Страница 176 из 226
„Inaczej nie miałbym przyjemności pożegnać szanownej pani”- odpowiada
Patkiewicz i słyszę, pokazał jej takiego nieboszczyka, że baba runęła na wznak
na podłogę wołając:
„Nie ma mnie kto bronić!... Nie ma już mężczyzn!... Mężczyzny!...
Mężczyzny!...”
Krzyczała tak głośno, że ją było słychać na całym dziedzińcu, i nawet komornik
bardzo opacznie wytłomaczył sobie jej wołania, bo powiedział do stójkowych :
„Ot, w jaką chorobę wpadła biedna kobieta!... Trudno, już ze dwa lata jest w
separacji z mężem.”
Patkiewicz, jako medyk, pomacawszy puls baronowej, kazał jej zadać waleriany
i najspokojniej wyszedł. A tymczasem w ich lokalu ślusarz wziął się do
486
odbijania angielskiego zatrzasku. Kiedy już skończył swoją czy
drzwi pokaleczył, Maleski nagle przypomniał sobie, że oba klucze: od zamku i
od zatrzasku - ma w kieszeni.
Ledwie baronowa. doszła do przytomności, zaraz ów adwokat począł ją
namawiać, ażeby wytoczyła proces i Patkiewiczowi, i Maleskiemu. Ale baba
jest już tak zrażona do procesów, że tylko zwymyślała swego doradcę i
przysięgła, iż od tej pory żadnemu studentowi nie wynajmie lokalu, choćby na
wieki miał stać pustkami.
Potem, jak mi mówiono, z wielkim płaczem zaczęła namawiać Maruszewicza,
ażeby on nakłonił barona do przeproszenia jej i do sprowadzenia się do niej.
„Ja wiem - szlochała - że on już nie ma ani grosza, że za mieszkanic nie płaci i
nawet ze swoim lokajem jada na kredyt. Mimo to; wszystko mu zapomnę i
popłacę długi, byle nawrócił się i sprowadził do domu. Bez mężczyzny nie
mogę rządzić takim domem... umrę tu w ciągu roku...”
W tym widzę karę boską - zakończył Wirski odmuchując cygaro. - A
narzędziem tej kary będzie baron...
- A druga historia? - spytałem.
- Druga jest krótsza, ale za to ciekawsza. Wyobraź pan sobie, że baronowa,
baronowa Krzeszowska, złożyła wczoraj wizytę pani Stawskiej...
Oj! do licha... - szepnąłem. - To zły znak...
- Wcale nie - rzekł Wirski. - Baronowa przyszła do pani Stawskiej, spłakała się,
dostała spazmów i prosiła obie damy prawie na klęczkach, ażeby jej zapomniały
ów proces o lalkę, bo inaczej nie będzie mieć spokoju do końca życia.
- I one obiecały zapomnieć?
- Nie tylko obiecały, ale jeszcze ucałowały ją i nawet przyrzekły wyjednać jej
przebaczenie u Wokulskiego. o którym baronowa odzywa się z wielkimi
pochwałami...
- Oj, do diabła!... - zawołałem. - Po cóż one z nią rozmawiały o Wokulskim?...
Gotowe nieszczęście...
- Ale, co pan mówisz! - reflektował mnie Wirski. - To kobieta skruszona, żałuje
za grzechy i niezawodnie poprawi się.
Była już północ, więc sobie poszedł. Nie zatrzymywałem go, bo mnie trochę
zraził swą wiarą w skruchę baronowej. Ha! zresztą kto ją tam wie, może się i
naprawdę nawróciła?...
Post scriptum. Byłem pewny, że MacMahonowi uda się zrobić zamach na rzecz
małego Napoleonka. Tymczasem dziś dowiaduję się, że MacMahon upadł,
prezydentem rzeczypospolitej został mieszczanin Grévy, a mały Napoleonek
pojechał na wojnę, do jakiegoś Natalu do Afryki.
Trudna rada - niech się chłopak uczy wojować. Za jakie pół roku wróci okryty
sławą, tak że go sami Francuzi gwałtem zaczną ciągnąć do siebie, a my
tymczasem - ożenimy Stacha z panią Heleną.
O, bo ja, kiedy uwezmę się na co, to mam metternichowskie sposoby i
rozumiem naturalny bieg rzeczy.
487
Niech więc żyje Francja z Napoleonidami, a Wokulski z panią Stawską!...
