Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 18 из 40

42

Mieszkaliśmy na trzecim piętrze, w starym domu z umeblowanymi pokojami. Wynajmowaliśmy dwa, z oknami wychodzącymi na zaplecze. Budynek stał na skraju stromej skarpy i wyglądając z okna, człowiek miał wrażenie, że jest na dwunastym, a nie na trzecim piętrze. Było to jak mieszkanie na krawędzi świata – miejsce ostatniego odpoczynku przed statecznym wielkim upadkiem.

Tymczasem nasza szczęśliwa passa skończyła się tak, jak wszystkie szczęśliwe passy się kończą. Mieliśmy bardzo mało pieniędzy i piliśmy wino. Portwajn i muszkatel. Podłoga w kuchni cała zastawiona była tymi sikaczami: z tyłu sześć lub siedem dzbankowatych pojemników pięciolitrowych, przed nimi cztery lub pięć dużych, trzyćwierciowych flach, a z przodu trzy lub cztery mniejsze butelki, mieszczące niecałe pół litra.

– Pewnego dnia – powiedziałem Jane – gdy zostanie dowiedzione, że świat ma cztery, a nie trzy wymiary, człowiek będzie mógł wyjść na spacer i po prostu nie wrócić. Żadnych pogrzebów, żadnych łez, iluzji, żadnego nieba i piekła. Ludzie będą sobie siedzieli jakby nigdy nic i ktoś spyta: „Gdzie się podział George?”. A kto i

– Słuchaj – przerwała mi Jane – która jest godzina? Chcę wiedzieć, która jest godzina.

– Chwileczkę, zastanówmy się. Wczoraj o północy nastawiliśmy zegar według radia. Wiemy, że spieszy się 35 minut na godzinę. Pokazuje teraz 7.30, ale nie może to być 7.30 wieczorem, bo nie jest jeszcze dostatecznie ciemno. W porządku. A więc 7 i pół godziny. Siedem razy 35 minut równa się 245 minut. Połowa 35 minut to 17 i pół minuty. Razem 252 i pół minuty. Dobra, a więc wyprzedzamy czas o 4 godziny 42 minuty i 30 sekund. Cofamy więc zegar na 5.47. Jest 47 po piątej. Pora na obiad, a my nie mamy nic do jedzenia.

Nasz zegar spadł na podłogę, potłukł się i był przeze mnie naprawiany. Po zdjęciu tylnej pokrywy stwierdziłem, że uszkodzona została sprężyna i balans. Wymyśliłem jedyny sposób na to, by znowu zaczął chodzić: skróciłem mu główną sprężynę i skręciłem ją ciaśniej. Wpłynęło to na prędkość, z jaką obracały się wskazówki. Minutowa przyśpieszyła na tyle, że widać niemal było, jak się porusza.

– Otwórzmy następne wino – powiedziała Jane.

Naprawdę nie mieliśmy nic i

Zjedliśmy wszystko, co było do zjedzenia. Nocami wychodziliśmy na spacery, żeby kraść papierosy pozostawione na deskach rozdzielczych zaparkowanych samochodów.

– Może usmażyć naleśniki? – spytała Jane.

– Tak mi już obrzydły, że nie wiem, czy przełknę choć jednego.

Odkąd skończyło nam się masło i smalec, Jane smażyła je na suchej patelni. Nie z naleśnikowego ciasta, tylko z mąki zmieszanej z wodą. Wychodziły chrupkie. Naprawdę chrupkie.

– Co ja jestem wart jako człowiek? – zastanawiałem się na głos. – Ojciec uprzedzał mnie, że tak skończę. Przecież mógłbym wyjść na miasto… zdobyć coś. I zaraz to zrobię. Ale najpierw sobie golnę.

Nalałem pełną szklankę portwajnu. Świństwo miało tak podły smak, że gdyby człowiek myślał o tym w trakcie picia, to od razu by zrzucił. Dlatego też pijąc tego bełta, zawsze wyświetlałem sobie w głowie jakiś i

Osuszyłem szklankę do dna. Jakoś poszło.

– Wychodzę. Do widzenia, Jane.

– Do widzenia, Henry.

