Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 179 из 226

- Zatrzymaj pan powóz.

- Po co?...

- No, jeżeli chcesz tu wysiąść...

- Właśnie, że tu nie wysiądę... O, ja nieszczęśliwy z takim podłym

usposobieniem!...

Wokulski przychodził do państwa Łęckich co kilka dni i najczęściej zastawał

tylko pana Tomasza, który witał go z ojcowską czułością, a następnie po parę

godzin rozmawiał o swoich chorobach lub o swoich interesach dając z lekka do

zrozumienia, że uważa go już za członka rodziny.

Pa

znajomych albo w magazynach. Jeżeli zaś Wokulski trafił szczęśliwie,

rozmawiali ze sobą krótko i o rzeczach obojętnych, gdyż pa

wówczas albo wybierała się gdzieś, albo u siebie przyjmowała wizyty.

W parę dni po odwiedzinach pani Wąsowskiej Wokulski zastał pa

Podając mu rękę, którą jak zwykle z religijną czcią ucałował, rzekła:

- Wie pan, że z prezesową jest bardzo niedobrze...

Wokulski stropił się.

- Biedna, zacna staruszka... Gdybym był pewny, że moje przybycie nie

przestraszy jej, pojechałbym... Czy aby ma opiekę?

- O tak - odparła pa

- bo Ewelinka już wyszła za barona. Jest Fela Janocka i... Starski...

Twarz jej oblał lekki rumieniec i umilkła.

„Oto skutki mego nietaktu - pomyślał Wokulski. - Spostrzegła, że ten Starski

wydaje mi się niesmacznym, i teraz miesza się na lada wspomnienie o nim.

Jakże to podle z mojej strony!”

Chciał powiedzieć coś życzliwego o Starskim, ale uwięzły mu wyrazy. Aby

więc przerwać kłopotliwe milczenie, rzekł:

- Gdzież w tym roku wybiorą się państwo na lato?

- Czy ja wiem? Ciotka Hortensja jest trochę słaba, więc może pojedziemy do

niej do Krakowa. Ja jednak, muszę przyznać, miałabym ochotę do Szwajcarii,

gdyby to ode mnie zależało.

- A od kogóż? - spytał Wokulski.

- Od ojca... Zresztą, czy ja wiem, co się jeszcze stanie? - odpowiedziała

rumieniąc się i spoglądając na Wokulskiego w sposób jej tylko właściwy.

- Przypuściwszy, że wszystko stanie się według woli pani rzekł - czy mnie

przyjęłaby pani za towarzysza?...

- Jeżeli pan zasłuży...

495

Powiedziała to takim tonem, że Wokulski stracił władzę nad sobą, już nie

wiadomo po raz który w tym roku.

- Czym ja mogę zasłużyć na łaskę pani? - spytał biorąc ją za rękę. - Chyba

litość... Nie, nie litość. Jest to uczucie równie przykre dla ofiarowującego, jak i

dla przyjmującego. Litości nie chcę. Ale niech pani tylko pomyśli, co ja pocznę,

tak długo nie widząc pani? Prawda, że i dziś widujemy się bardzo rzadko; pani

nawet nie wie, jak wlecze się czas tym, którzy czekają... Ale dopóki mieszka

pani w Warszawie, mówię sobie: zobaczę ją pojutrze... jutro... Zresztą mogę

zobaczyć każdej chwili, jeżeli nie panią, to przynajmniej ojca, Mikołaja, a

choćby ten dom...

Ach, mogłaby pani spełnić uczynek miłosierny i jednym słowem zakończyć -

nie wiem... moje cierpienia czy przywidzenia... Wszak zna pani to zdanie, że

najgorsza pewność jest lepsza od niepewności...

- A jeżeli pewność nie jest najgorsza?... - spytała pa

w oczy.

W przedpokoju zadzwoniono, a po chwili Mikołaj podał bilety panów

Rydzewskiego i Pieczarkowskiego.

- Proś - rzekła pa

Do salonu weszli dwaj bardzo eleganccy młodzi ludzie, z których jeden

odznaczał się cienką szyją i dość wyraźną łysiną, a drugi powłóczystymi

spojrzeniami i subtelnym sposobem mówienia. Weszli rzędem, jeden obok

drugiego; trzymając kapelusze na tej samej wysokości. Jednakowo ukłonili się,

jednakowo usiedli, jednakowo założyli nogę na nogę, po czym pan Rydzewski

zaczął pracować nad utrzymaniem swojej szyi w kierunku pionowym, a pan

Pieczarkowski zaczął mówić bez wytchnienia.

