Страница 3 из 58
* * *
Na majdanie załomotały końskie kopyta. Któryś z wierzchowców zarżał, poskromiony silną ręką. Dzieci rozszlochały się, rzuciły zako
Mały Mykoła przycisnął zdrową ręką płaczącą Lubę. Zadrżał, gdy w sieni trzasnęły drzwi, kiedy deski podłogi zadudniły pod podkutymi butami.
– Smert – wyszeptała Luba. – Smert idzie.
Brat Michał przytulił oboje do siebie.
– Bóg nas obroni, moje dzieciny – wyszeptał cicho przez łzy.
* * *
Kozacy wpadli do świetlicy w sześciu, z dobytymi szablami, z rusznicami i czekanami na podorędziu. Nikt nie stawił im oporu. Nikt nie porwał za broń...
Mołojcy zamarli zaskoczeni, widząc gromadę dziatek tulącą się do starego zako
Taras popatrzył na skulone, chlipiące dzieci i odetchnął z ulgą. Spodziewał się oporu we dworze, zbrojnej czeladzi i Lachów. Obawiał się nawet, że ich sześciu nie starczy na zdobycie folwarku, do którego, jak powiadał Sysun, wrócił potajemnie szlachcic wraz z całą rodziną. Tymczasem znaleźli tu głód, nędzę i mizerię. I kalekie dzieci...
Weresaj zadrżał, gdy przypatrzył się gromadce malców. Niewysoki chłopczyk obejmował kikutem ramienia dziewczynkę z czarnymi jamami zamiast oczu. Tuż obok leżało dziecko bez nóg, przypominające wór łachmanów, a dalej cisnęły się do kolan zako
Dzieci były strasznie okaleczone. Taras z przerażeniem oglądał kikuty rąk i nóg, główki poznaczone głębokimi ranami, szramami od szabel, bliznami po oparzeniach. Niektóre z dziatek miały obcięte uszy, nosy, lub palce – widać wraz z rodzicielami wpadły w ręce żołnierzy z chorągwi koro
Na dalsze rozmyślania nie było czasu. Sysun wpadł między kaleki, roztrącił je, chwycił starego zako
– Gdzie Lach? – zawył. – Gdzie twój pan?
– Pomiłujcie, panowie mołojcy – jęknął zako
– Łżesz, didu! On tu we dworze ukrywa się! Ale my go znajdziem. Spod ziemi wydobędziem. Tak ty lepiej gadaj, gdzie Gdeszyński złoto i srebra ukrył. Inaczej chudo bude!
– I na prażonych podeszwach na tamten świat pójdziesz, popie! – Morozowicki wykrzywił twarz w paskudnym uśmiechu.
– We dworze nie ma nikogo poza mną i tymi dziateczkami – rzekł zako
– Znaczy, ty tutaj dziećmi opiekujesz się? Ty Lach – jezuita?
– Ja od ojców bernardynów – odrzekł starzec. – Za grzechy moje ofiarowałem się Panu Bogu, a on rzekł mi, abym sieroty nieszczęsne pod dach mój brał. Tak i ja was, panowie mołojcy, zmiłowania proszę – nie czyńcie krzywdy kalekom nieszczęsnym.
– Milcz, popie! – warknął młodszy Horyłko. – Gdzie złoto chowasz? Gdzie twoje judaszowe dukaty, kundlu jezuicki? Oddasz nam, to cię całego ostawimy. A jeśli choć jednego zatrzymasz, tedy na gałęzi poskaczesz!
– Nie mamy złota. Toż ja biedny mnich jestem...
Jednym szybkim ruchem Sysun chwycił za kindżał i przyłożył ostrze do gardła zako
– Zawrzyj gębę, didu! Dukaty dawaj, talary, jefimki, orty!
– Bierzcie co chcecie, jeno oszczędźcie sieroty!
– Przeszukać dwór! – ryknął Sysun, a potem walnął Lacha rękojeścią kindżału w brzuch. Zako
– Taras, pilnuj go!
