Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 43 из 226

- Chodźże ze mną, pokażę ci nowy lokal, który wziąłem dla ciebie w tym

samym domu.

- Jak to wziąłeś? - pytam. - Przecież muszę umówić się o cenę z gospodarzem.

- Już zapłacone! - on odpowiada.

Wziął mnie pod rękę i prowadzi przez tylne drzwi sklepu do sieni.

- Ależ - mówię - tu lokal zajęty...

Zamiast odpowiedzi otworzył drzwi po drugiej stronie sieni... Wchodzę... słowo

honoru - salon!... Meble kryte utrechtem, na stołach albumy, w oknie majoliki...

Pod ścianą biblioteka...

- Masz tu - mówi Staś pokazując bogato oprawne książki - trzy historie

Napoleona I, życie Garibaldiego i Kossutha, historię Węgier...

Z książek byłem bardzo kontent, ale ten salon, muszę wyznać, zrobił na mnie

przykre wrażenie. Staś spostrzegł to i uśmiechnąwszy się, nagle otworzył drugie

drzwi.

Boże miłosierny!... ależ ten drugi pokój to mój pokój, w którym mieszkałem od

lat dwudziestu pięciu. Okna zakratowane, zielona firanka, mój czarny stół... A

pod ścianą naprzeciw moje żelazne łóżko, dubeltówka i pudło z gitarą...

- Jak to - pytam - więc mnie już przenieśli?...

- Tak - odpowiada Staś - przenieśli ci każdy ćwieczek, nawet płachtę dla Ira.

119

Może to się wyda komu śmiesznym, ale ja miałem łzy w oczach...

Patrzyłem na jego surową twarz, smutne oczy i prawie nie mogłem wyobrazić

sobie, że ten człowiek jest tak domyślny i posiada taką delikatność uczuć. Bo

żebym mu choć wspomniał o tym... On sam odgadł, że mogę tęsknić za dawną

siedzibą, i sam czuwał nad przeprowadzeniem moich gratów.

Szczęśliwa byłaby kobieta, z którą by on się ożenił (mam nawet dla niego

partię...); ale on się chyba nie ożeni. Jakieś dzikie myśli snują mu się po głowie,

ale nie o małżeństwie, niestety!... Ile to już poważnych osób przychodziło do

naszego sklepu niby za sprawunkami, a naprawdę w swaty do Stasia i -

wszystko na nic.

Taka pani Szperlingowa ma ze sto tysięcy rubli gotowizną i dystylarnię. Czego

ona już nie kupiła u nas, a wszystko dlatego, ażeby mnie zapytać :

- Cóż, nie żeni się pan Wokulski?

- Nie, pani dobrodziejko...

- Szkoda! - mówi pani Szperlingowa wzdychając. - Piękny sklep, duży majątek,

ale - wszystko to rozejdzie się... bez gospodyni. Gdyby zaś pan Wokulski

wybrał sobie jaką poważną i majętną kobietę, wzmocniłby się nawet jego

kredyt.

- Święte słowa pani dobrodziejki... - ja odpowiadam.

- Adieu! panie Rzecki - ona mówi (kładąc na kasie dwadzieścia albo i

pięćdziesiąt rubli). - Ale niechże pan czasem nie wspomni panu Wokulskiemu o

tym, że ja mówiłam coś o małżeństwie. Bo gotów pomyśleć, że stara baba

poluje na niego... Adieu, panie Rzecki...

-”Owszem, nie zaniedbam wspomnieć mu o tym...”

I zaraz myślę, że gdybym ja był Wokulskim, w jednej chwili ożeniłbym się z tą

bogatą wdową. Jak ona zbudowana, Herr Jesäs!...

Albo taki Szmeterling, rymarz. Ile razy załatwiamy rachunek, mówi:

- Nie mógłby się, panie tego, taki, panie tego, Wokulski żenić?...

Chłop, panie, ognisty; kark jak u byka... Żeby mnie piorun, panie tego, trzasł,

sam oddałbym mu córkę, a w posagu dałbym im rocznie za dziesięć tysięcy,

panie tego, rubli towaru... No?

Albo taki radca Wroński. Niebogaty, cichutki, ale kupuje u nas co tydzień

choćby parę rękawiczek i za każdym razem mówi:

- Ma tu Polska nie ginąć, mój Boże, kiedy tacy jak Wokulski nie żenią się. Bo to

nawet, mój Boże, nie potrzebuje człowiek posagu, więc mógłby znaleźć

panienkę, która, mój Boże! i do fortepianu, i domem zarządzi, i zna języki...

