Страница 54 из 226
balonami, które są lżejsze od powietrza, bo to błazeństwo, ale - o locie machiny
149
ciężkiej, napełnionej i obwarowanej jak pancernik?... Czy pan rozumie, jaki
nastąpiłby przewrót w świecie po podobnym wynalazku?... Nie ma fortec, armii,
granic... Znikają narody, lecz za to w nadziemskich budowlach przychodzą na
świat istoty podobne do aniołów lub starożytnych bogów... Już ujarzmiliśmy
wiatr, ciepło, światło, piorun... Czy więc nie sądzisz pan, że nadeszła pora nam
samym wyzwolić się z oków ciężkości?... To idea leżąca dziś w duchu czasu...
I
mnie ciotka z jej radami i prawidłami dobrego tonu!... Co mnie żeniaczka,
kobiety, a nawet mikroskopy, stosy i lampy elektryczne?... Oszaleję albo...
przypnę ludzkości skrzydła...
- A gdybyś pan je nawet przypiął, to co?... - spytał Wokulski.
- Sława, jakiej nie dosięgnął jeszcze żaden człowiek - odparł Ochocki. - To moja
żona, to moja kobieta... Bądź pan zdrów, muszę iść...
Uścisnął Wokulskiemu rękę, zbiegł ze wzgórza i zniknął między drzewami.
Na Ogród Botaniczny i na Łazienki zapadał już mrok.
„Wariat czy geniusz?... - szepnął Wokulski, czując, że sam jest w najwyższym
stopniu rozstrojony. - A jeżeli geniusz?...”
Wstał i poszedł w głąb ogrodu, między spacerujących ludzi. Zdawało mu się, że
nad pagórkiem, z którego uciekł, unosi się jakaś święta groza.
W Ogrodzie Botanicznym było prawie ciasno; na każdej ulicy tłoczyły się
kolumny, gromady, a przynajmniej szeregi spacerujących; każda ławka uginała
się pod ciżbą osób. Zastępowano Wokulskiemu drogę, deptano po piętach,
potrącano łokciami; rozmawiano i śmiano się ze wszystkich stron. Wzdłuż Alei
Ujazdowskiej, pod murem Belwederskiego ogrodu, pod sztachetami od strony
szpitala, na ulicach najmniej uczęszczanych, nawet na zagrodzonych ścieżkach,
wszędzie było pełno i wesoło. Im więcej ciemniało w naturze, tym gęściej i
hałaśliwiej robiło się między ludźmi.
„Zaczyna mi już braknąć miejsca na świecie!...” - szepnął.
Przeszedł do Łazienek i tu znalazł spokojniejsze ustronie. Na niebie zaiskrzyło
się kilka gwiazd, przez powietrze, od Alei, ciągnął szmer przechodniów, a od
stawu wilgoć. Czasem nad głową przeleciał mu huczny chrabąszcz albo cicho
przemknął nietoperz; w głębi parku kwilił żałośnie jakiś ptak, na próżno
wzywający towarzysza; na stawie rozlegał się daleki plusk wioseł i śmiechy
młodych kobiet.
Naprzeciw zobaczył parę ludzi pochylonych ku sobie i szepczących. Ustąpili mu
z drogi i ukryli się w cieniu drzew. Opanował go żal i szyderstwo.
„Oto są szczęśliwi zakochani! - pomyślał. - Szepczą i uciekają jak złodzieje...
Pięknie urządzony świat, co?... Ciekawym, o ile byłoby lepiej, gdyby władał
nim Lucyper?... A gdyby mi zastąpił drogę jaki bandyta i zabił w tym kącie?...”
I wyobrażał sobie, jaki to przyjemny musi być chłód noża wbitego w
rozgorączkowane serce.
„Na nieszczęście - westchnął - dziś nie wolno zabijać i
można; byle od razu i dobrze. No!...”
150
Wspomnienie o tak niezawodnym środku ucieczki uspokoiło go. Stopniowo
pogrążał się w jakimś uroczystym nastroju; zdawało mu się, że nadchodzi
moment, w którym powinien zrobić rachunek sumienia czy też ogólny bilans
życia.
