Страница 42 из 58
Daniel Czapliński, porucznik chorągwi pancernej narodowego autoramentu, a przed czterema laty podstarości czehryński z łaski jaśnie oświeconego Aleksandra Koniecpolskiego, dźwigał krzyż od czterech lat... Od chwili, gdy wypędził z futoru w Subotowie Bohdana Chmielnickiego, kiedy kazał swoim Tatarom obić prawie na śmierć Tymofieja, gdy w końcu oskarżył starego Kozaka o zdradę i odebrał mu Helenę.
Gdybyż wiedział, że Chmielnicki rozmawiał już wówczas z wysła
Za każdym razem, gdy widział trupy, rzezie, spalone miasta, wyrżnięte wsie – powracały wspomnienia sprzed czterech lat. „To wszystko moja wina – szeptał sam do siebie. – Jam to sprawił...”. Szedł przez trupy i krew. I dlatego wiózł teraz w sakwie ugodę batowską, która miała zdjąć straszne brzemię z jego serca.
Starszyzna czekała na nich przy opuszczonej cerkwi. Czapliński podjechał pod wrota, zeskoczył z konia.
– Sława Bohu.
– Na wiki wików!
Porucznik wszedł do cerkwi, schylił głowę i przeżegnał się. A potem podszedł do carskich wrót, gdzie stała kozacka starszyzna. Skłonił się i położył na stole przed nimi zapieczętowany dokument.
– Oto ugoda batowska, podpisana przez marszałka i członków koła wojskowego konfederacji wojsk koro
– Nu, tak i doszli my do dogoworów – wycedził przez żółte zęby Baran. – Sprawdźcie, czy tam wszystko jak trzeba stoi.
Groicki i jeszcze jeden Kozak – widno susceptant, a może podpisek z kancelarii Wyhowskiego, wzięli pismo i poczęli czytać.
– Zgodzili się Lachy, coby noga psich synów jezuitów w księstwie ruskim nie postała. A i na Akademię Kijowską donację dają. A nam przywileje szlacheckie!
– A gdzie Bohun?
– Chmielnicki go na naradę wezwał.
– Tedy, panie Czapliński – rzekł Groicki – podpisujemy ugodę, a ty zabierz papier do obozu. Dam ci sorokę semenów, aby cię od wrogów zła przygoda nie spotkała.
Groicki wziął pióro i złożył zamaszysty podpis na obu kopiach ugody.
– A ja za siebie i za Bohuna podpisuję – mruknął Baran.
– Jakże to: za Bohuna? – zaprotestował Czapliński. – Podrabiać chcesz jego podpis, mości pułkowniku?
– A kto pozna, który podpis mój, a który Bohuna? – zapytał Baran, stawiając na ugodzie dwa krzyżyki. – My proste Kozaki. Kolegia na Dzikich Polach kończyły, nie w Kijowie.
Kolejny krzyżyk postawił, choć niechętnie, Parchomienko. Po nim nagryzmolił niewyraźny podpis po rusku Sawa Sawicz. Czapliński zabrał kopię pisma, wsunął w zanadrze. Odetchnął z ulgą. Stało się.
– Jutro skoro świt przyjdziemy pod obóz z pułkami zaprzysięgać ugodę – rzekł Groicki. – Znakiem będzie chorągiew z Bogurodzicą. Zabieram tedy ugodę i wracam. Czołem waszmościom.
– Bywaj, panie Czapliński. Zawieź dobrą nowinę do obozu!
Czapliński odwrócił się i wyszedł z cerkwi, oddając przedtem pokłon Chrystusowi. Po chwili rozległ się tętent kopyt jego konia. Baran odwrócił się, po czym złożył na stole pod ikonostasem i carskimi wrotami akt unii batowskiej. Słońce schowało się już za lasami i tylko w górze, pod drewnianym stropem pełgały ostatnie, czerwone blaski dnia.
