Страница 8 из 49
Bladym świtem, jeszcze w nocy, wpadli do karczmy bracia Rytarowscy ze swym kompanem Ronikierem, mieniącym się samozwańczym hrabią z Ronisławic, leżących gdzieś między Psimi Kiszkami a Berdyczowem. Przycisnąwszy Żyda i Janka, pognali na złamanie karku do Czarnej, choć Jankiel łgał sprytnie, iż Białoskórskiego porwali nieznani szlachcice i wywieźli wprost do Baligrodu. Po Rytarowskich przyjechał stary Kozak Dytko i jego trzej synowie - wszyscy szelmy i hultaje najmujący się szlachcie do zajazdów i egzekucji. W czasie ich odwiedzin Żyd stracił zęba i pół brody, a Janko miał podbite oko i naderwane uszy. Potem wpadł z krótką, lecz bynajmniej nie przyjacielską wizytą pan Policki ze swoimi ludźmi. Później byli jeszcze jacyś obszarpańcy, powiadający się towarzystwem z chorągwi kwarcianej starosty Jana Potockiego, choć w oczach Jankiela nie wyglądali nawet na obozowych ciurów. Gest i fantazję jednak mieli całkiem jak husarze - zażądali najlepszego jadła i napitków, palili z jedynego bandoletu, jaki mieli, omal nie spalili karczmy i, rzecz jasna, nie zapłacili za biesiadę. Potem, po południu, przyjechał wielki i gruby szlachcic z jednym okiem i drewnianą nogą, na szczęście nie rozbijał się i nie wybierał nigdzie, ale pił tęgo wraz z kompanami, krzyczał, zaczepiał chłopów i dziewki, a od pieśni wywrzaskiwanych zapitymi, ochrypłymi głosami przez jego ludzi spuchły Jankielowi uszy.
Nic dziwnego zatem, że gdy Janko muzykant wykrzyczał nowinę o tym, kto przybył, Jankiel poczuł, że grunt usuwa mu się spod nóg. Żyd złapał się za brodę i pejsy i stał jako obraz nędzy i rozpaczy, dopóki drzwi do izby gości
Jacek Dydyński z pozoru nie wyglądał groźnie. Był średniego wzrostu, śniady, szczupły, zwi
Jacka Dydyńskiego, stolnikowica sanockiego, zwano w Ziemi Sanockiej Jackiem nad Jackami, nie znano bowiem lepszego odeń mistrza w szabli. Dydyński trudnił się zaś zawodem tyleż zacnym, co pożytecznym. Był bowiem zajezdnikiem, a profesja ta sprawiała, że szanowano go w całym powiecie.
Jacek nad Jackami był mistrzem w urządzaniu zajazdów. Jeśli któryś z panów braci zamierzał wyegzekwować zbrojnie wyrok sądowy, obronić się przed napaścią sąsiada lub zagarnąć cudze włości, wystarczyło, iż dał znać Dydyńskiemu, a pan Jacek szybko stawał na wezwanie ze zbrojną asystą. Dydyński był honorowy i nigdy nie łamał danego słowa, nigdy nie zdradził pracodawcy. Polegaj na Dydyńskim jak na Zawiszy - powiadano w karczmach w Sanoku. Dydyńskiego na was trzeba! - krzyczał w złości pieniacz, drąc w strzępy pozew, który właśnie przysłał mu krewny lub sąsiad zawalidroga. Jeszcze was Dydyński nauczy! - zapowiadał zagonowy szlachetka rugowany z dóbr przez możnego magnata.
Nic więc dziwnego, że Jankiel zadrżał na widok tak znamienitej persony. Tymczasem Jacek nad Jackami podszedł do szynkwasu, po czym zaczął wpatrywać się w Żyda zielonkawymi oczyma. Żyd co tchu napełnił najlepszy kufel biłgorajskim piwem. Dydyński ujął go, upił trochę, a potem odstawił.
- A czegóż to jaśnie wielmożny pan uważa? - zaczął Jankiel. - Czymzie to ja, phosty Zid, mogę usłużyć wasiej wielmoźności?
