Страница 48 из 58
* * *
Bohdan Zenobi Chmielnicki, hetman wojska zaporoskiego zmrużył skośnawe, przekrwione oczy. Uśmiech wykrzywił jego wąskie wargi.
– Ot, i zwycięstwo przy tobie, Jurku – rzekł do Bohuna. – Zacnieś z Lachami się sprawił. Możesz być pewien nagrody.
Bohun nic nie odpowiedział. Bez słowa cisnął hetmanowi pod nogi szczerozłotą buławę Kalinowskiego. Z tyłu Zaporożcy rzucali na stos chorągwie koro
– Co mam uczynić z jeńcami? – zapytał pułkownik kalnicki.
– I widzisz ty, Jurku – rzekł Chmielnicki cicho. – Na co to było Lachów słuchać, a układać się z nimi? Wżdy wszyscy oni zdradnyki. Pytasz, co z jeńcami uczynić? To ja ci rzeknę: martwy pies nie kąsa. Wyrezaj wszystkich. Nam oni na nic!
– Co ci da wymordowanie Lachów?
– Jak ich wyreżem, odejdą wam z Wyhowskim amory k’ Rzeczypospolitej. Bo nigdy już ona tego nie wybaczy. Nigdy już ty, ani żaden zaporoski hetman nie pomyśli, że można by Ukrainę na powrót z Koroną związać. Bo i ja sam czasem miewam takowe myśli, coby jednak wrócić, pokłonić się królowi, jakem pod Zborowem uczynił. I nie wiem wtedy ja, czy łbem o ścianę walić, czy niewolnika kazać ścinać, czy z rozpaczy się zapić. A tak, kiedy z jeńcami skończysz, nie będziemy się miotać jakoby w apopleksyjej między Rzecząpospolitą a swobodą naszą, albo obcym władcą. Ot i koniec, nie będzie więcej pokoju z Lachami. Tego jednego jestem pewien. Tak więc wszystkim im gardła ureżesz!
– Ja tego nie uczynię.
– Nie uczynisz? No widzisz, a oni bandurzystę twojego Tarasa Weresaja na pal nawlekli! Takie to i Lachy. Ty do nich szczerze, a oni kamień za pazuchą.
– Jak to?! – zakrzyknął Bohun. Kolana ugięły się pod nim, a przez poznaczoną bliznami twarz przebiegł skurcz. – Toż ja go prawie usynowił!
– A Lachy go ubili – rzekł Chmielnicki, uśmiechając się złośliwie. – Będzieszli żałował psom lackiej posoki?
Siedzący w kącie namiotu grubawy Nuradyn Sołtan przerwał żucie daktyli i wypluł je na rękę jednemu z niewolników.
– Allach Akbar! – rzucił wściekle. – Czy ja dobrze słyszał? Czy ty, przeklęty, wiarołomny giaurze chcesz dotykać mego jasyru?!
– Zapłacę za każdą głowę. – Chmielnicki nagle zrobił się uczciwy. – Sto tysięcy dukatów za wszystkich Lachów.
– Ja tego nie zrobię – sapnął Nuradyn. – Nie będziemy rzezać bezbro
– Zapłacę nohajcom – mruknął kozacki hetman. – Dam jeszcze dziesięć tysięcy.
– Gotowizną! Zaraz!
– Tylko beczki odbiją.
– A ja – rzekł Bohun – chcę żywcem jednego jeńca. Zapłacę. Zapłacę dobrze.
– Za kogo?
– Za starostę krasnostawskiego, Marka Sobieskiego.
– Jak go poznać?
– Ma na ręku srebrny sygnet z Janiną. To jest z herbem wyobrażającym pole w polu.
– Dobrze, Jurku – rzekł Chmielnicki. – Za wiktorię nagroda ci się słusznie należy. Jedź tedy do nohajców i przekaż im, że czas z Lachami kończyć.
* * *
Wiedli ich przez stepy cały dzień. Ordyńcy popędzali jeńców razami nahajów, dobijali ra
– Aby tylko orda jasyr podzieliła, a już dobrze będzie – jęknął Korycki. – Ja znam Achmeta, Tatara budziackiego, bo to mój pobratymca. On nas uratuje!
– Ciszej – mruknął Cyklop Grodzicki. – Zaraz jasyr podzielą, bo nowe Tatary jadą!