Niespodziewanie wokół cerkwi zarżały konie. Ktoś krzyknął, za oknem rozległ się głuchy łomot padającego ciała. Baran odwrócił się wolno ku wrotom.
Z brzękiem ostróg do środka wkroczyły oberwane, ponure postacie polskich żołnierzy w postrzępionych żupanach, rajtrokach i wypłowiałych deliach. Za nimi weszli czarni rajtarzy. Zatrzymali się na progu. Ich spojrzenia skrzyżowały się.
– Waszmość z obozu? – zapytał Baran. – Ostawiłeś tu coś?
Szlachcic stojący na czele Polaków uśmiechnął się zimno, strasznie, bezlitośnie. Jego dłoń w żelaznej rękawicy sięgnęła po rękojeść szabli.
– Poczekajcie, moje dziatki – wyszeptał. – Nakarmię was dzisiaj do syta. Taaaaak. Wiem, żeście spragnione...
– Panie szlachcic, co wy?
– Gdzie jest akt unii batowskiej?
Pułkownik czerkaski pochylił się, jego wargi ściągnęły się, odsłaniając zęby. A potem chwycił za rękojeść ordynki.
* * *
Na kolokwium z marszałkiem konfederatów i pułkownikami Dantez szedł ze spokojem w duszy. Ma się rozumieć, iż nie czekał go bynajmniej przyjacielski dyskurs przy piwie i gorzałce. Francuz spodziewał się najgorszego – wybuchu gniewu konfederatów, tortur, a może nawet i śmierci. Wszystko w zależności od tego, w jakich nastrojach byli panowie szlachcice. Humor zaś zależał często od ilości wypitego miodu i wina.
Bertrand nie ronił łez nad swoim losem. Oto już raz, pod szubienicą w Przemyślu wyśliznął się z objęć kościstej kochanki. Nie był pewien, czy uda mu się to po raz drugi, lecz przecież był dobrej myśli. Wszak, jak powiadano w Polsce: do trzech razy sztuka. A on uniknął śmierci zaledwie po raz pierwszy. Oczywiście, gdyby liczyć wszystkie bitwy i pojedynki, które przetrwał, zebrałaby się nie jedna, ale przynajmniej tuzin kresek. No, ale cóż – i tak dane mu było pożyć dłużej niż mniemał. Przynajmniej raz okpił śmierć, więc gotów był stawić jej czoła z podniesioną głową. W sumie – nie pierwszyzna.
W hetmańskiej kancelarii zgromadzili się najważniejsi pułkownicy wojska koro
– Panie pułkowniku Bertrandzie de Dantez. Byłeś zaufanym sługą i poplecznikiem hetmana Kalinowskiego, którego wyrokiem koła wojskowego konfederackiego uwięziliśmy za zdradę i szaleństwo, gdy chciał wykorzystać armię koro
Przyjemski rzucił na stół nakreślony na papierze plan obozu. Dantez spojrzał na niego i uśmiechnął się smutno.
– Zapytuję tedy, czy waszmość widziałeś te papiery, a jeśli tak, to czy wiesz, kto przekazał je Kozakom?
Gorzki uśmiech nie schodził z warg Danteza.
– Tak – rzekł, patrząc Przyjemskiemu prosto w oczy. – Widziałem te mapy. Jednak zanim cokolwiek powiem, mości panowie, zaręczcie mi waszym honorem, że nie rozsiekacie mnie po tym, co usłyszycie. Gorąca krew w was, panowie Polacy, a ja chciałbym jeszcze trochę nacieszyć się winem i niewiastami.
– Tego nie mogę obiecać. Jednak... – Przyjemski zawiesił głos – ...daję nobile verbum przy świadkach, iż jeśli jesteś w to zamieszany, nie zabijemy cię tutaj, ale staniesz przed sądem Rzeczypospolitej. W tym wypadku przed sądem sejmowym, który sprawiedliwie osądzi twą winę.
– Słowo waszej miłości w zupełności mi wystarczy – rzekł Dantez.