- Chciałbym z tobą pogadać, Jankiel - uśmiechnął się Dydyński. - A jak myślisz, o czym mogą gawędzić Żyd i szlachcic? O arendzie? O pieniądzach? O pożyczce i lichwiarskich procentach? O gładkości dziewek w Lutowiskach? Przyznaję, już sprawdziłem - są gładkie. Wybacz tedy, ale wybiorę i
- Zięby ja wsiśtko wiedział, to ja ho, ho, habinem by został. Nu, ja powiem, wsiśtko powiem. Był tu jaśnie pan Białoskóhski. I on z i
- Toteż mnie właśnie o pieniądze idzie. - Dydyński położył na szynkwasie sakwę wielką jak snopek pszenicy. - Ta kaleta ledwie na kwałki nie pęknie. Czas jej ulżyć i do i
- Ho, ho, ja to widzę - rzekł Jankiel ze smutkiem i aż łezka zakręciła mu się w oku. - Ale ja nic pohadzić nie mogę. Ja nic nie wiem. I - powiem więcej - ja nie chcę nic wiedzieć.
- Trudno. - Dydyński nie wyglądał na zawiedzionego. - A może pamiętasz, kim był ów szlachcic, co odjechał z Białoskórskim?
- Młody panicz, ubogo odziany. Ja go nigdy nie widziałem.
Dydyński przymknął oczy. A potem uśmiechnął się wesoło, odstawił niedopite piwo i rzucił na szynkwas srebrnego grosza.
- Bywaj, Jankiel.
Szlachcic szybko ruszył do drzwi. Szedł, brzęcząc ostrogami, postukując żelaznymi podkówkami butów o drewniane, nieheblowane deski podłogi.
- Panie Dydyński!
Jacek zatrzymał się. Dobrze wiedział, kto go okrzyknął. Ledwie wszedł do karczmy, od razu wśród gości zauważył znajomą gębę.
Z ławy pod ścianą wstał ogromny szlachcic w karmazynowym żupanie. Nieznajomy nie miał lewego oka - zasłaniał oczodół skórzaną opaską. Gdy szedł ku Dydyńskiemu, deski dudniły głucho pod jego ciężarem. Szlachcic nie miał prawej nogi - pod kolanem kończyła się drewnianym kulasem. Dla równowagi mężczyzna wspierał się na długim nadziaku. Gdy szedł, biesiadnicy w karczmie ustępowali mu z drogi. Wystarczyło spojrzeć na jego paskudną gębę ozdobioną szramami, na wąsiska i krótką czarną brodę, aby przekonać się, że nie był to pierwszy lepszy szlachetka z zaścianka. Jego kompani - wąsaci rębajłowię o podgolonych wysoko czuprynach, patrzyli spode łbów na Dydyńskiego.
Ogromny szlachcic położył wielkie łapsko na ramieniu pana Jacka. Odwrócił go ku sobie powoli, ale stanowczo. Dydyński nie sięgnął jednak do szabli.
- Turcy mi oko wyłupili - rzekł beznogi szlachcic - więc mało co widzę. Ale ty, panie Dydyński, nie jesteś ślepy! Czy mnie tak łatwo można przegapić, panie kochanku? Czyja w ogóle nie zwracam uwagi?
- Witajcie, panie Kulas.
- A dokąd to drogi prowadzą? Do zamtuza? Do karczmy? - pytał Jakub Hulewicz, zwany w całej Ziemi Sanockiej Kulasem.
- Nieważne. Ale zapewniam waści, że nam nie po drodze.
- Szkoda, panie kochanku, bo w tej służbie, w której przebywam, wysoko można zajść.
- Mniemam, że nawet zbyt wysoko.
- Mój pan, starosta zygwulski, zły jest na ciebie, panie Jacku - rzekł Kulas. - Żal go bierze i melankolia, żeś służby mu odmówił i do Korniaktów przystał, do jego wrogów zaciętych.