Kozacy i nohajcy zwolnili, pozwolili zatrzymać się strudzonym jeńcom. Do strażników podjeżdżały coraz to nowe grupy ordyńców. Sobieski przypatrywał się, jak rozmawiali, krzycząc i wygrażając. A potem nowo przybyli ruszyli w stronę jeńców.
Czterech Tatarów podjechało bliżej – ich przywódca w szyszaku turbanowym, kolczudze i kożuchu utkwił czarne, skośne oczy w Grodzickim.
– Allach! – zawołał, klepiąc się po tłustym kałdunie. – Mirza Grodzicki! Już on nasz!
Na jego znak ordyńcy skoczyli do przodu, chwycili i wywlekli Cyklopa spomiędzy wynędzniałych więźniów. Szybko poderwali go, wsadzili na konia. Któryś narzucił na grzbiet szlachcica stary, wytarty kożuch, i
– Co to, do kroćset, ma znaczyć? – zapytał Przyjemski. Nie doczekał się odpowiedzi. Nohajcy popędzili kolumnę do dalszego marszu. Co chwila jednak do jeńców przypadały grupki Tatarów, chwytali po dwóch, po trzech żołnierzy – wybierając zwykle co znaczniejszych ubiorem. Wszystkich wsadzali na konie i... ubierali po tatarsku.
– Waszmościowie! Waszmościowie! – zakrzyknął znajomy głos.
Sobieski spojrzał w bok. Przez tłum przeciskał się do nich długowłosy mężczyzna w porwanym, zakrwawionym kolecie.
– Dantez?! Wszelki ducha Pana Boga chwali! Ty żyjesz?
– Co to za życie, proszę waszmości.
– Usiekłeś choć któregoś?
– Rapierem nawet nie zdążyłem się zastawić. Wzięli mnie, psie juchy, na arkan i tylem zwojował. Ale nie czas o tym. Waszmościowie, trzeba stąd uchodzić.
– Jeno jak? Na skrzydłach?
– Waszmościowie, do Tatarów Kozacy przyjechali. Krzyczeli, coby wszystkich jeńców wyrezać.
– Nie może to być – rzekł Korycki. – Tatarzy jeńców nie mordują. Przecie nas dla okupu wzięli.
– Albo to znasz ruski?
– Po polsku wołali, aby ordyńcy wyrozumieć mogli.
– Pożyjemy, obaczymy.
Kozacy i Tatarzy przygnali ich na łąkę przy niewielkiej rzeczce. Sobieski dojrzał, jak spoza drzew przy strumieniu wyjeżdża spory orszak mołojców, na czele którego jechał ogromny mąż o skośnawych, czarnych brwiach i długich, posiwiałych wąsach. To był Bohdan Zenobi Chmielnicki! Hetman kozacki wskazał buławą jeńców.
– Hałła! Hałła! – rozdarły się liczne głosy.
Spoza drzew, zza wysokich traw wypadli zbrojni. Nie byli ko
Jak burza wpadli między jeńców, tnąc, bijąc, rozwalając głowy bułatami i ordynkami, kłując spisami. Żołnierze wzburzyli się, chcieli uciekać, ale nie było dokąd. Ława ko
– Jezus! Mario!
Tatarskie szable cięły Lachów bez litości, smagały ich po twarzach i rękach. Jeńcy padali, kulili się, uciekali. Czasem stawiali rozpaczliwy opór, łamany siłą spis i kiścieni. Nohajcy ścinali głowy, odrąbywali dłonie składające się do modlitwy.
– Jezus! Jezus! – poniosły się głośnie krzyki nad polem rzezi.
Nohajcy zadygotali, słysząc te wołania. Poczęli zabijać modlących się. Siekali po gardłach, po karkach, po głowach, rozwalali usta szepczące imię Zbawiciela.
– Mości hetmanie wojska zaporoskiego! – zakrzyknął Przyjemski, dostrzegając, iż Chmielnicki zbliżył się do miejsca kaźni i stał niemal o pół strzelania z łuku. – Nie rozlewaj na darmo krwi chrześcijańskiej! Nie gub synów koro
Chmielnicki spojrzał na niego zimno. Wskazał buławą. Ordyńcy skoczyli ku generałowi; bijąc go kiścieniami, przewrócili na ziemię. A potem poczęli dźgać spisami i ostrzami szabel, tłuc masłakami na śmierć.