Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 108 из 226

brudnych pończoszkach. Usiadła na krześle przy drzwiach i wpatrywała się we

mnie wzrokiem o tyle podejrzliwym, o ile smutnym. Nigdy bym doprawdy nie

sądził, że na stare lata wezmą mnie za złodzieja...

Siedzieliśmy tak z pięć minut milcząc i obserwując się wzajemnie, gdy nagle

rozległ się krzyk i łoskot na schodach i, w tej chwili wbiegł z sieni ów obdarty

chłopak, zwany Wickiem, za którym ktoś gniewnie wołał:

- A szelmo!... dam ja ci...

Odgadłem, że Wicek musi mieć żywy temperament i że ten, kto mu wymyśla,

jest jego ojcem. Jakoż istotnie ukazał się sam pan rządca w poplamionym

surducie i w spodniach u dołu oberwanych. Miał przy tym gęsty, szpakowaty

zarost i czerwone oczy.

Wszedł, grzecznie ukłonił mi się i zapytał:

- Wszak mam honor z panem Wokulskim?

- Nie, panie, jestem tylko przyjacielem i dysponentem pana Wokulskicgo...

- A tak!... - przerwał mi wyciągając do uścisku rękę. - Miałem przyjemność

zauważyć pana w sklepie... Piękny sklep! - westchnął. - Z takich sklepów rodzą

się kamienice, a... a z majątków ziemskich - takie oto mieszkania...

- Pan dobrodziej miał majątek? - spytałem.

- Ba!... Ale co tam... Zapewne chce pan poznać bilans tej kamienicy? - odparł

rządca. - Otóż powiem krótko. Mamy dwa rodzaje lokatorów: jedni już od pół

roku nie płacą nikomu, i

gospodarza. Przy tym stróż nie odbiera pensji, dach zacieka, cyrkuł ekscytuje

nas, ażebyśmy wywieźli śmiecie, jeden lokator wytoczył nam proces o piwnicę,

a dwu lokatorów procesją się o obelgi z powodu strychu... Co się zaś tyczy -

dodał po chwili, nieco zmieszany - co się zaś tyczy dziewięćdziesięciu rubli,

które ja będę winien szanownemu panu Wokulskiemu...

- Nie niepokój się pan - przerwałem mu. - Stach, to jest pan Wokulski, zapewne

umorzy pański dług do października, a następnie zawrze z panem nowy układ.

Ubogi eks-właściciel majątku ziemskiego serdecznie uściskał mi obie ręce.

Taki rządca, który miał kiedyś własne dobra, wydawał mi się bardzo ciekawą

osobistością; ale jeszcze ciekawszym wydał mi się dom, który nie przynosi

żadnych dochodów Z natury jestem nieśmiały: wstydzę się rozmawiać z

nieznanymi ludźmi, a prawie boję się wchodzić do cudzych mieszkań... (Boże

miłosierny! jak ja już dawno nie byłem w cudzym mieszkaniu...) Tym razem

jednak wstąpił we mnie jakiś diabeł i koniecznie zapragnąłem poznać lokatorów

tej dziwnej kamienicy.

W roku 1849 bywało goręcej, a przecie szedł człowiek naprzód!...

299

- Panie - odczuwałem się do rządcy - czy byłbyś łaskaw... przedstawić mnie

niektórym lokatorom... Stach... to jest pan Wokulski...prosił mnie o - zajęcie się

jego interesami, dopóki nie wróci z Paryża...

- Paryż!... - westchnął rządca. - nam Paryż jeszcze z roku 1859. Pamiętam, jak

przyjmowali cesarza, kiedy wracał z kampanii włoskiej...

- Pan - zawołałem - pan widziałeś triumfalny powrót Napoleona do Paryża?...

Wyciągnął do mnie rękę i odparł:

- Widziałem lepszą rzecz, panie... Podczas kompanii byłem we Włoszech i

widziałem, jak Włosi przyjmowali Francuzów w wigilię bitwy pod Magentą...

- Pod Magentą?... W roku 1859?... - spytałem.

- Pod Magentą, panie...

Popatrzyliśmy sobie w oczy z tym eks-obywatelem, który nie mógł zdobyć się

na wywabienie plam ze swego surduta. Popatrzyliśmy sobie - mówię - w oczy.

Magenta... Rok 1859 ... Eh! Boże miłosierny...

- Powiedz pan - rzekłem - jak to was przyjmowali Włosi w wigilię bitwy pod

Magentą?

Ubogi eks-obywatel siadł na wydartym fotelu i mówił: - W roku 1859, panie

Rzecki... Zdaje mi się, że mam honor...

- Tak, panie, jestem Rzecki, porucznik, panie, węgierskiej piechoty panie...

Znowu popatrzyliśmy sobie w oczy. Eh! Boże miłosierny...

- Mów pan dalej, panie szlachcicu - rzekłem ściskając go za rękę.

