Страница 20 из 226
poplamione białymi obłokami.
- Gdzie jaśnie panienka rozkaże jechać? - spytał lokaj zatrzasnąwszy drzwiczki
powozu.
- Do sklepu Wokulskiego - Z nerwowym pośpiechem odpowiedziała pa
Izabela.
Lokaj skoczył na kozioł i spasione gniade konie ruszyły uroczystym kłusem
parskając i wyrzucając łbami.
- Dlaczego, Belciu, do Wokulskiego? - zapytała trochę zdziwiona pa
Florentyna.
- Chcę sobie kupić paryskie rękawiczki, kilka flakonów perfum...
- To samo dostaniemy gdzie indziej.
- Chcę tam - odpowiedziała sucho pa
Od paru dni męczył ją osobliwy niepokój, jakiego już raz doznała w życiu.
Będąc przed laty za granicą w ogrodzie aklimatyzacyjnym, zobaczyła w jednej z
klatek ogromnego tygrysa, który spał oparty o kratę w taki sposób, że mu część
głowy i jedno ucho wysunęło się na zewnątrz.
Widząc to pa
Zapach klatki napełniał ją wstrętem, potężne łapy zwierzęcia nieopisaną trwogą,
lecz mimo to czuła, że - musi tygrysa przynajmniej dotknąć w ucho.
54
Dziwny ten pociąg wydał się jej samej niebezpiecznym i nawet śmiesznym.
Przemogła się więc i poszła dalej; lecz po paru minutach wróciła. Znowu
cofnęła się, przejrzała i
Wróciła się i choć tygrys już nie spał, tylko mrucząc lizał swoje straszliwe łapy,
pa
tygrysiego ucha.
W chwilę później wstydziła się swego szaleństwa, lecz zarazem czuła to gorzkie
zadowolenie znane ludziom, którzy usłuchają w ważnej sprawie głosu instynktu.
Dziś zbudziło się w niej podobnego rodzaju pragnienie.
Gardziła Wokulskim, serce jej zamierało na samo przypuszczenie, że ten
człowiek mógł zapłacić za srebra więcej, niż były warte, a mimo to czuła
nieprzeparty pociąg - wejść do sklepu, spojrzeć w oczy Wokulskiemu i zapłacić
mu za parę drobiazgów tymi właśnie pieniędzmi, które pochodziły od niego.
Strach ją zdejmował na myśl spotkania, lecz niewytłumaczony instynkt
popychał.
Na Krakowskim już z daleka zobaczyła szyld z napisem: J. Mincel i S.
Wokulski, a o jeden dom bliżej nowy, jeszcze nie wykończony sklep o pięciu
oknach frontu, z lustrzanymi szybami. Z kilku pracujących przy nim
rzemieślników i robotników jedni od wewnątrz wycierali szyby, drudzy złocili i
malowali drzwi i futryny, i
bariery.
- Cóż to za sklep budują? - spytała pa
- Chyba dla Wokulskiego, bo słyszałam, że wziął obszerniejszy lokal.
„Dla mnie ten sklep!”- pomyślała pa
Powóz stanął, lokaj zeskoczył z kozła i pomógł paniom wysiąść. Lecz gdy
następnie otworzył z łoskotem drzwi do sklepu Wokulskiego, pa
osłabła, że nogi zachwiały się pod nią. Przez chwilę chciała wrócić do powozu i
uciec stąd; wnet jednak opanowała się i z podniesioną głową weszła.
Pan Rzecki już stał na środku sklepu i zacierając ręce, witał ją niskimi ukłonami.
W głębi pan Lisiecki, podczesując piękną brodę, okrągłymi i pełnymi godności
ruchami prezentował brązowe kandelabry jakiejś damie, która siedziała na
krześle. Mizerny Klejn wybierał laski młodzieńcowi, który na widok pa
Izabeli szybko uzbroił się w binokle - a pachnący heliotropem Mraczewski palił
wzrokiem i sztyletował wąsikami dwie rumiane panienki, które towarzyszyły
damie i oglądały toaletowe cacka.
Na prawo ode drzwi, za kantorkiem, siedział Wokulski schylony nad
rachunkami.
