Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 38 из 49

13. Ex oriente lux

Siedzieli na dywanie w izbie domu tureckiego kupca Selameta Ułana w Kamieńcu. Czerwony blask płomieni tańczył po ścianach i belkowanym suficie, wydobywał z mroku dwie twarze - zasępioną Dydyńskiego i chytre oblicze Selameta, ozdobione długą, rzadką bródką.

Kupiec wyjął z ust cybuch wodnej fajki. Zastanawiał się. Cena, której żądał ten Lach, była wygórowana. Dziesięć tysięcy czerwonych stanowiło prawdziwy majątek. Jednak branka, którą oferował, warta była i trzy razy tyle. Zwłaszcza gdyby sprzedał ją berlejbejowi oczakowskiemu. Chociaż nie, nie był to zbyt pewny interes. Lepiej byłoby chyba wystawić ją na bazarze w Stambule, choć droga była daleka i niebezpieczna. A może jednak w Oczakowie? Nie! Od kiedy orda budziacka zapuściła się na Podole, ceny młodych niewolnic znacznie spadły. To nie byłby tak dobry interes jak w Stambule.

- Osiem tysięcy - warknął - i ani talara więcej, giaurze! Albo grzbiet ci batogami osmagam!

Dydyński uśmiechnął się szeroko. Groźby zawsze były nieodłączną częścią targowania się z Selametem.

- Bacz, co mówisz, kupcze. Azali znajdziesz na Podolu kogoś, kto ośmieliłby się podnieść na mnie rękę?! A jak sam spróbujesz, to będziesz szukał swej dłoni na tym oto dywanie.

Turek sapnął. Pociągnął nieco wo

- Zgoda! Ale pieniądze wypłacę za dwa dni. Nie mam tu takiej sumy.

- Zapłacisz tutaj i teraz. A pieniądze masz w tej skrzyni.

- Dobrze. Dobrze. - Selamet uśmiechnął się. Przybili sobie ręce na zgodę. Kupiec klasnął w dłonie i kazał słudze przynieść nieco świetnej arabskiej herbaty z ziołami. To był znak, że właśnie dobili targu.

13. Epilog

W dwa dni po nieszczęsnym pogrzebie, w którym zgorzał doszczętnie kościół sidorowski i zwłoki pana kasztelana, do miasta przyjechał znany rycerz, były żołnierz lisowski Jacek Dydyński herbu Nałęcz. Przywiózł ze sobą i złożył na dymiących zgliszczach czarną zbroję okrutnego jeźdźca, który zabił wcześniej synów starego kasztelana i porwał do piekła pa

Już wkrótce o wyczynach Dydyńskiego poczęły krążyć legendy, jak to czarta za rogi chwycił i z kościoła wyrzucił, a po latach - jak to kasztelankę, co swe dziewictwo Najświętszej Maryi Pa

A cóż na to uczynił pan Dydyński? Jako prawdziwie niepokalany szlachcic polski, obrońca wiary chrześcijańskiej świętej katolickiej i rycerz spod kresowych stanic, powołując się na zapisy w księgach, wedle których Ligęza ustanowił go opiekunem pa

Ostatecznie jednak pan Dydyński osiadł niczym lew na zamkach i starostwach możnego rodu Ligęzów i siedział na nich, póki śmierć nie zasnuła mu oczu bielmem.

Biesy polskie

1. Ostatnia wola hetmana

W kościele ojców Bernardynów czuć było jeszcze polską krew. Na kamie

Jan Dydyński wciąż miał przed oczyma rzeź księży, mnichów, szlachty i mieszczan. Przeżegnał się przy drzwiach, potem ruszył do ołtarza rozświetlonego przez snopy słonecznego blasku. Szedł tam, gdzie na podwyższeniu z kulbak, na stosach sobolowych futer i desek obitych materiami, spoczywał stary człowiek o płonących gorączka oczach, otoczony przez nieliczna służbę.

To był możny pan. Miał siwą brodę i sumiasty wąs, który rozchodził się nad ustami na dwie grube kiście. Leżał w karmazynowej delii z wilczym kołnierzem, w żupanie ze złotogłowiu, skrzącym się od diamentowych guzów i pętlic przetykanych złota nicią. Już z samej swej postawy ten człowiek był równie wart senatorskiego krzesła co król korony, a Pac przysłowiowego pałaca.

Na marach spoczywał Mikołaj Potocki, kasztelan krakowski, hetman wielki koro

To już była historia. Bitwy, które stoczył, mogły przydać się tylko na epitafium. Potocki dogorywał. Jego złota, nabijana szmaragdami buława leżała tuż obok polskiej szabli w inkrustowanej srebrem pochwie. Już nie starczało mu sił, aby wziąć ją do upierścienionej ręki. Pan krakowski powtarzał zbielałymi wargami słowa modlitwy i ściskał złoty krzyżyk.

- Mości panie hetmanie - Dydyński skłonił się - jestem na wezwanie waszej miłości.

- Jan... Pan porucznik - wyszeptał Potocki. Kiedy chciał mówić głośniej, jego szept przechodził w charczenie. - Ostatni wierny... Zachorzałem... Niebawem skończę.

- Wasza mość przeżyje nas wszystkich - rzekł Dydyński, ale bez przekonania. Wszak nawet najmniejszy ciura w wojsku koro

- Modlą się o moją śmierć. Kalinowski, kanclerz... Lanckorońscy, książę wojewoda wileński. Wszyscy myślą - hetman mówił charczącym głosem - żem pod Białą Cerkwią stchórzył, podpisując pakta z Kozakami; że trzeba było kończyć... Chmielnickiego. Ale ja przybyłem tutaj dla pokoju, nie wojny. Pax musi być na Ukrainie. Taka jest ma ostatnia wola. Potocki odetchnął głęboko.

- Konam, mości poruczniku. A umierając, widzę wszystko, com dokonał. Nie chcę pokutować za krew przelaną, pale i szubienice. Odejdę, pozostawiając po sobie wieczysty pokój. Niechaj taką mam pociechę, bo zdycham... jak sobaka.

- Mości panie hetmanie! Nie mówcie tak!

- Waściny ojciec Jacek, stolnikowic sanocki... Ten, co go zwali Jackiem nad Jackami... Zajezdnik... Ten miał koniec godny szlachcica... Pod Zborowem. Z szablą w ręku, przepomniałem, pod kim... służył.

- W chorągwi sanockiej pana Zygmunta Przedwojowskiego.

- Tak, tak. Teraz pamiętam - dyszał Potocki, oblewając się zimnym potem. - Ja do waszmości mam afekt, bo twego ojca nieboszczyka dobrze znałem, życie mi uratował pod Kumejkami, świeć, Panie, nad jego duszą. I dlatego proszę cię o pomoc.