Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 18 из 58

– Twoi patroni, mości kawalerze, to pohańscy szalbierze i z kurwy synowie! – warknął hetman. – Zawiedli mnie więcej niż jeden raz. Nie będę nadstawiał ku nim ucha, bo nie wpłynęli na króla, aby poprzeć moje starania! Zrzekłem się już województwa ruskiego i starostwa przemyskiego! Cóż mam jeszcze uczynić, aby stać się godnym wielkiej buławy?!

Dantez nawet nie mrugnął okiem. Postawił na stoliku inkrustowane srebrem puzdro i otwarł zatrzaski. A potem wydobył z ciemnego wnętrza to, co spoczywało ukryte przed ludzkim wzrokiem.

Jasny błysk padł na twarz Kalinowskiego. Hetman polny zdębiał, widząc szczerozłotą buławę. Wpatrywał się w nią jak zaczarowany, a potem wyciągnął rękę po oznakę hetmańskiej władzy.

Jego dłoń chwyciła tylko powietrze. Dantez szybko cofnął rękę z buławą. Hetman poderwał się ze stolca, a wówczas Francuz skłonił się i podał mu broń rękojeścią do przodu. Kalinowski niemal wyrwał mu ją z ręki.

– Wielka buława! Ale jak to? Skąd to...

– To tylko drobny podarek dla wielmożnego pana hetmana. Rzekłbym – zadatek na rzecz tego, co ja i moi patroni możemy dla waszej miłości uczynić. Ta buława była w ręku jego mości nieboszczyka Stanisława Koniecpolskiego, pogromcy Gustawa Adolfa, Lwa Północy, który kozacką, tatarską i pohańską nawałę powstrzymał u granic Rzeczypospolitej.

Oczy Kalinowskiego rozjarzył błysk, który nie uszedł uwagi Danteza.

– Buława, którą trzymasz, panie, to tylko błyskotka. Nic niewarta, jeśli nie idzie za nią nadanie królewskie. Jednak możesz być pewien, że moi panowie wesprą waszmości w staraniach o godność hetmana wielkiego koro

– Uradowałeś mnie. – Hetman klasnął w dłonie. Sługa przyniósł drugi puchar dla Danteza, nalał wina czerwonego jak krew. – Niech mnie kule biją, dawno nie widziałem równie zacnego podarku. Jednak, panie Dantez, wiem dobrze, że na tym świecie nie ma nic za darmo. Jaka tedy jest cena za urząd, o którym od dawna marzę?

Dantez uśmiechnął się. Rozmowa przybierała coraz pomyślniejszy obrót.

– Cenę tę gotów jesteś ponieść, miłościwy panie, od lat czterech. Od kiedy pod Korsuniem wzięto cię do hańbiącej, pohańskiej niewoli. Od kiedy karmazyni i królewięta nie dali nawet garści złamanych szelągów na twój wykup. Od kiedy król pomijał cię w rozdawanu urzędów; Kozacy pokazywali ci nagie zadki, a szlachta żądała sądów za Korsuń i wyprawę na Wi

Kalinowski słuchał tego jak zauroczony. Usiadł na karle, pociągnął z pucharu. Głos Danteza stawał się coraz cichszy, coraz bardziej zjadliwy. A wszystko to dzięki naukom Eugenii.

– Musisz dokonać tego, co nie udało się kniaziowi Jaremie szablą, palami i szubienicami, a Ossolińskiemu polityką, zdradą i układami. Powinieneś uspokoić Ukrainę tak, aby zapanował na niej pokój Boży. Aby nigdy już nie wstało hultajstwo kozackie przeciw Rzeczypospolitej.

Dantez przełknął ślinę.

– Chmielnicki gotuje się na wyprawę do Mołdawii. Ściągniesz wojsko, panie, zagrodzisz mu drogę, a potem... Pobijesz Kozaków i pójdziesz na Ukrainę, aby zaprowadzić tam pokój Boży. W pień wytniesz hultajstwo i rezunów zaporoskich, aby krew ich popłynęła aż do Dniepru. Nikt ci w tym nie przeszkodzi, choćby Jezus Chrystus drugi na Ukrainę zstąpił, choćby jego Matka za Kozakami prosiła, nikt Zaporożców z twych rąk nie wyrwie. A kiedy skończysz... Kiedy niby lew położysz się na dymiącej od krwi Ukrainie, tedy możesz być pewien, miłościwy panie, że król za naszym podszeptem nada ci wielką buławę koro

– Nie! – ryknął Kalinowski. – Nie kuś mnie, głupcze! Sam wiem, co robić! Sam wydam rozkazy! Idź precz!

– Sługa uniżony!