Mówił o tym, że obecnie świat chrześcijański obchodzi wielki post za pomocą

rautów, że przed wielkim postem był karnawał, w czasie którego bawiono się

wyjątkowo dobrze, i że po wielkim poście nastąpi czas najgorszy, w którym nie

wiadomo, co robić. Następnie zakomunikował pa

wielkiego postu obok rautów odbywają się odczyty, na których można bardzo

przyjemnie czas spędzać, jeżeli się siedzi obok znajomych dam, i że

najwykwintniejsze przyjęcia w tym poście są u państwa Rzeżuchowskich.

- Coś zachwycającego, coś oryginalnego!... powiadam pani - mówił. - Kolacja,

rozumie się, jak zwykle: ostrygi, homary, ryby, zwierzyna, ale na zakończenie,

dla amatorów, wie pani co?... Kasza!... Prawdziwa kasza... jakaż to?...

- Tatarska - wtrącił pierwszy i ostatni raz pan Rydzewski.

- Nie tatarska, ale tatarczana. Coś cudownego, coś bajecznego!... Każde ziarnko

wygląda tak, jakby oddzielnie gotowane... Formalnie zajadamy się nią: ja,

książę Kiełbik, hrabia Śledziński... Coś przechodzącego wszelkie pojęcie...

Podaje się zwyczajnie, na srebrnych półmiskach.

Pa

jego wyraz podkreślała ruchem, uśmiechem lub spojrzeniem, że Wokulskiemu

496

zaczęło robić się ciemno w oczach. Więc wstał i pożegnawszy towarzystwo

wybiegł na ulicę.

„Nie rozumiem tej kobiety! - pomyślał. - Kiedy ona jest sobą, z kim ona jest

sobą?...”

Ale po przejściu paruset kroków na mrozie ochłonął.

„W rezultacie - myślał - cóż w tym nadzwyczajnego? Musi żyć z ludźmi, do

których nawykła; a jeżeli z nimi żyje, musi słuchać ich błazeńskiej rozmowy. Co

ona zaś temu wi

Chociaż:.. gust do podobnego towarzystwa... Ach, jakiż ja jestem nikczemny,

zawsze i zawsze nikczemny!..”

Ile razy po wizycie u pa

wątpliwości, biegł do pracy. Przeglądał rachunki, uczył się angielskich słówek,

czytał nowe książki. A gdy i to nie pomagało, szedł do pani Stawskiej, u niej

spędzał cały wieczór i dziwna rzecz, w jej towarzystwie znajdował jeżeli nie

zupełny spokój, to przynajmniej ukojenie...

Rozmawiali o rzeczach najzwyklejszych. Najczęściej ona opowiadała mu o tym,

że w sklepie Milerowej interesa idą coraz lepiej, ponieważ ludzie dowiedzieli

się, że sklep ten w większej części należy do pana Wokulskiego. Potem mówiła,

że Helunia robi się coraz grzeczniejsza, a jeżeli jest kiedy niegrzeczną, wówczas

babcia straszy ją, że powie przed panem Wokulskim, i - dziecko zaraz się

uspakaja. Potem jeszcze napomykała o panu Rzeckim, który bywa tu niekiedy i

jest bardzo lubiany przez babcię, ponieważ opowiada jej mnóstwo szczegółów z

życia pana Wokulskiego. I że babcia równie lubi pana Wirskiego, który po

prostu zachwyca się panem Wokulskim.

Wokulski patrzył na nią zdziwiony. W pierwszych czasach zdawało mu się, że

słucha pochlebstw, i - uczuł przykrość. Lecz pani Stawska opowiadała to z tak

naiwną prostotą, że powoli zaczął odgadywać w niej najlepszą przyjaciółkę,

która jakkolwiek przecenia go, jednak mówi bez cienia obłudy.

Spostrzegł również, że pani Stawska nigdy nie zajmuje się sobą. Kiedy skończy

ze sklepem, myśli o Heluni, służy matce, troszczy się interesami służącej i

mnóstwa ludzi obcych, po największej części biedaków, którzy niczym

odwdzięczyć się jej nie mogli. Gdy zaś i tych kiedy zabrakło, wówczas zagląda

do klatki kanarka, ażeby mu zmienić wodę albo dosypać ziarna.

„Anielskie serce!...” - myślał Wokulski. Pewnego zaś wieczora rzekł do niej :

- Wie pani, co mi się zdaje, kiedy patrzę na panią?

Spojrzała na niego zalękniona.

- Zdaje mi się, że gdyby pani dotknęła człowieka ciężko poranionego, nie tylko