Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 162 из 226

życia.)

- Mówiła panu mama - rzekła pani Stawska - jaki nas dziś spotkał honor?

Aha, prawda, zapomniałam... - wtrąciła pani Misiewiczowa.

Tymczasem dwie panienki wyszły dygając i zostaliśmy sami, jakby w kółku

familijnym.

- Niech pan sobie wyobrazi - mówiła pani Stawska - że miałyśmy dziś wizytę

baronowej... W pierwszej chwili prawie zlękłam się, bo ona, biedaczka, nie ma

przyjemnej powierzchowności, taka blada, tak zawsze czarno ubrana, takie ma

jakieś spojrzenie... Ale rozbroiła mnie w jednej chwili, kiedy zobaczywszy

Helunię rozpłakała się i upadła przed nią na kolana wołając: takie było moje

małe biedactwo i już nie żyje!...

Zimno mi się zrobiło, kiedym tego słuchał. Nie chcąc jednak może na próżno

przerażać pani Stawskiej, nie śmiałem zakomunikować jej moich przeczuć.

Zapytałem tylko:

- I czego ona chce od pani?

- Przyszła mnie prosić, ażebym pomogła jej w uporządkowaniu bielizny, sukien,

koronek, słowem, całego gospodarstwa. Ona spodziewa się, że wkrótce mąż do

niej wróci, i chce poodświeżać jedne drobiazgi, i

nie ma gustu, więc prosi mnie do pomocy i obiecujc mi płacić po dwa ruble za

trzy godziny co dzień.

- A pani co na to?

- Mój Boże, cóż miałam robić?... Naturalnie, że przyjęłam z podziękowaniem.

Jest to wprawdzie chwilowe zajęcie, ale bardzo przyszło mi w porę, bo właśnie

onegdaj (nie rozumiem nawet z jakiego powodu) straciłam jedną lekcję muzyki,

za pięć złotych godzina...

Westchnąłem domyślając się, że powodem utraty lekcji mógł być jaki list

anonimowy, w pisaniu których pani Krzeszowska odznacza się wielką

biegłością. Ale - nie powiedziałem nic. Bo czy mogłem radzić pani Stawskiej,

aby odrzuciła dwa ruble dzie

Oj, Stachu, Stachu!.:. dlaczego byś ty się z nią nie miał ożenić?...Pa

zajechała ci w głowę... Bodajbyś tego nie żałował.

Od tej pory, ile razy przyszedłem do moich zacnych przyjaciółek, pani Stawska

opowiadała mi jak najszczegółowiej historię swoich stosunków z baronową

Krzeszowską, u której bywała co dzień i rozumie się, zamiast trzech, pracowała

pięć i sześć godzin, wciąż za owe dwa ruble.

447

Pani Stawska jest bardzo pobłażliwą kobietą, niemniej jednak, o ile mogłem

wymiarkować z jej oględnych wyrażeń, zarówno mieszkanie baronowej, jak i

całe otoczenie dziwiło i robiło przykrość pani Stawskiej.

Przede wszystkim baronowa wcale nie korzysta ze swego obszernego

apartamentu. Salon, buduar, pokój sypialny, jadalny, pokój barona, wszystko

stoi pustką. Meble i lustra pozasłaniane pokrowcami; z roślin, jakie tam były

kiedyś, dziś są patyki albo tylko wazony pełne próchna zamiast ziemi ; na

kosztownych obiciach kurz. Jada także Bóg wie po jakiemu, nie biorąc czasem

przez parę dni nic ciepłego w usta, i trzyma na tak wielki dom tylko jedną

służącę, której w dodatku wymyśla od rozpustnic i złodziejek.

Kiedy ją zapytała pani Stawska, czy jej nie smutno żyć w tej pustce - odparła:

- Cóż mam robić, nieszczęsna sierota i prawie wdowa? Chyba jak mego

występnego męża natchnie dobry Bóg, ażeby żałował za swoje niecne czyny i

wrócił do mnie, chyba wtedy zmieni się nieco moje pustelnicze życie. O ile zaś

mogę wnosić ze snów i przeczuć, jakie na mnie zsyła niebo podczas gorących

modłów, mąż mój powinien by nawrócić się lada dzień, bo już i pieniędzy, i

kredytu nie ma ten nieszczęśliwy opętaniec...

Pani Stawska słysząc to zrobiła w duchu uwagę, że los barona, po jego

nawróceniu się, może nie być godnym zazdrości.

Osoby odwiedzające baronowę także nie wzbudzały zaufania w pani Stawskiej.

