Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 48 из 226

Hrabia... bierze pieniądze za ułatwianie stosunków koniom, ja za ułatwianie

znajomości ludziom.

Z czasem jednak stała się powściągliwszą w mowie, a niekiedy nawet

moralizującą, spostrzegłszy, że wygłaszanie zdań i opinii przyjętych przez ogół

wpływa na wzrost dochodów.

Pani Meliton od dawna znała się z Wokulskim. A że lubiła widowiska publiczne

i miała zwyczaj wszystko śledzić, więc prędko zauważyła, że Wokulski zbyt

nabożnie przypatruje się pa

ramionami; cóż ją mógł obchodzić kupiec galanteryjny zakochany w pa

Łęckiej? Gdyby upodobał sobie jakąś bogatą kupcównę albo córkę fabrykanta,

pani Meliton miałaby materiał do swatów, Ale tak!...

Dopiero gdy Wokulski powrócił z Bułgarii i przywiózł majątek, o którym

opowiadano cuda, pani Meliton sama zaczepiła go o pa

swoje usługi. I stanął milczący układ: Wokulski płacił hojnie, a pani Meliton

udzielała mu wszelkich informacyj o rodzinie Łęckich i związanych z nimi

osobach wyższego świata. Za jej nawet pośrednictwem Wokulski nabył weksle

Łęckiego i srebra pa

Przy tej okazji pani Meliton odwiedziła Wokulskiego w jego prywatnym

mieszkaniu, ażeby mu powinszować.

- Bardzo rozsądnie przystępujesz pan do rzeczy - mówiła.- Wprawdzie ze sreber

i serwisu niewielka będzie pociecha, ale skup weksli Łęckiego jest

arcydziełem... Znać kupca!...

Usłyszawszy taką pochwałę Wokulski otworzył biurko, poszukał w nim i za

chwilę wydobył paczkę weksli.

- Te same? - rzekł pokazując je pani Meliton.

- Tak. Chciałabym mieć te pieniądze!... - odpowiedziała z westchnieniem.

Wokulski ujął paczkę w obie ręce i rozdarł ją.

- Znać kupca?... spytał.

Pani Meliton przypatrzyła mu się ciekawie i kiwając głową, mruknęła :

- Szkoda pana.

- Dlaczegóż to, jeżeli łaska?...

- Szkoda pana - powtórzyła. - Sama jestem kobietą i wiem, że kobiet nie

zdobywa się ofiarami, tylko siłą.

- Czy tak?

- Siłą piękności, zdrowia, pieniędzy...

- Rozumu... - wtrącił Wokulski jej tonem.

133

- Rozumu nie tyle, prędzej pięści - dodała pani Meliton z szyderczym

uśmiechem. - Znam dobrze moją płeć i nieraz miałam okazję litować się nad

naiwnością męską.

- Dla mnie niech pani sobie nie zadaje tego trudu.

- Myślisz pan, że nie będzie potrzebny? - spytała patrząc mu w oczy.

- Łaskawa pani - odparł Wokulski - jeżeli pa

wydaje, to może mnie kiedyś oceni. A jeżeli nią nie jest, zawsze będę miał czas

rozczarować się...

- Zrób to wcześniej, panie Wokulski, zrób wcześnie; - rzekła podnosząc się z

fotelu. - Bo wierz mi, łatwiej wyrzucić tysiące rubli z kieszeni aniżeli jedno

przywiązanie z serca. Szczególniej, gdy się już zagnieździ. A nie zapomnij pan -

dodała - dobrze umieścić mój kapitalik. Nie darłbyś paru tysięcy, gdybyś

wiedział, jak ciężko nieraz trzeba na nie pracować.

W maju i czerwcu wizyty pani Meliton stały się częstszymi, ku zmartwieniu

Rzeckiego, który podejrzewał spisek. I nie mylił się. Był spisek, ale przeciw

pa

dotyczących tylko pa

dniach hrabina wybiera się ze swoją siostrzenicą na spacer do Łazienek.

W takich wypadkach pani Meliton wpadała do sklepu i zrealizowawszy sobie

wynagrodzenie w formie kilku lub kilkunastorublowego drobiazgu, mówiła

Rzeckiemu dzień i godzinę.

Dziwne to bywały epoki dla Wokulskiego. Dowiedziawszy się, że jutro będą

panie w Łazienkach, już dziś tracił spokojność. Obojętniał dla interesów, był

rozdrażniony; zdawało mu się, że czas stoi w miejscu i że owe jutro nie

nadejdzie nigdy. Noc miał pełną dzikich marzeń; niekiedy w półśnie, półjawie

szeptał:

„Cóż to jest w rezultacie?... nic!... Ach, jakież ze mnie bydlę...”