„Gdybym był najwyższym sędzią - myślał - i gdyby spytano mnie, kto jest wart
pa
osiemnaście lat młodszy ode mnie (osiemnaście lat!...) i taki piękny... W
dwudziestym ósmym roku życia skończył dwa fakultety (ja w tym wieku ledwie
zaczynałem się uczyć...) i już zrobił trzy wynalazki (ja żadnego!). A nad to
wszystko jest naczyniem, w którym wylęga się wielka idea... Dziwaczna to
rzecz: machina latająca, ale faktem jest, że on znalazł dla niej genialny i jedynie
możliwy punkt wyjścia. Machina latająca musi być cięższa, nie zaś jak balon
lżejsza od powietrza; boć wszystko, co prawidłowo lata, począwszy od muchy,
skończywszy na olbrzymim sępie, jest od powietrza cięższe. Ma prawdziwy
punkt wyjścia, ma twórczy umysł, czego dowiódł bodajby swoim mikroskopem
i lampą; któż wie zatem, czy nie uda mu się zbudować machiny latającej? A w
takim razie będzie większym dla ludzkości od Newtona i Napoleona, razem
wziętych... I ja mam z nim współzawodniczyć?... A jeżeli stanie kiedy kwestia:
który z nas dwu powinien się usunąć, czyliż będę się wahał?... Cóż to za piekło
powiedzieć sobie, że muszę moją nicość złożyć na ofiarę człowiekowi
ostatecznie takiemu jak ja, śmiertelnemu, ulegającemu chorobom i omyłkom, a
nade wszystko - tak naiwnemu... Boć to jeszcze dzieciak, co on mi nie
wygadywał?...”
Dziwny traf. Gdy Wokulski był subiektem w sklepie kolonialnym, marzył o
perpetum mobile, machinie, która by się sama poruszała. Gdy zaś wstąpiwszy
do Szkoły Przygotowawczej poznał, że taka machina jest niedorzecznością,
wówczas najtajniejszym i najulubieńszym jego pragnieniem było - wynaleźć
sposób kierowania balonami. To, co dla Wokulskiego było tylko fantastycznym
cieniem, błąkającym się po fałszywych drogach, w Ochockim przybrało już
formę praktycznego zagadnienia.
„Cóż to za okrucieństwo losów! - myślał z goryczą. - Dwom ludziom dano
prawie te same aspiracje, tylko jeden urodził się o osiemnaście lat wcześniej,
drugi później; jeden w nędzy, drugi w dostatku; jeden nie mógł wdrapać się na
pierwsze piętro wiedzy, drugi lekkim krokiem przeszedł dwa piętra... Jego nie
zepchną z drogi burze polityczne, tak jak mnie; jemu nie przeszkodzi miłość,
którą traktuje jak zabawkę; podczas gdy dla mnie, który sześć lat spędziłem na
pustyni, uczucie to jest niebem i zbawieniem... Więcej nawet!... No i on
triumfuje nade mną na każdym polu, choć przecież ja mam te same uczucia, tę
samą świadomość położenia, a pracę z pewnością większą...
Wokulski dobrze znał ludzi i często porównywał się z nimi. Lecz gdziekolwiek
był, wszędzie widział się trochę lepszym od i
spędzał noce nad książką, czy jako student, który przez nędzę szedł do wiedzy,
czy jako żołnierz pod deszczem kul, czy jako wygnaniec, który w śniegiem
151
zasypanej lepiance pracował nad nauką - zawsze miał w duszy ideę sięgającą
poza kilka lat naprzód.- I
kieszeni.
I dopiero dziś spotkał człowieka wyższego od siebie, wariata, który chce
budować machiny latające!...
„A ja czy dzisiaj nie mam idei, dla której pracuję przeszło rok, zdobyłem
majątek, pomagam ludziom i zmuszam ich do szacunku?...”
„Tak, ale miłość to uczucie osobiste; wszystkie zasługi towarzyszące jej są jak
ryby zaplątane w odmęt morskiego cyklonu. Gdyby na świecie zniknęła jedna
kobieta, a w tobie pamięć o niej, czymże byś został?... Zwyczajnym kapitalistą,
który z nudów grywa w karty w resursie. A tymczasem Ochocki ma ideę, która
będzie rwała go zawsze naprzód, chyba że umysł mu zagaśnie...”
„Dobrze, a jeżeli on nic nie zrobi i zamiast zbudować machinę latającą pójdzie
do szpitala wariatów?... Ja tymczasem faktycznie coś zrobię, a mikroskop, stos
czy nawet lampa elektryczna z pewnością nie znaczą więcej od setek ludzi,
którym ja daję byt. Skądże więc we mnie ta ultrachrześcijańska pokora?... Co
kto zrobi, jeszcze nie wiadomo. Ja tymczasem jestem dziś człowiek czynu, a on
marzyciel... Zaczekajmy z rok...”
Rok! Wokulski wstrząsnął się. Zdawało mu się, że w końcu drogi nazwanej
rokiem widzi tylko niezmierną otchłań, która pochłania wszystko, ale nie mieści