ROZDZIAŁ TRZYNASTY:
DAMY I KOBIETY
W minionym karnawale i w bieżącym wielkim poście fortuna po raz trzeci czy
czwarty znowu łaskawym okiem spojrzała na dom pana Łęckiego.
Jego salony były pełne gości, a do przedpokoju sypały się bilety wizytowe jak
śnieg. I znowu pan Tomasz znalazł się w tej szczęśliwej pozycji, że nie tylko
miał kogo przyjmować, ale nawet mógł robić wybór pomiędzy odwiedzającymi.
- Pewnie już niedługo umrę - mówił nieraz do córki. - Mam jednak tę
satysfakcję, że ludzie ocenili mnie choć przed śmiercią.
Pa
złudzeń, ale była pewna, że rój wizytujących jej składa hołdy - nie ojcu.
Wszakże pan Niwiński, najwykwintniejszy aranżer, najczęściej z nią tańczył, nie
z ojcem. Pan Malborg, wzór dobrych manier i wyrocznia mody, z nią
rozmawiał, nie z ojcem, a pan Szastalski, przyjaciel poprzedzających, nie przez
ojca, tylko przez nią czuł się nieszczęśliwym i niepocieszonym. Pan Szastalski
wyraźnie jej to oświadczył, a chociaż sam nie był ani najwykwintniejszym
tancerzem jak pan Niwiński, ani wyrocznią mody jak pan Malborg, był jednak
przyjacielem panów: Niwińskiego i Malborga. Mieszkał blisko nich, z nimi
jadał, z nimi sprowadzał sobie angielskie lub francuskie garnitury, damy zaś
dojrzałe nie mogąc w nim dopatrzeć żadnych i
przynajmniej poetycznym.
Dopiero drobny fakt, jedno zdanie zmusiło pa
kierunku tajemnicy jej triumfów.
Podczas pewnego balu rzekła do pa
- Nigdy tak dobrze nie bawiłam się w Warszawie jak tego roku.
- Bo jesteś zachwycająca - odpowiedziała krótko pa
zasłaniając się wachlarzem, jakby chciała ukryć mimowolne ziewnięcie...
- Pa
z de Ginsów Upadalska do pani z Fertalskich Wywrotnickiej.
Ruch wachlarza pa
Upadalskiej zastanowiły pa
zorientować się w sytuacji, jeszcze tak jaskrawo oświetlonej.
„Cóż to za wiek? - myślała. - Dwadzieścia pięć lat jeszcze nie stanowią <<tego
wieku>>... Co one mówią?...”
Spojrzała na bok i zobaczyła utkwione w siebie oczy Wokulskiego. Ponieważ
miała do wyboru albo przypisać swoje triumfy „temu wiekowi”, albo
Wokulskiemu, więc... poczęła zastanawiać się nad Wokulskim.
Kto wie, czy nie był on mimowolnym twórcą uwielbień, które ją ze wszech
stron otaczały?...
488
Zaczęła przypominać sobie. Przede wszystkim ojciec pana Niwińskiego miał
kapitały w spółce, którą założył Wokulski, a która (o czym było wiadomo nawet
pa
jakąś szkołę techniczną (z czym się nie zdradzał), za pośrednictwem
Wokulskiego (co w najgłębszej zachował dyskrecji) starał się o posadę przy
kolei. I rzeczywiście, dostał taką, która posiadała jedną wielką zaletę, że nie
wymagała pracy, i jedną straszną wadę, że nie dawała trzech tysięcy rubli pensji.
Pan Malborg miał nawet o to żal do Wokulskiego; lecz ze względu na stosunki
ograniczał się na wymawianiu jego nazwiska z ironicznym półuśmiechem.
Pan Szastalski nie miał kapitałów w spółce ani posady przy kolei. Ale ponieważ
dwaj jego przyjaciele, panowie Niwiński i Malborg, mieli do Wokulskiego
pretensję, więc i on miał do Wokulskiego pretensję, którą formułował
wzdychając obok pa
- Są ludzie szczęśliwi, którzy...
O tym, jak wyglądają ci „którzy...”, pa
dowiedzieć. Tylko przy wyrazie „którzy” przychodził jej na myśl Wokulski.
Wtedy zaciskała drobne pięści i mówiła do siebie:
„Despota... tyran...”
Choć Wokulski nie zdradzał najmniejszej skło
despotyzmu. Tylko przypatrywał się jej i myślał:
„Tyżeś to czy... nie ty?.. „
Czasami na widok młodszych i starszych elegantów otaczających pa