Lecz gdy nadszedł ranek, bał się spojrzeć w okno, ażeby nie zobaczyć

zachmurzonego nieba, i znowu do południa czas rozciągał mu się tak, że w jego

ramach mógł był pomieścić całe swoje życie, zatrute dziś okropną goryczą.

„Czyliż to może być miłość?...” - zapytywał sam siebie z desperacją.

Rozgorączkowany, już w południe kazał zaprzęgać i jechać. Co chwilę zdawało

mu się, że spotyka wracający powóz hrabiny, to znowu, że jego rwące się z

cugli konie idą zbyt wolno.

Znalazłszy się w Łazienkach wyskakiwał z powozu i biegł nad sadzawkę, gdzie

zazwyczaj spacerowała hrabina lubiąca karmić łabędzie. Przychodził zawczasu,

a wtedy padał gdzieś na ławkę, zalany zimnym potem, i siedział bez ruchu, z

oczyma skierowanymi w stronę pałacu, zapominając o świecie.

Nareszcie na końcu alei ukazały się dwie kobiece figury, czarna i szara.

Wokulskiemu krew uderzyła do głowy.

„One!... Czy mnie choć zatrzymają?.. „

Podniósł się z ławki i szedł naprzeciw nich jak lunatyk, bez tchu. Tak, to jest

pa

134

Wokulski przypatruje się jej i myśli:

„No i cóż jest w niej nadzwyczajnego?... Kobieta jak i

potrzeby szaleję na jej rachunek...”

Ukłonił się, panie się odkłoniły. Idzie dalej nie odwracając głowy, ażeby się nie

zdradzić. Nareszcie ogląda się: obie panie znikły między zielonością.

„Wrócę się - myśli - jeszcze raz spojrzę... Nie, nie wypada!”

I czuje w tej chwili, że połyskująca woda sadzawki ciągnie go z nieprzepartą

siłą.

„Ach, gdybym wiedział, że śmierć jest zapomnieniem... A jeżeli nie jest?... Nie,

w naturze nie ma miłosierdzia... Czy godzi się w nędzne ludzkie serce wlać

bezmiar tęsknoty, a nie dać nawet tej pociechy, że śmierć jest nicością?”

Prawie w tym samym czasie hrabina mówiła do pa

- Coraz bardziej przekonywam się, Belu, że pieniądze nie dają szczęścia. Ten

Wokulski zrobił świetną jak dla niego karierę, lecz cóż stąd?... Już nie pracuje w

sklepie, ale nudzi się w Łazienkach. Uważałaś, jaką on ma znudzoną minę?

- Znudzoną? - powtórzyła pa

wszystkim zabawnym.

- Nie dostrzegłam tego - zdziwiła się hrabina.

- Więc... nieprzyjemnym - poprawiła się pa

Wokulski nie miał odwagi wyjść z Łazienek. Chodził po drugiej stronie

sadzawki i z daleka przypatrywał się migającej między drzewami szarej sukni.

Dopiero później spostrzegł, że przypatruje się aż dwom szarym sukniom, a

trzeciej niebieskiej i że żadna z nich - nie należy do pa

„Jestem piramidalnie głupi” - pomyślał.

Ale nic mu to nie pomogło.

Pewnego dnia, w pierwszej połowie czerwca, pani Meliton dała znać

Wokulskiemu, że jutro w południe pa

- z prezesową. Drobny ten wypadek mógł mieć pierwszorzędne znaczenie.

Wokulski bowiem od pamiętnej Wielkanocy parę razy odwiedzał prezesową i

poznał, że staruszka jest mu bardzo życzliwa. Zwykle słuchał jej opowiadań o

dawnych czasach, rozmawiał o swoim stryju, nawet ostatecznie umówił się o

nagrobek dla niego. W toku tej wymiany myśli, nie wiadomo skąd, wplątało się

imię pa

się zmieniła, głos stłumił się.

Staruszka przyłożyła binokle do oczu i wpatrzywszy się w Wokulskiego spytała

:

- Czy mi się tylko wydaje, czyli też pa

- Prawie nie znam jej... Mówiłem z nią raz w życiu... - tłumaczył się zmięszany

Wokulski.

Prezesowa wpadła w zamyślenie i kiwając głową, szepnęła:

- Ha...

Wokulski pożegnał ją, ale owe „ha!” utkwiło mu w pamięci. W każdym razie