Gdy pa
szyi, dwie panienki spojrzały na siebie, pan Lisiecki urwał w połowie swój
okrągły frazes o stylu kandelabrów, ale zatrzymał okrągłą pozę, a nawet dama
słuchająca jego wykładu ciężko odwróciła się na krześle. Przez chwilę sklep
zaległa cisza, którą dopiero pa
kontraltem:
55
- Czy zastałyśmy pana Mraczewskiego?...
- Panie Mraczewski!... - pochwycił pan Ignacy.
Mraczewski już stał przy pa
kadzielnica, z pochyloną głową, jak kita wodnej trzciny.
- Przyszłyśmy prosić pana o rękawiczki.
- Numerek pięć i pół - odparł Mraczewski i już trzymał pudełko, które mu nieco
drżało w rękach pod wpływem spojrzenia pa
- Otóż nie... - przerwała pa
zapomniał!...
- Pani, są rzeczy, których się nigdy nie zapomina. Jeżeli jednak rozkazuje pani
pięć i trzy czwarte, będę służył w nadziei, że niebawem znowu zaszczyci nas
pani swoją obecnością. Bo rękawiczki pięć i trzy czwarte - dodał z lekkim
westchnieniem, podsuwając jej kilka i
rączek...
- Geniusz! - cicho szepnął pan Ignacy mrugając na Lisieckiego, który
pogardliwie ruszył ustami.
Dama siedząca na krześle zwróciła się do kandelabrów, dwie pa
oliwkowego drzewa, młodzieniec w binoklach począł znowu wybierać laski i -
rzeczy w sklepie przeszły do spokojnego trybu. Tylko rozgorączkowany
Mraczewski zeskakiwał i wbiegał na drabinkę, wysuwał szuflady i wydobywał
coraz nowe pudełka tłumacząc pa
może nosić i
tylko oryginalnych Atkinsona, ani ozdabiać swego stolika i
jak paryskimi.
Wokulski pochylił się nad kantorkiem tak, że żyły nabrzmiały mu na czole i -
wciąż rachował w myśli:
„ 29 a 36 - to 65, a 15 to 80, a 78 - to... to...”
Tu urwał i spod oka spojrzał w stronę pa
Mraczewskim. Oboje stali zwróceni do niego profilem; dostrzegł więc pałający
wzrok subiekta przykuty do pa
odpowiadała uśmiechem i spojrzeniami łagodnej zachęty
„ 29 a 36 - to 65, a 15...” - liczył w myśli Wokulski, lecz nagle pióro prysło mu
w ręku. Nie podnosząc głowy wydobył nową stalówkę z szuflady, a
jednocześnie, nie wiadomo jakim sposobem, z rachunku wypadło mu pytanie:
„ I ja mam niby to ją kochać?... Głupstwo! Przez rok cierpiałem na jakąś
chorobę mózgową, a zdawało mi się, że jestem zakochany...29 a 36... 29 a 36...
Nigdym nie przypuszczał, ażeby mogła mi być tak dalece obojętną... Jak ona
patrzy na tego osła... No, jest to widocznie osoba, która kokietuje nawet
subiektów, a czy tego samego nie robi z furmanami i lokajami!... Pierwszy raz
czuję spokój... o Boże... A tak go bardzo pragnąłem...”
Do sklepu weszło jeszcze parę osób, do których niechętnie zwrócił się
Mraczewski, powoli wiążąc paczki.
56
Pa
rzekła dobitnie:
- Floro, bądź łaskawa zapłacić temu panu. Wracamy do domu.
- Kasa jest tu - odezwał się Rzecki podbiegając do pa
niej pieniądze i oboje cofnęli się w głąb sklepu.
Pa
Wokulski. Była bardzo blada. Zdawało się, że widok tego człowieka wywiera na
nią wpływ magnetyczny.
- Czy mówię z panem Wokulskim?
Wokulski powstał z krzesła i odparł obojętnie:
- Jestem do usług.
- Wszakże to pan kupił nasz serwis i srebra? - mówiła zdławionym głosem.
- Ja, pani.
Teraz pa
na twarz. Ciągnęła dalej:
- Zapewne pan sprzeda te przedmioty?
- W tym celu je kupiłem.