Страница 56 из 226
uspokoiły się rozstrojone nerwy. Zgasił światło, położył się i patrząc na firanki,
którymi bujał wiatr wpadający przez otwarte okno, zasnął jak kamień.
Wstał o siódmej rano tak rześki i wesoły, że zwróciło to uwagę służącego, który
zaczął kręcić się po pokoju.
- Czegóż to chcesz? - zapytał Wokulski.
- Ja nicz. Ino, proszę pana, stróż chce, ale nie śmie prosić, żeby pan pofatygował
się i potrzymał mu dziecko do krztu.
- A a a!... A pytał się, czy ja chcę, ażeby on miał dziecko?
- Nie pytał się, bo pan był wtedy na wojnie.
- No dobrze. Będę jego kumem.
- To może by mnie pan teraż podarował stary szurdut, bo jakże ja będę na
krzcinach?...
- Dobrze, weź ten surdut.
- A reperaczyja?...
- O, głupi jesteś, nie nudź mnie... Każ zreperować, choć nie wiem co...
- Bo ja chciałbym, proszę pana, akszamitny kołmirz.
- Przyszyj sobie aksamitny kołnierz i idź do diabła.
- Czałkiem beż potrzeby gniewa się pan, bo przecie to dla pańszkiego honoru,
nie dla mego - odparł służący i wychodząc trzasnął drzwiami.
Czuł, że jego pan jest w wyjątkowo dobrym usposobieniu.
Ubrawszy się, Wokulski usiadł do rachunków, pijąc przy tym czystą herbatę. Po
ukończeniu ich napisał depeszę do Moskwy o asygnację na sto tysięcy rubli i
drugą do ajenta w Wiedniu, ażeby wstrzymał pewne obstalunki.
Na kilka minut przed dziesiątą wszedł Maruszewicz. Młody człowiek wydawał
się jeszcze bardziej zniszczonym i onieśmielonym aniżeli wczoraj.
155
- Pozwoli pan - odezwał się Maruszewicz po kilku słowach powitania - że od
razu położę karty na stół... Chodzi o oryginalną propozycję...
- Słucham najoryginalniejszej...
- Pani baronowa Krzeszowska (jestem przyjacielem obojga baronostwa) - mówił
zniszczony młodzieniec - pragnie zbyć klacz wyścigową, Zaraz pomyślałem, że
pan przy swoich stosunkach może życzyłby sobie posiadać podobnego konia...
Jest ogromna szansa wygranej, gdyż biegają prócz niej w wyścigu tylko dwa
konie, znacznie słabsze...
- Dlaczegóż pani baronowa sama nie puszcza tej klaczy?
- Ona?... Ona jest śmiertelną nieprzyjaciółką wyścigów!
- Po cóż więc kupiła klacz wyścigową?
- Dla dwu przyczyn - odparł młody człowiek. - Naprzód baron, potrzebując
pieniędzy na pokrycie długu honorowego, oświadczył, że zastrzeli się, jeżeli nie
dostanie ośmiuset rubli, choćby za swoją ukochaną klacz, a po wtóre, baronowa
nie życzy sobie, aby jej mąż przyjmował udział w wyścigach. Więc kupiła
klacz, ale dziś biedaczka choruje ze wstydu i rozpaczy i chciałaby pozbyć się jej
za jakąkolwiek bądź cenę.
- Mianowicie?
- Osiemset rubli - odparł młody człowiek, spuszczając oczy.
- Gdzie jest koń?.
- W maneżu Millera.
- A dokumenta?
- Oto są - odpowiedział już weselej młody człowiek wydobywając paczkę
papierów z bocznej kieszeni surduta.
- Możemy zaraz skończyć? - spytał Wokulski przeglądając papiery.
- Natychmiast.
- Po obiedzie pójdziemy obejrzeć konia?
- O, naturalnie...
- Niech pan pisze kwit - rzekł Wokulski i wydobył pieniądze z biurka.
- Na ośmset?... naturalnie!... - mówił młody człowiek.
Szybko wziął papier i pióro i zaczął pisać. Wokulski zauważył, że młodzieńcowi
trochę drżały ręce i twarz mu się mieniła.
Kwit był napisany według wszelkich form. Wokulski położył osiem
sturublówek i schował papiery. W chwilę później młody człowiek, ciągle
zmieszany, opuścił gabinet ; zbiegając zaś ze schodów, myślał :
„Podły jestem, tak, podły... Ale ostatecznie za kilka dni zwrócę babie dwieście
rubli i powiem, że dołożył je Wokulski poznawszy bliżej zalety konia. Oni
przecież nie zetkną się, ani baron z żoną, ani ten... kupczyk z nimi... Kwit kazał
sobie pisać... wyborny!... Jak to znać geszefciarza i parweniusza... O! strasznie
jestem ukarany za moją lekkomyślność...”