Bandurzysta podszedł do starca, ale nie dobył szabli. Nie wierzył, aby Lach stawił mu opór. Sysun i Horyłkowie rozbiegli się po dworze. Z łoskotem poczęli rąbać beczki czekanami i obuszkami, rozwalać wieka skrzyń, odrywać obluzowane deski podłogi, zaglądać do komór i pieców. Z lichych, parcianych worków wysypało się ziarno, ze skrzyni wzbił obłok mąki. Z rozbitych baryłek wyciągnęli suchary, resztki jagieł i kaszy.
– Nie bójcie się, ojcze – rzekł cicho Taras. – Jeśliście złota nie zataili, nic wam nie będzie. Wyście panie, szlachcic?! – zapytał, widząc pas kolczy na habicie starego bernardyna.
Zako
– Sługiwałem wojskowo – wyszeptał cicho. – Byłem pod Beresteczkiem. Ale po rzezi ofiarowałem się Panu Bogu. I poszedłem zbierać po traktach pacholęta. Te wszystkie chore, ra
Taras spojrzał na dzieci, na ich rany, blizny, kikuty rąk i nóg obwiązane gałganami, na pobladłe twarzyczki. Przeniósł wzrok na zako
Zamarł...
Wróciło tamto...
Kozaczek zadygotał, opadł na kolana i na chwilę ukrył twarz w dłoniach. To... To nie mogło być prawdą! Zobaczył... Znowu, tak jak przed rokiem, dostrzegał... Widział tę straszną rzecz.
Zako
– Taras, nie lękaj się – wyszeptał brat Michał. – Mnie śmierć pisana, lecz nie trwóż się. Ojciec niebieski przyjmie mnie do swej chwały. Nic to, że zginę, jeśli dzieci ocaleją.
– Ty wiesz – wydyszał bandurzysta. – Ty znajesz... Co mi się stało wtedy...
– Wiem, co widzisz – wyszeptał starzec. – To samo, co ujrzałeś pod Beresteczkiem, kiedy ostatniego dnia bitwy Chmielnicki uderzał na królewskie wojska. Znów masz to przed oczyma. Módl się za mnie, Kozacze.
– Skąd wiesz? Ojcze... ja...
– Ja to samo ujrzałem. Straszne miałem widzenia, póki nie zrzuciłem zbroi husarskiej i nie przywdziałem habitu. I nie ofiarowałem się Panu Bogu. Ja wiem, co czujesz...
– Ja... nie chcę! – jęknął Taras. – Nie zniosę już tego dłużej.
– I powiedział Pan: kto nie bierze swojego krzyża i idzie do mnie, nie jest mnie godzien. Tak oto synu otrzymałeś dar od Boga, ufaj więc w jego siłę i moc, a on uczyni z niego najlepszy pożytek.
– Dlaczego to przytrafiło się właśnie mnie?!
– Ufaj w moc i opiekę Bogurodzicy. Idź za jej głosem i daj się prowadzić. Być może ty właśnie zaprowadzisz pokój Boży na Ukrainie. I zakończysz wojnę...
Taras milczał. Dygotał z przerażenia, nie mógł patrzeć na zako
Wtedy to Kozacy wpadli do świetlicy z brzękiem szabel, z łoskotem podkutych butów.
– Nie ma dukatów! – krzyknął Morozowicki.
– Nie ma złota! – zawtórowali mu jak jeden mąż Horyłkowie.
Ołeś spojrzał na Sysuna złowrogim wzrokiem.
– Gdzie dukaty i talary? Gdzie orty i szóstaki? Gdzie złotogłowie i aksamity, czapraki, delie? Gdzie materie tureckie, coś nam je obiecywał?!
– Nie masz ich tutaj! – huknął młodszy z Horyłków.
– Łgałeś, psi synu!
Sysun rozejrzał się dokoła ze złością. Być może nie wiedział, czy od razu porwać za szablę, czy też odwrócić jakoś uwagę rozwścieczonych kompanów. I wtedy jego bystre oczy dostrzegły coś za plecami mołojców.
– Tam Lach złoto schował! – zawołał, wskazując figurę Bogurodzicy. – Bierzcie! Matka Boska talarów nie potrzebuje.