym kobietom. Cierpienie jej było tym
dokuczliwsze, że hrabina słuchała jego wybuchu spokojnie, prezesowa z
zakłopotaniem, a ojciec nie odzywał się nawet, od dawna uważając
Krzeszowskiego za wariata, którego należy nie drażnić, ale traktować
pobłażliwie.
W takiej chwili (kiedy już zaczęto spoglądać na nich z i
przyszedł pa
194
jego niezadowoleń, ale wyzwał go na pojedynek. O tym żadne z nich nie
wątpiło; prezesowa wprost zlękła się o swego faworyta, a hrabina zrobiła
uwagę, że Wokulski nie mógł postąpić inaczej, ponieważ baron zbliżając się do
powozu potrącił go i nie przeprosił.
- Więc sami powiedzcie - mówiła wzruszonym głosem prezesowa - czy godzi
się pojedynkować o taką drobnostkę? Wszyscy przecież wiemy, że Krzeszowski
jest roztargniony i półgłówek... Najlepszy dowód w tym, co nam nagadał...
- To prawda - odezwał się pan Tomasz - ależ Wokulski nie ma obowiązku
wiedzieć o tym, a upomnieć się musiał.
- Pogodzą się! - wtrąciła niedbale hrabina i kazała jechać do domu.
Wtedy to pa
pojęciom i... w znaczący sposób ścisnęła Wokulskiego za rękę.
Już dojeżdżając do rogatek, nie mogła sobie tego darować.
„Jak można było zrobić coś podobnego?... Co sobie taki człowiek pomyśli?...” -
mówiła w duchu. Ale wnet ocknęło się w niej uczucie sprawiedliwości i musiała
przyznać, że t e n człowiek nie jest byle jakim.
„Ażeby zrobić mi przyjemność (bo z pewnością nie miał i
podstawił baronowi nogę kupując konia... Całą wygraną (stanowczy dowód
bezinteresowności) złożył na ochronę, i to na moje ręce (baron widział to). A
nade wszystko, jakby odgadując moje myśli, wyzwał go na pojedynek... No,
dzisiejsze pojedynki kończą się zwykle szampanem; ale zawsze baron przekona
się, że jeszcze nie jestem tak starą... Nie, w tym Wokulskim jest coś... Szkoda
tylko, że jest galanteryjnym kupcem. Przyjemnie byłoby mieć takiego
wielbiciela, gdyby... gdyby zajmował i
Wróciwszy do domu, pa
wyścigowych przygodach, a w godzinę - już nie myślała o nich. Gdy zaś ojciec
późno w nocy doniósł jej, że Krzeszowski wybrał na sekundanta hrabiego
Licińskiego, który bezwarunkowo żąda, ażeby Wokulski został przeproszony
przez barona, pa
„Szczęśliwy człowiek! - myślała. - Mnie obrażają, a jego będą przepraszać. Ja,
gdyby ktoś przy mnie obraził ukochaną, nie pozwoliłabym się przeprosić. On,
naturalnie, zgodzi się...”
Gdy już położyła się do łóżka i zaczęła usypiać, nagle przyszła jej nowa myśl:
„A jeżeli Wokulski nie zechce przeprosin?... Przecież ten sam hrabia Liciński
układał się z nim o klacz i nic nie wskórał!... Ach, Boże, co też mi się snuje po
głowie” - odpowiedziała sobie wzruszając ramionami i zasnęła.
Na drugi dzień do południa ojciec, ona i pa
Wokulski pogodzi się z baronem i że nawet inaczej nie wypada mu postąpić.
Dopiero po południu pan Tomasz wyszedł na miasto i wrócił na obiad bardzo
zakłopotany.
- Cóż to, ojcze? - spytała go pa
- Fatalna historia! - odparł pan Tomasz rzucając się na skórzany fotel. -
Wokulski odrzucił przeproszenie, a jego sekundanci postawili ostre warunki.
195
- I kiedyż to?... - spytała ciszej.
- Jutro przed dziewiątą - odpowiedział pan Tomasz i otarł pot z czoła. - Fatalna
historia - ciągnął dalej. - Między naszymi wspólnikami popłoch, bo
Krzeszowski strzela doskonale... Gdyby zaś ten człowiek zginął, wszystkie moje
rachuby na nic. Straciłbym w nim prawą rękę... jedynego możliwego
wykonawcę moich planów... Jemu jednemu powierzyłbym kapitały i jestem
pewny, że miałbym co najmniej osiem tysięcy rubli rocznie... Los prześladuje
mnie nie na żarty!...
Zły humor pana domu źle oddziałał na i
pan Tomasz zamknął się w gabinecie i chodził wielkimi krokami, co było
dowodem niezwykłego wzruszenia.
Pa
zdenerwowania położyła się na szezlongu. Opanowały ją posępne myśli.
„Krótko trwał mój triumf - mówiła sobie. - Krzeszowski naprawdę dobrze
strzela... Jeżeli zabije jedynego człowieka, który dziś ujmuje się za mną, to co?
Pojedynek jest istotnie barbarzyńskim zabytkiem. Bo Wokulski (biorąc go ze
strony moralnej) więcej jest wart od Krzeszowskiego, a jednak... może zginąć!...
Ostatni człowiek, w którym pokładał nadzieję mój ojciec.”
Tu odezwała się w pa
„No - mój ojciec nie potrzebuje przecież łaski Wokulskiego; powierzyłby mu
swój kapitał, otoczyłby go protekcją, a on płaciłby mu procenta; w każdym razie
szkoda go...”
Przyszedł jej na myśl stary rządca ich niegdyś majątku, który służył u nich
trzydzieści lat i którego bardzo lubiła, bardzo mu ufała; może Wokulski obojgu
im zastąpiłby nieboszczyka, a jej rozsądnego powiernika i - zginie!...
Jakiś czas leżała z zamkniętymi oczyma nie myśląc o niczym; potem przyszły
jej do głowy niesłychanie dziwne kombinacje.
„Co za szczególny traf! - mówiła w sobie. - Jutro walczyć będą z jej powodu
dwaj ludzie, którzy ją śmiertelnie obrazili: Krzeszowski złośliwymi drwinami,
Wokulski - ofiarami, jakie ośmielił się ponosić dla niej. Ona mu już prawie
przebaczyła i kupno serwisu, i owe weksle, i owe przegrane w karty do ojca, z
ktorych przez parę tygodni utrzymywał się cały dom... (Nie, jeszcze mu nie
przebaczyła i nie przebaczy nigdy!...) Ale choćby nawet, to jednak - za jej
obrazę ujęła się sprawiedliwość boska... I kto jutro zginie?... Może obaj. W