Takich swatów dziesiątki przewijają się przez nasz sklep. Niektóre matki, ciotki

albo ojcowie po prostu przyprowadzają do nas pa

albo ojciec kupuje coś za rubla, a tymczasem pa

bierze się pod boki, ażeby zwrócić uwagę na swoją figurę, wysuwa naprzód

prawą nóżkę, potem lewą nóżkę, potem wystawia rączki... Wszystko w tym

celu, ażeby złapać Stacha, a jego albo nie ma w sklepie, albo jeżeli jest, to nawet

nie patrzy na towar, jakby mówił:

120

- Taksacją zajmuje się pan Rzecki...

Wyjąwszy rodzin mających dorosłe córki tudzież wdów i panien na wydaniu,

które zdają się być odważniejszymi od węgierskiej piechoty, biedny mój Stach

nie cieszy się sympatią. Nic dziwnego - oburzył przeciw sobie wszystkich

fabrykantów jedwabnych i bawełnianych, a także kupców, którzy sprzedają ich

towary.

Raz, przy niedzieli (rzadko mi się to zdarza), zaszedłem do handelku na

śniadanie. Kieliszek anyżówki i kawałek śledzia przy bufecie, a do stołu

porcyjka flaków i ćwiartka porteru - oto bal! Zapłaciłem niecałego rubla, ale

moc się nałykał dymu, a moc się nasłuchał!... Wystarczy mi tego na parę lat.

W dusznym i ciemnym jak wędzarnia pokoju, gdzie mi flaki podano, siedziało

ze sześciu jegomościów przy jednym stole. Byli to ludzie spasieni i dobrze

odziani; zapewne kupcy, obywatele miejscy, a może i fabrykanci. Każdy

wyglądał tak na trzy do pięciu tysięcy rubli rocznego dochodu.

Ponieważ nie znałem tych panów, a zapewne i oni mnie, nie mogę więc

posądzić ich o umyślną szykanę. Proszę jednak wyobrazić sobie, co za traf, że

właśnie gdym wszedł do pokoju, rozmawiali o Wokulskim.

Kto mówił, z przyczyny dymu nie widziałem; wreszcie nie śmiałem podnieść

oczu od talerza.

- Karierę zrobił! - mówił gruby głos. - Za młodu wysługiwał się takim jak my, a

ku starości chce mu się fagasować wielkim panom.

- Ci dzisiejsi panowie - wtrącił jegomość dychawiczny - tyle warci co i on.

Gdzie by to dawniej w hrabskim domu przyjmowali eks-kupczyka, który przez

ożenek dorobił się majątku... Śmiech powiedzieć!...

- Fraszka ożenek - odparł gruby głos zakrztusiwszy się nieco - bogaty ożenek

nie hańbi. Ale te miliony, zarobione na dostawach w czasie wojny, z daleka

pachną kryminałem.

- Podobno nie kradł - odezwał się półgłosem ktoś trzeci.

- W takim razie nie ma milionów - huknął bas. - A w takim znowu wypadku po

co zadziera nosa!... czego pnie się do arystokracji?

- Mówią - dorzucił i

- Aha!... I oskubać ich, a potem zemknąć - wtrącił dychawiczny.

- Nie - mówił bas - on z tych dostaw nie obmyje się nawet szarym mydłem.

Kupiec galanteryjny robi dostawy! Warszawiak jedzie do Bułgarii!...

- Pański brat, inżynier, jeździł za zarobkiem jeszcze dalej - odezwał się półgłos.

- Zapewne! - przerwał bas. - Czy może i sprowadzał perkaliki z Moskwy? Tu

jest drugi sęk: zabija przemysł krajowy!...

- Ehe! He!... - zaśmiał się ktoś dotąd milczący - to już do kupca nie należy.

Kupiec jest od tego, ażeby sprowadzał tańszy towar i z lepszym zyskiem dla

siebie. Nieprawda?... Ehe! He!...

- W każdym razie nie dałbym trzech groszy za jego patriotyzm odparł bas.

- Podobno jednak - wtrącił półgłos - ten Wokulski dowiódł swego patriotyzmu

nie tylko językiem...

121

- Tym gorzej - przerwał bas. - Dowodził będąc gołym! Ochłonął poczuwszy

ruble w kieszeni.

- O!... że też my zawsze kogoś musimy posądzać albo o zdradę kraju, albo o

złodziejstwo! Nieładnie!... - oburzał się półgłos.

- Coś go pan mocno bronisz?... - spytał bas posuwając krzesłem.

- Bronię, bom trochę o nim słyszał - odpowiedział półgłos.- Furmani u mnie

niejaki Wysocki, który umierał z głodu, nim Wokulski postawił go na nogi...

- Za pieniądze z dostaw w Bułgarii!... Dobroczyńca!...

- I

- W każdym razie ciemna to figura - zakonkludował dychawiczny. - Rzuca się w

prawo i w lewo, sklepu nie pilnuje, perkaliki sprowadza, szlachtę jakby chciał