Страница 186 из 226
zawarcia korzystnego pokoju!
- To nie mój system.
- Czy tak?... - rzekła pa
kuzynek złożysz broń; bo wojnę uważam już za rozpoczętą.
- Przegrasz ją, kuzynko, nawet w tych punktach, w których liczysz na
najzupełniejsze zwycięstwo - odpowiedział uroczyście Ochocki.
Pa
- Belu - szepnęła do niej przechodząca w tej chwili hrabina wyjeżdżamy.
- Cóż, Molinari obiecał?... - zapytała tym samym tonem pa
- Wcale go nie prosiłam - odpowiedziała dumnie hrabina.
- Dlaczego, ciociu?...
- Zrobił niekorzystne wrażenie.
Gdyby doniesiono pa
wielki skrzypek nie straciłby nic w jej oczach. Ale wiadomość, że zrobił złe
wrażenie, dotknęła ją w niemiły sposób.
Pożegnała artystę chłodno, prawie wyniośle.
Pomimo znajomości trwającej ledwie kilka godzin Molinari żywo zainteresował
pa
Kiedy późno wróciwszy do domu spojrzała na swego Apollina, zdawało jej się,
że marmurowy bożek ma coś z postawy i rysów skrzypka. Zarumieniła się
przypomniawszy sobie, że posąg bardzo często zmieniał fizjognomię; nawet
przez krótką chwilę był podobny do Wokulskiego. Uspokoiła się jednak uwagą,
że dzisiejsza zmiana jest ostatnią, że dotychczasowe jej upodobania polegały na
omyłkach i że Apollo, jeżeli mógł kogoś symbolizować, to tylko Molinariego
Nie mogła zasnąć, w sercu jej walczyły najsprzeczniejsze uczucia: gniew,
obawa, ciekawość i jakaś tkliwość. Czasem nawet budziło się zdumienie, kiedy
przypominała sobie zuchwałe czyny skrzypka. Przy pierwszych słowach
powiedział, że jest najpiękniejszą kobietą, jaką zna; idąc na kolację namiętnie
przytulał jej ramię i oświadczył, że ją kocha.
A przy kolacji, bez względu na obecność Szastalskiego i pa
tak natarczywie szukał pod stołem jej ręki, że... cóż miała zrobić?...
Podobnie gwałtownych uczuć nie spotkała jeszcze nigdy. On naprawdę musiał
ją pokochać od pierwszego wejrzenia, szalenie, na śmierć. Czy jej wreszcie nie
szepnął (co nawet zmusiło ją do opuszczenia stolika), że bez namysłu oddałby
życie za kilka dni spędzonych z nią razem.
„I na co on się narażał mówiąc coś podobnego” - pomyślała pa
przyszło jej do głowy, że co najwyżej narażał się na opuszczenie towarzystwa
przed końcem kolacji.
„Co za uczucie!... co za namiętność!...” - powtarzała w duchu.
Przez dwa dni pa
W trzecim dniu zdawało jej się, że Apollo, jakkolwiek wciąż podobny do
515
Molinariego, chwilami przypomina Starskiego. Tegoż dnia po południu przyjęła
panów Rydzewskiego i Pieczarkowskiego, którzy oświadczyli jej, że Molinari
opuszcza już Warszawę, że zraził do siebie całe towarzystwo, że jego album z
recenzjami jest blagą, ponieważ nie umieszczono w nim krytyk
nieprzychylnych. Dodali w końcu, że tak mierny skrzypek i pospolity człowiek
tylko w Warszawie mógł doznać podobnych owacyj.
Pa
i
świadectwo obecnego pana Rydzewskiego i nieobecnego Szastalskiego, że
Molinari od pierwszej chwili nie budził w nim zaufania.
Przez następne dwa dni pa
zawiści. Powtarzała sobie, że tylko on jeden zasługuje na jej współczucie i że
nigdy o nim nie zapomni.
W tym czasie pan Szastalski przysłał jej bukiet fiołków, a pa
wyrzutów spostrzegła, że Apollo zaczyna być podobnym do Szastalskiego i że
Molinari szybko zaciera się w jej pamięci.
Prawie w tydzień po koncercie, kiedy bez światła siedziała w swoim pokoju,
przed oczyma jej stanęła dawno zapomniana wizja. Zdawało jej się, że w
towarzystwie ojca zjeżdża powozem z jakiejś góry w dolinę napełnioną
chmurami dymów i pary. Spomiędzy chmur wysunęła się olbrzymia ręka
trzymająca kartę, na którą pan Tomasz patrzył z niespokojną ciekawością. „Z
kim ojciec gra?...” - pomyślała. W tej chwili wionął wiatr i z tumanów ukazała
się twarz Wokulskiego, także w olbrzymich rozmiarach.