Najczęściej bywały tam jakieś stare, niemiłej powierzchowności kobiety, z

którymi w przedpokoju półgłosem rozmawiała o swym mężu. Niekiedy zjawiał

się Maruszewicz albo jakiś adwokat w starym futrze. Tych panów baronowa

brała do pokoju jadalnego, ale rozmawiając z nimi, płakała i wymyślała tak

głośno, że w całym domu było słychać.

Na nieśmlałą uwagę pani Stawskiej, dlaczego nie żyje z familią baronowa

odpowiedziała :

- Z jaką, kochana pani? Ja już nie mam nikogo, a choćbym nawet miała, nie

mogłabym przyjmować u siebie ludzi tak chciwych i ordynarnych. Familia zaś

mego męża wypiera się mnie, gdyż nie pochodzę ze szlachty; co im zresztą nie

przeszkadzało wytumanić ode mnie ze dwieście tysięcy rubli. Dopóki

pożyczałam im na wieczne nieoddanie, politykowali ze mną ; ale gdy się

opatrzyłam, zerwali stosunki i nawet oni to namawiali mego nieszczęśliwego

męża, ażeby położył mi areszt na majątku. O, co ja przeżyłam z tymi ludźmil... -

dodała płacząc.

Jedyny pokój (mówi pani Stawska), w którym baronowa cały dzień spędza, jest

pokoik jej zmarłej córeczki. Ma to być bardzo smutny i dziwaczny zakątek,

wszystko w nim bowiem zostało jak za życia nieboszczki. Jest więc łóżeczko, na

którym co kilka dni zmienia się pościel, szafka z ubraniem, które równie często

trzepie się i czyści w salonie, bo na dziedziniec nie pozwoliłaby baronowa

wynieść tych świętych pamiątek. Jest mały stolik z książkami i z kajetem

otwartym na tej stronie, na której biedne dziecko pisało ostatni raz: „Najświętsza

448

Pa

i ich garderoby.

Pani Stawska w tym właśnie pokoju ceruje koronki albo jedwabie, których

baronowa ma pełno. Czy się w nie będzie kiedy ubierać? - pani Stawska nie

może zgadnąć.

Jednego dnia baronowa zapytała panią Stawską, czy zna Wokulskiego. Lecz

choć odebrała odpowiedź, że pani Helena zna go bardzo mało, zaczęła mówić:

- Wyrządzi mi kochana pani wielką łaskę, prawdziwe dobrodziejstwo, jeżeli

wstawi się za mną do tego pana w ważnym dla mnie interesie. Ja chcę kupić tę

kamienicę i daję mu już dziewięćdziesiąt pięć tysięcy rubli, a on przez upór, bo

przez nic i

Niech mu pani powic, że on mnie zabije... że ściągnie na siebie karę boską za

taką chciwość... - krzyczała i płakała pani baronowa.

Pani Stawska, bardzo zmięszana, odpowiedziała baronowej, że w żaden sposób

nie może mówić o tym z Wokulskim.

- Nie znam go... Zaledwie raz był u nas... Zresztą, czy wypada mi wtrącać się do

podobnych rzeczy?

- O, pani wszystko mogłaby z nim zrobić - odparła baronowa.- Ale jeżeli pani

nie chce uratować mnie od śmierci - wola boska... Niech więc pani przynajmniej

spełni chrześcijański obowiązek i powie temu człowiekowi, jak jestem dla pani

życzliwa...

Pani Stawka usłyszawszy to podniosła się z krzesła, ażeby wyjść. Ale baronowa

rzuciła jej się na szyję i tak przepraszała, tak zaklinała, aby jej przebaczyć, że

zacnej pani Helenie łzy zakręciły się w oczach i została.

Opowiedziawszy to wszystko pani Stawka zakończyła pytaniem, które miało ton

jakby prośby:

- Więc pan Wokulski nie chce sprzedać tej kamienicy?

- Owszem - odpowiedziałem rozdrażniony - sprzeda kamienicę, sprzeda sklep...

Wszystko sprzeda...

Mocny rumieniec oblał twarz pani Stawskiej ; odwróciła krzesło tyłem do lampy

i spytała cichym głosem:

- Dlaczego?...

- Albo ja wiem! - rzekłem czując tę okrutną przyjemność, jaką sprawia

dręczenie bliźnich. - Albo ja wiem!... Mówią, że chce się żenić...

- Aha - wtrąciła pani Misiewiczowa. - Mówią coś o pa

- Czy to prawda?..: - szepnęła pani Stawska. Nagle przycisnęła ręką piersi, jakby

jej tchu zabrakło, i wyszła do drugiego pokoju.

„Ładny interes! - pomyślałem. - Widziała go raz i już mdleje...”

- Nic wiem, po co by on się żenił - rzekłem do pani Misiewiczowej. - Bo on