O jedenastej Wokulski wyszedł na ulicę z zamiarem udania się do adwokata.
Ledwie jednak stanął przed bramą, wnet trzej dorożkarze na widok jasnego
paltota i białego kapelusza współcześnie zacięli konie. Jeden wjechał drugiemu
156
dyszlem w otwarty powóz, trzeci zaś chcąc ich wyminąć o mało nie rozbił
tragarza niosącego ciężką szafę. Wszczął się hałas, bitwa na baty, świstanie
policjantów, zbiegowisko i w rezultacie - dwaj najgorętsi dorożkarze sami siebie
własnymi powozami odwieźli do cyrkułu.
„Zła wróżba - pomyślał Wokulski i nagle uderzył się w czoło.- Pyszny interes! -
mówił sobie - idę do adwokata, ażeby mi kupił dom, a nie wiem, ani jak dom
wygląda, ani nawet gdzie leży.”
Wrócił na powrót do swego mieszkania i w kapeluszu na głowie, z laską pod
pachą, począł przerzucać kalendarz. Szczęściem słyszał, że dom Łęckich
znajduje się gdzieś w okolicach Alei Jerozolimskiej; pomimo to upłynęło kilka
minut, nim odszukał ulicę i numer.
„Ładnie bym się zarekomendował adwokatowi! - myślał schodząc ze schodów. -
Jednego dnia namawiam ludzi, aby mi powierzyli kapitały, a drugiego kupuję
kota w worku. Naturalnie, że od razu skompromitowałbym albo siebie, albo...
pa
Skoczył w przejeżdżającą dorożkę i kazał skręcić ku Alei Jerozolimskiej. Na
rogu wysiadł i poszedł piechotą w jedną z poprzecznych ulic.
Dzień był piękny, niebo prawie bez obłoku, bruk bez kurzu. Okna domów
pootwierane, niektóre dopiero myto; figlarny wiatr miotał spódnicami
pokojówek; przy czym można było spostrzec, że warszawska służba łatwiej
odważa. się myć okna na trzecim piętrze aniżeli własne nogi. z wielu mieszkań
odzywały się fortepiany, z wielu podwórek katarynki albo monoto
nawoływania piaskarzy, szczotkarzy, tandeciarzy i im podobnych
przedsiębiorców. Tu i ówdzie pod bramą ziewał stróż odziany w niebieską
bluzę; kilka psów goniło się po ulicy, którą nikt nie przejeżdżał; małe dzieci
bawiły się odzieraniem kory z młodych kasztanów, którym jeszcze nie :dążyły
pociemnieć jasnozielone liście.
W ogóle ulica przedstawiała się czysto, spokojnie i wesoło. Na drugim jej końcu
widać nawet było odrobinę horyzontu i kępę drzew ; lecz wiejski ten pejzaż,
niestosowny dla Warszawy, zasłaniano teraz rusztowaniami i ścianą z cegły.
Idąc prawym chodnikiem dostrzegł Wokulski na lewo, mniej więcej w połowie
ulicy, dom niezwykle żółtej barwy. Warszawa posiada bardzo wiele żółtych
domów; jest to chyba najżółciejsze miasto pod słońcem. Ta jednak kamienica
wydawała się żółciejszą od i
zapewne doczekamy się kiedyś) otrzymałaby pierwszą nagrodę.
Podszedłszy bliżej Wokulski przekonał się, że nie tylko on zwrócił uwagę na
szczególną kamienicę, nawet psy, częściej tu niż na jakimkolwiek i
składały wizytowe bilety.
„Do licha! - szepnął - zdaje mi się, że to właśnie jest ów dom...
Istotnie, była to kamienica Łęckich,
Zaczął się przypatrywać. Dom był trzypiętrowy; miał parę żelaznych balkonów i
każde piętro zbudowane w i
tylko jeden motyw, mianowicie: wachlarz. Górna część wrót miała formę
157
rozłożonego wachlarza, którym mogłaby się chłodzić przedpotopowa
olbrzymka. Na obu skrzydłach bramy były wyrzeźbione ogromne prostokąty,
które w rogach również ozdobiono do połowy otwartymi wachlarzami.
Najce
skrzydeł dwie rzeźby przedstawiające główki gwoździ, ale tak wielkich, jakby
nimi była przytwierdzona brama do kamienicy, a kamienica do Warszawy.
Prawdziwą osobliwość stanowiła sień wjazdowa posiadająca bardzo lichą
podłogę, ale za to bardzo ładne krajobrazy na ścianach. Było tam tyle wzgórz,