„Rok temu miałam toż samo widzenie - rzekła do siebie pa
znaczy?...
I dopiero teraz przypomniała sobie, że Wokulski nie był u nich od tygodnia.
Po raucie u państwa Rzeżuchowskich Wokulski wrócił do siebie w niezwykłym
nastroju ducha. Atak szału minął go i ustąpił miejsca apatycznemu spokojowi.
Wokulski nie spał całą noc, ale stan ten nie wydawał mu się przykrym. Leżał
spokojnie, nie myślał o niczym i tylko ciekawie przysłuchiwał się bijącym
godzinom. Pierwsza... druga... trzecia...
Na drugi dzień wstał późno i do południa, pijąc herbatę, znowu przysłuchiwał
się biciu zegara. Jedynasta... dwunasta... pierwsza... Jakie to nudne!...
Chciał coś czytać, ale nie chciało mu się pójść do biblioteki po książkę ; więc
położył się na szezlongu i zaczął myśleć o teorii Darwina.
„Co to jest dobór naturalny? Jest to skutek walki o byt, w której giną istoty nie
posiadające pewnych uzdolnień, a zwyciężają więcej uzdolnione. Jaka jest
najważniejsza zdolność: czy pociąg płciowy? Nie, wstręt do śmierci. Istoty,
które nie miałyby wstrętu do śmierci, musiałyby wyginąć najpierwej. Gdyby
człowieka nie hamował wstręt do śmierci, ten najmędrszy zwierz nie dźwigałby
kajdan życia. W poezji staroindyjskiej są ślady, że istniała kiedyś ludzka rasa
mająca mniejszy wstręt do śmierci aniżeli my. No i rasa ta wyginęła, a jej
potomkowie są albo niewolnikami, albo ascetami.
516
A co to jest wstręt do śmierci? Naturalnie, instynkt polegający na złudzeniu. Są
osoby mające wstręt do myszy, która jest zupełnie niewi
albo nawet do poziomek, które są wcale smaczne. (Kiedy to ja jadłem
poziomki?... Aha, w końcu września roku zeszłego w Zasławku.... Zabawna
miejscowość ten Zasławek; ciekawym, czy jeszcze żyje prezesowa i czy ma
wstręt do śmierci?...)
Bo cóż to jest obawa śmierci?... Złudzenie! Umrzeć jest to nie być nigdzie, nic
nie czuć i o niczym nie myśleć. W iluż ja miejscach dziś nie jestem: nie jestem
w Ameryce, w Paryżu, na księżycu, nie jestem nawet w moim sklepie i nic mnie
nie trwoży. A o ilu ja rzeczach nie myślałem przed chwilą i o ilu nie myślę?
Myślę tylko o jakiejś jednej rzeczy, a nie myślę o miliardzie i
wiem nawet o nich i nic mnie to nie obchodzi.
Cóż więc może być przykrego w tym, że nie będąc w milionie miejsc, tylko w
jakimś jednym, i nie myśląc o miliardzie rzeczy, tylko o jakiejś jednej, przestanę
być i w tym jednym miejscu i myśleć o tej jednej rzeczy?... Istotnie, obawa
śmierci jest najkomiczniejszym złudzeniem, jakiemu od tylu wieków ulega
ludzkość. Dzicy boją się piorunu, huku broni palnej, nawet zwierciadła; a my,
niby to ucywilizowani, lękamy się śmierci!...”
Wstał, wyjrzał przez okno i z uśmiechem przypatrywał się ludziom, którzy
gdzieś biegli, kłaniali się sobie, asystowali damom. Przypatrywał się ich
gwałtownym ruchom, wielkiemu zainteresowaniu, bezświadomej szarmanterii
mężczyzn, automatycznej kokieterii kobiet, obojętnym minom dorożkarzy, męce
ich koni i nie mógł oprzeć się uwadze, że całe to życie, pełne niepokoju i
udręczeń, jest kapitalnym głupstwem.
Tak przesiedział cały dzień. Następnego przyszedł Rzecki i przypomniał mu, że
dziś jest dzień pierwszego kwietnia i że panu Łęckiemu trzeba zapłacić dwa
tysiące pięćset rubli procentów.