– Nie, czekaj! Zostań. Mości Dantez, nie bierz tego do serca! Ja nie mam... łatwo. Wojsko się buntuje, nie doszły do nas ostatnie ćwierci[3], nie doszła kapitulacja, bo sejm zerwano. Towarzystwo szemrze po chorągwiach. Zaraz huczek wstanie, a z niego konfederacja!

– Nie muszę uczyć cię, panie, co czynić z niesfornym tłumem żołnierstwa – mruknął Dantez. – Primo: przekupić prowodyrów. Secundo: opornych powiesić. Dlaczegóż jeszcze – spojrzał w stronę obozowego majdanu, jak gdyby spodziewając się, że zobaczy tam szubienice – nie widzę buntowników na stryczkach? Gdzie twa władza, mości panie hetmanie?

– To nie takie proste – mruknął Kalinowski. – Jeśli powieszę choć jednego, armia się zbuntuje. Jest już w chorągwi husarskiej mości Lubomirskiego pewien szlachcic, który otwarcie nawołuje do nieposłuszeństwa; głosi, że zgubię całe rycerstwo koro

– Któż zacz?

– Niejaki Samuel Świrski. Paliwoda, szelma, buntownik i krzykacz!

– Czemu jeszcze nie dał głowy pod topór?

Kalinowski spuścił wzrok. Jego wyschnięte dłonie, zaciskające się na buławie, zadrżały.

– Ten szlachcic uratował mi życie pod Wi

– Tedy zdaj się wasza miłość na mnie. Ja się nim zajmę. A ty, panie, wydaj rozkazy wymarszu i zbierz wojsko koro

– Pomyślę nad tym.

– Nie ma czasu. Lada dzień Chmielnicki ruszy w swaty do Mołdawii! Odwiedzi łożnicę do

Kalinowski uderzył buławą w stół.

– Dość tego!

– Jak sobie wasza miłość życzy.

– Zagrodzę Kozakom drogę do Mołdawii, stanę gdzieś na mohylowskim szlaku.

– Gdzie?

– Pomiędzy Ładyżynem a Czetwertynówką. Tam jest takie uroczysko... Przepomniałem, jak się zwie...

– Batoh – mruknął Francuz.

– Tak, tak właśnie się nazywa. Dantez!

– Sługa waszej hetmańskiej mości!

– Zajmiesz się Świrskim i pułkownikami. Nie jestem pewien generała Przyjemskiego i reszty rotmistrzów, którzy nie przebywają w obozie, zwłaszcza Sobieskiego. Musisz upewnić się, co zamierzają i w razie czego skłonić, aby poparli mnie, a nie buntowników.

– Wspominałeś, panie, i Sobieskiego... To Marek? Starosta krasnostawski?

– W rzeczy samej.

– Znamy się z panem Sobieskim – rzekł Dantez. – I chętnie znajomość odnowimy. A zatem, mości panie hetmanie, rozkazuj mi i bądź pewien, że dopomogę ci, we wszystkim. Zacznijmy od... Monsieur Świrski. Gdzie mogę go znaleźć?

* * *

Świrski i jego czeladź zjechali z gościńca. Dantez zaklął po raz kolejny tego dnia. Podążał za nimi w deszczu i szarudze od samej Trembowli, przybrany w kolet prostego rajtara, czekając, kiedy nadarzy się sposobność do spotkania w cztery oczy z towarzyszem spod chorągwi Lubomirskiego. Francuz nie miał żadnych złudzeń. Pogawędka owa zakończyć się miała cienkim świstem lewaka i głuchym łomotem ciała padającego na ziemię. Dlatego całą rzecz należało załatwić cicho i dyskretnie. Zwłaszcza w tej przeklętej, barbarzyńskiej Rzeczypospolitej, gdzie nie wiedzieć czemu, nie uchodziło za godne pchnięcie w plecy, a za chełpienie się zabójstwami w karczmie, czy na jarmarku, można było stracić uszy, jeśli nie całą głowę. Szlachta polska, dziwnym trafem, nie tolerowała skrytobójstw. Ma się rozumieć, nie przeszkadzało to jej we wszczynaniu burd i bijatyk, w urządzaniu zwad, zajazdów i pijackich awantur. Dziwne, lecz usieczenie sąsiada po pijanemu nie wstrząsało niczyim sumieniem, pod warunkiem iż cała rzecz stała się w pojedynku lub w czasie karczemnej zwady. Natomiast pozbycie się niewygodnego zawalidrogi przez wsadzenie mu w plecy sztyletu czy wlania trucizny do kielicha hańbiło zabójcę gorzej niż kradzież wotów spod obrazu Najświętszej Maryi Pa

3

Żołd dla wojska narodowego autoramentu. Był on płacony co kwartał, stąd przyjęło się mówić, że to ćwierć.

4

Kozackie pułapki – przeręble w lodzie, nakryte chrustem i słomą, przysypane śniegiem.