- W roku 1859 - prawił eks-obywatel - byłem o dziewiętnaście lat młodszy niż

dziś i miałem z dziesięć tysięcy rubli rocznie... Na owe czasy! panie Rzecki...

Co prawda, brało się nie tylko procent, ale i coś z kapitału. Więc, jak przyszło

uwłaszczenie...

- No - rzekłem - chłopi są także ludźmi, panie...

- Wirski - wtrącił rządca.

- Panie Wirski - rzekłem - chłopi...

- Wszystko mi jedno - przerwał - czym są chłopi. Dość, że w roku miałem z

dziesięć tysięcy rubli dochodu (łącznie z pożyczkami) i byłem we Włoszech.

Ciekawy byłem, jak wygląda kraj, z którego wypędzają Szwaba... A żem nie

miał żony i dzieci, nie miałem dla kogo oszczędzać życia, więc przez

amatorstwo jechałem z przednią strażą francuską... Szliśmy pod Magentę, panie

Rzecki, choć nie wiedzieliśmy jeszcze, ani dokąd idziemy, ani kto z nas jutro

zobaczy zachodzące słońce... Pan zna to uczucie, kiedy człowiek niepewny jutra

znajdzie się w kompanii ludzi również niepewnych jutra?...

- Czy ja znam!... - Jedź pan dalej, panie Wioski...

- Niech mnie kaczki zdepczą - mówił ubogi eks-obywatel - że to są

najpiękniejsze chwile w życiu. Jesteś młody, wesół, zdrów, nie masz na karku

żony i dzieci, pijesz i śpiewasz, i co chwilę spoglądasz na jakąś ciemną ścianę,

za którą ukrywa się nasze jutro... Hej! - wołasz- lejcie mi wina, bo nie wiem, co

jest za tą ciemną ścianą... Hej!... wina. Nawet pocałunków... Panie Rzecki -

szepnął nachylając się rządca.

300

- Więc tedy, jakeście szli z przednią strażą pod Magentę?...-przerwałem mu.

- Szliśmy z kirasjerami - mówił rządca. - Pan znasz kirasjerów, panie Rzecki?...

Na niebie świeci jedno słońce, ale w szwadronie kirasjerów jest sto słońc...

- Ciężka to jazda - wtrąciłem. - Piechota gryzie ją jak stalowy dziadek orzechy...

- Zbliżamy się tedy, panie Rzecki, do jakiejś włoskiej mieściny, aż chłopi

tamtejsi dają znać, że niedaleko stoi korpus austriacki. Szlemy ich tedy do

miasteczka z rozkazem, a właściwie z prośbą, ażeby mieszkańcy, gdy nas

zobaczą, nie wydawali żadnych okrzyków...

- Rozumie się - rzekłem. - Kiedy nieprzyjaciel w sąsiedztwie...

- W pół godziny - ciągnął rządca - jesteśmy w mieście. Ulica wąska, po obu

stronach naród, ledwie można przejechać czwórkami, a w oknach i na balkonach

kobiety... Jakie kobiety, panie Rzecki!...Każda ma w ręku bukiet z róż. Ci,

którzy stoją na ulicy, ani pary z ust...bo Austriacy blisko... Ale tamte, co na

balkonach, skubią, panie, swoje bukiety i spoconych, pyłem okrytych kirasjerów

zasypują listkami z róż jak śniegiem... Ach, panie Rzecki, gdybyś widział ten

śnieg: amarantowy, różowy, biały, i te ręce, i te Włoszki... Pułkownik tylko

dotykał ręką ust na prawo, i na lewo słał pocałunki. A tymczasem śnieg

różanych listków zasypywał złote kirysy, hełmy i parskające konie... Na domiar

jakiś stary Włoch, z krzywym kijem i siwymi włosami do kołnierza, zastąpił

drogę pułkownikowi. Schwycił za szyję jego konia, pocałował goi krzyknąwszy:

Eviva Italia!, padł trupem na miejscu... - Taka była nasza wigilia przed

Magentą! To mówił eks-obywatel, a z oczu spływały mu łzy na poplamiony

surdut.

- Niech mnie diabli wezmą, panie Wirski! - zawołałem - jeżeli Stach nie odda

panu darmo tego mieszkania.

- Sto osiemdziesiąt rubli dopłacam! - szlochał rządca.

Obtarliśmy oczy.

- Panie- mówię - Magenta Magentą, a interes interesem. Może przedstawisz

mnie pan kilku lokatorom. - Chodź pan - odpowiedział rządca zrywając się z

obdartego fotelu. - Chodź pan, pokażę panu najosobliwszych...

Wybiegł z saloniku i wtykając głowę do drzwi, zdaje mi się kuche

zawołał:

- Maniu! ja wychodzę... A z tobą, Wicek, obrachujemy się wieczorem...