Ruszyłem przez korytarz w kierunku klatki, pokonałem cztery kondygnacje schodów, prześlizgnąłem się koło mieszkania właścicieli – zalegaliśmy z czynszem – i wyszedłem na dwór. Zszedłem ze wzgórza i znalazłem się na skrzyżowaniu Szóstej i Union Street. Przeciąłem pierwszą z tych ulic i skierowałem się na wschód. Był tam mały bazar. Przeszedłem wolno wzdłuż stoisk, po czym zawróciłem i zacząłem do nich podchodzić z przeciwnej strony. Stoisko z warzywami znajdowało się na froncie. Były tam pomidory, ogórki, pomarańcze, ananasy, grejpfruty. Stanąłem i zacząłem im się przyglądać. Zajrzałem do sklepu: starszy gość w fartuchu rozmawiał z jakąś kobietą, nikogo więcej nie było. Zwinąłem ogórek, wsadziłem go do kieszeni i ruszyłem przed siebie. Uszedłem nie dalej niż pięć metrów, gdy usłyszałem za sobą głos:

– Hej, panie. PANIE! Proszę natychmiast oddać ten OGÓREK, bo jak nie, to wezwę POLICJĘ! Jeśli natychmiast nie przyniesiesz mi go Z POWROTEM, to wsadzę cię do KRYMINAŁU!

Zawróciłem. Droga powrotna wydała mi się nieskończenie długa. Czułem na sobie wzrok gapiów. Trzech albo czterech. Wyciągnąłem z kieszeni ogórek i położyłem go na kupie ogórków. A potem skierowałem się na zachód. Tym razem poszedłem pod górkę Union Street, sforsowałem podejście od zachodniej strony wzgórza, pokonałem cztery kondygnacje schodów i otworzyłem drzwi. Jane oderwała wzrok od szklanki i spojrzała na mnie.

– Jestem zerem – oświadczyłem jej. – Nie potrafiłem nawet ukraść ogórka.

– Nie przejmuj się.

– Nastaw te naleśniki.

Podszedłem do dzbanka i nalałem sobie następną szklankę.

…Jechałem na wielbłądzie przez Saharę. Mój olbrzymi nos przypominał trochę dziób orła, ale mimo to byłem przystojny, a jakże, w białej szacie w zielone pasy. Odwagi też mi nie brakowało. Niejednego zdarzyło mi się zgładzić. U mego boku wisiał wielki zakrzywiony miecz. Zmierzałem w stronę namiotu. W jego cieniu, na mięsistym orientalnym dywanie, czekała - niecierpliwa i drżąca - czternastoletnia dziewoja, którą niebiosa obdarzyły mądrością wielką i nie rozdartym hymenem…

Przełknąłem następną porcję tej trucizny. Wstrząsnęło mnie, ale jakoś poszło. Nalałem szklankę Jane, nalałem szklankę sobie…

W którymś momencie, podczas jednej z tych naszych piekielnych nocy, dobiegła końca druga wojna światowa. Póki trwała, odbierałem ją co najwyżej jako odległą, mglistą realność, ale właśnie się skończyła. Zawsze trudno było znaleźć robotę, a teraz stało się to jeszcze trudniejsze. Codzie

Gdy wpadło skądś trochę grosza, szliśmy spacerkiem na Grand Central Market, by kupić tanie mięso na gulasz, marchewki, ziemniaki, cebule, selery. Wsadzaliśmy to wszystko do dużego garnka, a potem, mając pewność, że za chwilę się najemy, można było usiąść, pogadać, powąchać jak pachnie mięso, cebula, jarzynki, posłuchać, jak podskakuje pokrywka. Robiliśmy skręty z tytoniu, właziliśmy o najróżniejszych porach do łóżka, wstawaliśmy i zaczynaliśmy śpiewać piosenki. Czasem zjawiał się administrator, by nas uciszyć i przypomnieć, że zalegamy z czynszem. Współmieszkańcy nigdy nie zgłaszali skarg na nasze awantury, natomiast wyraźnie im się nie podobało, gdy śpiewaliśmy po kolei: Nie mam nic, więc mam wszystko; Mississipi; Kokardki, guziczki, pończoszki, trzewiczki; Toczy wiatr na prerii zielsko, potocz się i ty, Boże; chroń Amerykę; Deutschland, Deutschland über Alles; Odwrót Napoleona; Deszcz przynosi mi bluesa; Uszy do góry, bracie; Nie mam w banku ani centa…; Były sobie świnki trzy; Kiedy o zmierzchu zapada purpurowa kurtyna; Entliczek pętliczek, zielony koszyczek; Kto poślubił cię, aniele; Małe jagniątko zbłąkane; Z taką jak mój papcio chajtnę się dziewuszką; Jak zatrzymasz, stary durniu, dzieciaki na farmie; Gdybym ci ja wiedziała, tobym na cię czekała, napiekłabym ciasta…